czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Walenie 2010-08-28 21:40
 Oceń wpis
   
_-¯ Policjanci gorączkowo machali łopatą, ja zaś przysiadłem sobie na pięcie i podziwiałem ich pracę.
- Ruchy, ruchy, panowie! Destuffer już pewnie nawraca! - postanowiłem ich zdopingować, choć chyba niepotrzebnie. Uwijali się jak frygi. Po chwili usłyszałem szczęk metalu, gdy łopata trafiła na ekran kabla.
- Co teraz? - posterunkowy Plakacki starał się trzymać fason, ale w jego głosie pobrzmiewała panika. Powiedział ,,co teraz?'' ale pod spodem można było usłyszeć ,,za chwilę wszyscy zginiemy!''.
- Właściwie to nic, bo bez świdra ekranu nie przebijemy... Hmmm... Właściwie, to powinienem dać panom szpadel a nie łopatę, poszłoby szybciej. Łopatą przecież się nie kopie...
- Ale co szybciej?! Przecież ekran!
- No tak. Ekran... Ale tylko dlatego, że kopali panowie w złym miejscu.
- Ale przecież...
- Żadne przecież. Proszę spojrzeć - pokazałem fragment poprzedniego wpisu. Czwarta linijka dialogu od dołu w przedostatnim akapicie. Co tam jest napisane?
- Tam pisze...
Chrząknąłem znacząco.
- Tam jest napisane, że ,,spojrzałem w górę''.
- No właśnie. A wyście zaczęli kopać w dół. To teraz proszę zacząć o tam, koło włazu. I proszę się pospieszyć, zdaje się, że balancer jest już w połowie drogi.
Tym razem otwór powstawał jeszcze szybciej. Niestety, znów dał się słyszeć szczęk.
- Ekran - skonstatowałem - tylko świder. No... może spawarką też by się dało.
- Jest spawarka? - w głosie pytającego policjanta zabrzmiała nadzieja.
- A gdzie tam. Nie ma. Ale to nic... - wspiąłem się po drabince do zablokowanego włazu, zaparłem się i szarpnąłem rączkę. Rygle puściły z cichym zgrzytem.
- Na zewnątrz, już już już. Szybko, wyłazić. Wszyscy.
Nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Po chwili magistrala była już pusta - akurat w momencie gdy dało się słyszeć nadciągające wycie.
- Do widzenia - pożegnałem się, i na oczach osłupiałych stróżów prawa wróciłem do kanału zatrzaskując właz. W sumie - trzeba było jeszcze posprzątać. Podniosłem porzuconą łopatę i wzorem bohaterów większości gier przygodowych - schowałem ją w spodnie. No - teraz wypadało wrócić do domu i przygotować się do podróży.

_-¯ Schowałem się w dole omijając w ten sposób destuffer, po czym ruszyłem za nim. Druga mijanka przy balancerze - i oto znów byłem w swojej piwnicy. Po cichu wspiąłem się po schodach, taszcząc na plecach worek ziemniaków. Gdy byłem już pod drzwiami - rozwiązałem go i wysypałem całą zawartość. Bulwy, tocząc się po stopniach, hurkotały niemiłosiernie, kończąc swą podróż w otwartym włazie CANowskiej magistrali.

_-¯ Widmowski razem ze Ściemą raczyli się właśnie herbatą, gdy dobiegł ich rumor. Zerwali się na równe nogi i popędzili w kierunku hałasu. Przy drzwiach zawahali się, jednak tylko na moment. Wymienili spojrzenia, ustalając plan działania. Ściema szarpnął za klamkę, a gdy tylko drzwi uchyliły się wystarczająco - Widmowski wparował do środka. Aspirant podążył tuż za nim.
- Inspektorze, właz! Zamykałem go!
Obaj popędzili w stronę otworu, przyświecając sobie latarkami. Coś - kopnięte w pośpiechu - poturlało się po podłodze.
- Ziemniaki, inspektorze... - rozpoznał Ściema. Widmowski gestem nakazał milczenie.
- Ktoś tu jest - szepnął.
- Już nie - odpowiedziałem, zatrzaskując na górze drzwi i przekręcając klucz. W sumie nie było to ładne z mojej strony, ale czekało mnie sporo pakowania i solidne mycie. Nawet nie wiedziałem, że podróżując CANem można się tak wysmolić. Obiecałem sobie na przyszłość przekompilować destuffer z modułem odkurzającym, a na razie, pogwizdując, udałem się pod prysznic. Przekleństwa i walenie dochodzące spod piwnicznych drzwi wkrótce zostały zagłuszone przez przyjemny szum wody.

_-¯ Wszystko już miałem przygotowane, więc została jeszcze jedna rzecz. Wykręciłem numer telefonu.
- Tak, wiem - przerwałem kobiecie która odebrała telefon i rozpoczęła recytowanie standardowej formułki - proszę teraz uważnie posłuchać. Nazywam się Charyzjusz Chakier. U mnie w domu, w piwnicy, zamkniętych jest dwóch policjantów. Niestety, nie mogę ich w tej chwili uwolnić, bo wyjeżdżam. Proszę nie przerywać. Kolejnych dziesięciu jest zatrzaśniętych w ślepo zakończonej odnodze magistrali CAN w mojej piwnicy. Proszę uważać na destuffer - zeżarł tych dwóch, których nie będziecie się mogli doliczyć. Do usłyszenia - zakończyłem i odłożyłem słuchawkę. Mogłem wreszcie wyruszać.

_-¯ Wielkie, dwuskrzydłowe drzwi odemknęły się bezszelestnie.
- Już - zameldował od progu mężczyzna w czarnym mundurze.
- Świetnie - osoba za wielkim biurkiem, podziwiająca do tej pory panoramę za oknem, obróciła się twarzą do swego rozmówcy.
- Agenci?
- Zgodnie z planem.
- Policja?
- Poradził sobie.
- Kiedy przybędzie?
- Najprawdopodobniej już tu jest.
- Czy... czy to ma?
- Najprawdopodobniej tak. Sprawdziliśmy jego dom - tam tego nie zostawił, więc musi mieć to przy sobie.
- Serwerownia?
- Obstawiona.
- Dobrze... - słowo to wypowiedziane zostało w taki sposób, że mężczyzna w czarnym mundurze skinął głową, obrócił się na pięcie i odszedł. Wielkie drzwi zamknęły się za nim w ten sam cichy sposób, w jaki się otworzyły. Człowiek za biurkiem obrócił się z powrotem w stronę okna. Oparłszy ręce na podłokietnikach złożył brodę na splecionych dłoniach i zapatrzył się przed siebie.
- Mam cię, Charyzjuszu Chakierze! - wyszeptał, po czym cały gabinet wypełnił szalony, dziki, opętańczy śmiech.
 
Rycie 2010-08-23 00:47
 Oceń wpis
   
_-¯ Przyspieszyłem kroku, a po chwili zacząłem biec. Wycie za moimi plecami przybierało na intensywności. Z truchtu przeszedłem do zwykłego biegu, a potem do sprintu. Wycie nie oddalało się, choć przestało się zbliżać tak szybko. Obliczyłem, że w takim tempie miałem jakieś dziesięć minut, zanim mnie dopadnie. To wystarczyłoby, bym dobiegł do włazu na końcu magistrali. Niestety - nie potrafiłem biegać tak szybko tak długo. Czułem, jak słabnę i zwalniam. Przeprowadziłem w głowie niezbędne obliczenia, całkując szybko funkcję prędkości po czasie. Wynik był jednoznaczny - coś za moimi plecami dopadnie mnie dokładnie za sto osiemdziesiąt trzy milisekundy.

_-¯ Inspektor Widmowski siedział przy kuchennym stole i bębnił palcami o blat. Akcja, która była obliczona na co najwyżej pół godziny, komplikowała się niemiłosiernie. A przecież po południu miał iść na ryby!
- Ściema! Do mnie!
Aspirant wyrósł jak spod ziemi. Widmowski podniósł na niego zmęczone spojrzenie.
- Jak elektrycy?
- Kombinują przy skrzynce...
Światło zamrugało i zgasło. Inspektor przestał bębnić i zamarł w oczekiwaniu. Po dziesięciu sekundach lampy znów rozbłysły.
- Już! - zameldował posterunkowy Plakacki, nim pierwsze fotony z włókien żarowych dotarły do receptorów w oku Ściemy.
- Już! - przekazał aspirant.
- Już? - zdziwił się Widmowski, po czym poprawił: - Dopiero, a nie już! Co z grubem?
- Nieaktywny!
- No to jazda! Do piwnicy!
Schody rozbrzmiały tupotem podkutych butów. Po chwili kilka latarek oświetliło otwarty właz.
- Magistrala CAN, inspektorze!
- Zakładać kombinezony antyprobabilistyczne i za nim!
Widmowski patrzył, jak kolejni funkcjonariusze zanurzają się w ciemny otworze.
- Złapią go, inspektorze! - aspirant Ściema wydawał się podekscytowany. Inspektor jednak nie podzielał jego stanu ducha.
- Dalej, niech włażą wszyscy! Cholera, że też nie mogłem na dzisiaj wziąć zwolnienia... Aspirancie, przymknijcie ten właz. Coś tam wyje...

_-¯ Jeszcze dziesięć kroków, które jednak wydawały mi się długie jak... jak... jak coś bardzo długiego. Ostatni krok i odemknąłem drzwi. Wycie było tuż za moimi plecami. Przekręciłem klamkę i klapnąłem w kącie, chwaląc się w myślach za założenia balancera akurat w tym miejscu. Wycie przeszło obok i zaczęło się oddalać. Oddychałem szybko i płytko. Teraz wystarczyło tylko poczekać, aż wycie zawróci i można było kontynuować bieg, czy też marsz. W sumie zanim dotrze do drugiego, czy też (z perspektywy mojego przemieszczania się) pierwszego końca tunelu upłynie trochę czasu. W sumie powinienem dotrzeć do wyjścia po prostu szybko idąc. Siedziałem, ciężko dysząc. Zaraz, zaraz...
Zbliżyłem oko do dziurki od klucza szyfrującego. Widok był kiepski, gdyż nikt tutaj nigdy nie szyfrował połączeń, ale dziurka pozostała na tak zwany wszelki wypadek. Dostrzegłem dwanaście postaci w policyjnych mundurach mijających moją kryjówkę niespiesznym truchtem. Ręka odruchowo powędrowała do klamki, jednak nie zdecydowałem się jej nacisnąć. To, co powiedział mi Możekot było ważniejsze niż życie tych kilku funkcjonariuszy. Przebiegli obok, a ja liczyłem kroki starając się zapamiętać te, które już tu nie wrócą. W sumie - nie wiedziałem, po co to robię.

_-¯ Dwadzieścia milisekund później usłyszałem strzelaninę i pierwszy urwany krzyk, a chwilę potem - drugi. Wycie przesunęło się znów przed moimi drzwiami. Poczekałem, aż wycie powróci i minie moją kryjówkę.

_-¯ Wyszedłem i pobiegłem w stronę drugiego włazu. Przy wyjściu kuliło się dziesięciu ocalałych policjantów.
- Destuffer - wyjaśniłem.
Złowiłem przerażone spojrzenia z lekką nutą znaku zapytania.
- Nigdy nie biegajcie magistralą w więcej niż pięciu. Nigdy - podkreśliłem.
- I nie starajcie się wracać tą samą drogą, chyba że szósty z was chce się poświęcić - dodałem, widząc że szykują się razem do odwrotu.
Któryś z nich został wypchnięty przez kolegów do przodu.
- Pooo... poosste. Posterunkowy Plakacki! - zameldował przykładając palec do nieforemnego uniformu - psze...
- Psze?
- Prze...
- No, już lepiej...
- Przepraszam, czy pan Charyzjusz Chakier?
- We własnej osobie.
- Przepraszam, ale muszę pana aresztować... - ręka posterunkowego powędrowała w stronę pokrowca z kajdankami. Nie próbowałem oponować.
- Jeżeli mnie skujecie, nie wyjdziecie stąd żywi - zadeklarowałem, po czym dodałem cichutko by być w zgodzie z własnym sumieniem - Przynajmniej nie wszyscy.
To wystarczyło. Posterunkowy Plakacki uruchomił autonomiczne części mózgu i cofnął dłoń. Widziałem, że w tym momencie czeka na jakieś dodatkowe informacje.
- Destuffer - powtórzyłem - jeździ po magistrali i czyści co szósty bit, choć jest na tyle głupi że nie wykrywa błędów. Znasz tę piosenkę jaworowych ludzi ,,tysiąc koni przepuszczamy, a jednego zatrzymamy''? - spytałem przechodząc na ,,ty''.
- Nie
- No właśnie. O to chodzi, że destuffer przepuszcza pięciu. A szósty... Cóż... - zawiesiłem dramatycznie głos.
Posterunkowy okazał się bystrzejszy niż myślałem. Przeliczył szybko swoich ludzi.
- Zeżre szóstego? - upewnił się.
- Zeżre.
- A potem?
- A potem następnego szóstego, a potem następnego. Nie pozostawi więcej niż pięciu, chyba że wyjdziemy.
- Którędy?
- Cóż... - spojrzałem w górę - spodziewałem się, że tędy, ale wasza prowadzona na oślep kanonada zablokowała wyjście. Zdaje się, że potrzebujemy sobie wykopać nowe wyjście.
- Słucham?
- Nie słuchaj, tylko kop! - rozkazałem wręczając mu łopatę ze schowka balancera - Kop, albo nie zostanie nas tu wielu!

_-¯ Rozpoczęło się gorączkowe rycie.
 
Wycie 2010-08-04 22:15
 Oceń wpis
   
_-¯ - To ty? - zapytałem pro-forma, choć z góry znałem odpowiedź. Mruczenie było bardzo charakterystyczne, nie do pomylenia z żadnym innym dźwiękiem. Tak mruczałoby morze, gdyby było kotem.
- Może... - odpowiedziała mi ciemność.
Przedzierałem się z trudem magistralą CAN z niezbyt imponującą prędkością jednego megabita, ale nie narzekałem. Pamiętam, jak kiedyś udało mi się uciec z akademika przed nalotem biurocjantów po rynnie, wykorzystując modulację akustyczną. Jedyne, co udało mi się wykrzesać z pordzewiałych blach to było siedemdziesiąt pięć baudów... Zanim przetransferowałem się z jedenastego piętra upłynęła chyba godzina, dodatkowo przy samym odpływie zdudniło mnie i gdyby nie CRC zrekonstruowałbym się z trzecią nogą. No, ale to zupełnie inna historia...
- Co cię tu sprowadza? - spytałem mojego niewidocznego towarzysza.
- Jak to co? Morze możliwości. Dodatkowo, jest to magistrala CAN. Magistrala, gdzie wszystko można. Gdzież może być lepsze miejsce dla Możekota?
- Och, nie zaczynaj znowu. Powiedz po prostu o co chodzi tym razem?
Możekot zaczął mówić, a ja doszedłem do wniosku, że wypadałoby wyjaśnić, czym lub kim był Możekot...

_-¯ Historia mojej znajomości z tym stworzeniem była niedługa, gdyż sięgała zaledwie kilku miesięcy. Mianowicie - na początku tego roku Charysia dostała hopla na punkcie zwierzątka. Okazało się, że jej koleżanka z przedszkola pod choinkę dostała hipopotama, czym oczywiście nie omieszkała się pochwalić przed innymi dziećmi. Obiecałem sobie, że dzielnie przetrzymam pierwsze szesnaście tysięcy trzysta osiemdziesiąt cztery prośby o zwierzaczka. Po pół godzinie licznik się wyzerował.
- Dobrze już, dobrze! - uciszyłem dziecko - ale hipopotama nie dostaniesz! Może... myszkę... komputerową?
Charysia zastanowiła się chwilę.
- Słonika...
- Chomiczka?
- Jednorożca...
- Szczura?
- Konika...
- Szynszylę?
- Kucyka...
- Kotka?
- Pieska...
- Kotka? - ponowiłem ofertę, gdyż czułem że osiągamy konsensus.
- Kotka... No dobrze. Tylko, tatusiu, żeby to był taki niezwykły kotek. Taki bajkowy.
- Dokładnie taki będzie - obiecałem, po czym w te pędy pognałem do Wielomysła. Wróciłem po kwadransie, niosąc okazałe pudełko.
- Proszę, oto twój kotek, Charysiu. Niezwykły kotek. Kwantowy.
- Och! - mała aż podskoczyła i zaklaskała w rączki - pokażgopokażpokażpokaż!
- Eeee..., bo... tego... - zająknąłem się - Charysiu, prosiłaś o niezwykłego kotka i takiego ci przyniosłem. Sęk w tym, że niezwykłość tego akurat polega na tym, że nie wolno go oglądać, bo... tego nie lubi. Może od tego umrzeć.
Charysia popatrzyła na mnie, po czym przeniosła wzrok na pudełko. Przygotowałem się na atak płaczu, jednak córka tylko skinęła głową z powagą.
- Rozumiem. Mogę go nazwać Erwin?
- Możesz.
- Dobrze...
Mała wzięła pudełko pod pachę, po czym postawiła przy swoim łóżeczku.
- Będziesz miał na imię Erwin. I będziesz mieszkał przy moim łóżku. A teraz poczekaj, przedstawię ci moje zabawki... Tylko nigdzie nie odchodź!
Uśmiechnąłem się lekko i uznałem sprawę za załatwioną... Okazało się, że spokój miałem jedynie do następnego poranka.
- Tatotatotatotatotato!!! - obudził mnie głośny krzyk. Podniosłem się z trudem, przecierając zaspane oczy.
- Co znowu?
- Erwin uciekł!
- Kto? - z trudem kojarzyłem fakty.
- Erwin! Uciekł z pudełka!
- Nie zaglądałaś tam chyba? - spytałem z wyrzutem.
- Nie. Jak się obudziłam, to go już nie było.
- A skąd wiesz?
- Chciałam mu dać mleczka, ale gdy stawiałam spodek przy pudełku stwierdziłam, że Erwina nie ma!
- Przecież ci mówiłem, że nie wolno...
- Nie wolno, nie wolno... Erwin mówił, że wolno.
- Skarbie, koty nie mówią.
- Normalne koty nie mówią. Ale sam przecież twierdziłeś, że ten jest niezwykły. Zresztą on sam mówił, że nie jest zwykłym kotem, tylko Możekotem.
- Możekotem? A cóż to za dziwadło?
Charysia spojrzała na mnie jak na niedorozwoja.
- Sam mi go przyniosłeś, i nie wiesz co to? Możekot, czyli kot który może jest...
- ...a może go nie ma. - dokończyłem, pragnąc się zrehabilitować w oczach córki. Ta jednak tylko tupnęła nogą.
- Nie!!! Możekot, czyli kot który może jest kotem, a może nim nie jest!
- Czyli czym jest? - spytałem, choć od tego wszystkiego lekko zaczynało mi się kręcić w głowie.
- No przecież tłumaczę, że jest Możekotem! Ech, tato, idź już lepiej spać. Sama go znajdę...

Istotnie Erwin znalazł się już pod wieczór. Od tego momentu zacząłem z uwagą obserwować zabawy Charysi z pudełkiem, aż w końcu, gdy mała była w przedszkolu, spróbowałem na własne oczy się przekonać co takiego kryje karton. Poskrobałem w szarą pokrywę, a po chwili usłyszałem mruczenie. Lekko odemknąłem wieczko i zerknąłem do środka.
- Mówiłeś córce, że nie wolno oglądać - dobiegł mnie głos. Odskoczyłem od pudła w tył, potykając się o własne nogi i lądując na tyłku.
- Możliwość stłuczenia kości krzyżowej - dwa do stu sześciu - podsumował głos.
- Dlaczego nie jeden do pięćdziesięciu trzech? - skontrowałem, gdyż nigdy nie traciłem opanowania na więcej niż ułamek sekundy.
- Bo nie.
- Bo nie? To jest odpowiedź?
- Może... - podsumował Możekot i od tego momentu zrozumiałem, dlaczego się tak nazywał. Zaprzyjaźniliśmy się, choć Możekot przy mnie ujawniał się rzadko. Mówił, że to ze względu na moją mocno deterministyczną naturę, która niezbyt komponowała się z jego probabilistyczną funkcją falową. On najlepiej czuł się w miejscach eksplodujących możliwościami. Odwiedźcie kiedyś dobre kasyno, a na pewno na niego traficie...

_-¯ - Wiesz, kto załatwił agentów ABC? - spytałem, pragnąc jakoś wypełnić monotonię powolnej wędrówki.
- Może...
- Och, daj spokój. Jak wiesz, to powiedz.
Możekot powiedział.
- Nie! - krzyknąłem odruchowo, gdyż nie mieściło się mi to w głowie. Mi się to w głowie. Się to w głowie mi.
- Tak - skonstatował Możekot, a rzadko zdarzało mu się być tak jednoznacznie jednoznacznym. Zasępiłem się.
- To by znaczyło... - rozpocząłem, ale nie dokończyłem. W magistrali, z miejsca skąd zmierzałem, dobiegło mnie przeciągłe wycie.
- Czy ja... - spytałem ciemności.
- Jak jeden do trzynastu milionów dziewięciuset osiemdziesięciu trzech tysięcy ośmiuset siedemnastu - dobiegła mnie odpowiedź, zanim dokończyłem formułować pytanie. Szybko, w pamięci sprawdziłem obliczenia.
- Szesnastu! - sprostowałem.
- Siedemnastu. Przykro mi. Do - zastanowił się - do zobaczenia.
Odczułem, że mrok za moimi plecami nagle opustoszał. Wycie coraz bardziej się nasilało.
 
Mruczenie 2010-07-30 21:04
 Oceń wpis
   
_-¯ - Co się tam znowu wyprawia? - inspektor Widmowski wydawał się nieco zaskoczony zachowaniem swoich podwładnych, którzy - jeden przez drugiego - wdzierali się z powrotem na górę po piwnicznych schodach. Ostatni, który przekroczył próg, zatrzasnął drzwi i przywarł do nich plecami, ciężko dysząc.
- Pytałem, co się tu dzieje! - inspektor daremnie próbował skupić na sobie uwagę. Wreszcie udało mu się pochwycić spojrzenie jednego z policjantów.
- Otrzymaliście rozkaz! Dlaczego się wycofaliście?
Indagowany wytrzymał natarczywe spojrzenie. Zrobił kilka głębokich wdechów, po czym wyprostował się i odparł:
- Tam jest grub Charyzjusza Chakiera, inspektorze.
Widmowski przez chwilę trawił otrzymaną informację.
- Jesteście pewni?
- Widziałem na własne oczy.
- Przecież wywiad donosił, że Charyzjusz Chakier był w tym budynku!
Policjant wzruszył ramionami.
- Może i był, ale teraz pewnie uciekł.
- Jak to uciekł? Przecież mówiliście, że tam jest jego grub?
- Bo jest...
- To skoro tam jest jego grub, to dlaczego jego samego w nim nie ma? To się nie trzyma kupy. Ściema!
Zadudniły kroki.
- Tajest! - Aspirant Ściema wyprężył się w postawie zasadniczej.
- Co tam się stało w piwnicy?
- Jeden z funkcjonariuszy dokonujących zajęcia obiektu zauważył podejrzany ruch. Gdy sprawdziłem skanerem, okazało się, że to grub. Wydałem zatem rozkaz odwrotu, gdyż...
- ...boicie się umrzyków? - dokończył Widmowski z przekąsem.
- Przepraszam, ale jakich umrzyków, inspektorze?
- Tych z grobu, rzecz jasna!
- Przepraszam, inspektorze, ale jakiego grobu?
Inspektor powoli przeciągnął sobie dłonią po twarzy.
- Przecież sami przed chwilą meldowaliście, wy i ten idiota tutaj - kiwnął głową w stronę odpoczywającego funkcjonariusza - że znaleźliście grób!
Aspirant Ściema lekko się obruszył.
- Z całym szacunkiem, panie inspektorze, ale niczego takiego nie twierdziłem.
- Jak to nie! Plakacki! Do mnie! Rejestrujecie całą akcję?
- Tajest!
- Możecie odtworzyć to, co aspirant Ściema powiedział minutę temu?
Posterunkowy zmieszał się.
- Niestety, panie inspektorze, to niemożliwe. Odtworzenie nagrania będzie możliwe dopiero po zakończeniu akcji.
- Dlaczego?
- Pętla czasowa, panie inspektorze. Kiedyś straciliśmy w ten sposób dwa zespoły. Któryś z dowódców zażądał odtworzenia części nagrania w czasie akcji, no i niestety funkcjonariusz obsługujący sprzęt do rejestrowania go posłuchał...
- I co się stało?
- Zaczął odtwarzać, podczas gdy sprzęt rejestrujący cały czas nagrywał. Zrobiła się pętla. Wszyscy umarli z głodu...
Widmowski potarł podbródek.
- Hmmm... zatem... może słyszeliście, co tam się w piwnicy nawyprawiało?
- Nie tylko słyszałem, ale i widziałem, panie inspektorze. Tam jest grub!
- Aha! I co, panie Ściema?
- Przecież mówiłem, że tam jest grub.
- Przecież przed chwilą twierdziliście, że tam nie żadnego grobu!
- No bo nie ma...
Inspektor na chwilę zaniemówił.
- Czy wy sobie jaja ze mnie robicie?
- Gdzież bym śmiał, panie inspektorze...
- To dlaczego, do jasnej cholery, raz twierdzicie że jest tam grób, a innym razem mówicie, że nie ma tam żadnego grobu!?
- Nigdy nie twierdziłem, że jest tam jakikolwiek grób...
- Jak to nie, Plakacki ma to na rejestratorze!
- Przepraszam, ale niczego takiego nie zarejestrowałem, inspektorze - sprostował posterunkowy.
Twarz Widmowskiego przybrała kolor purpury.
- Napiszę o was w raporcie, dowcipnisie!
Aspirant Ściema chwilę patrzył bez zrozumienia na przełożonego, po czym pacnął się otwartą dłonią w czoło.
- Proszę sobie włączyć autokorektę, inspektorze.
- Słucham?
- Tym tu, przyciskiem inspektorze. Grób. Grub. Grób. Grub. Grób. Grub. Jak mnie słyszysz, odbiór?
Widmowski zamrugał oczami.
- Grub?
- Grub.
- Grub Charyzjusza Chakiera?
- Dokładnie, panie inspektorze.
- I co on robi?
- Bootuje, panie inspektorze.
- Czy to niebezpieczne?
- Nie radził bym próbować.
- Zatem, co możemy zrobić?
- Przepraszam, panie inspektorze - odezwał się posterunkowy Plakacji, który do tej pory milcząc przysłuchiwał się wymianie zdań przełożonych - mamy w wozie granatnik, może by go tak załadować NTLDRem?
- Dobry pomysł! Dawać go tu!
Po chwili jeden z policjantów klęczał na jednym kolanie przed drzwiami, trzymając na ramieniu starannie wycelowany granatnik. Inspektor po cichu odliczał.
- Trzy!!! - wydarł się na koniec. Drzwi zostały błyskawicznie odemknięte, akurat by wpuścić do piwnicy pocisk. Gruchnęło. Ze ścian posypał się tynk, co było o tyle dziwne że wszędzie miałem boazerię i tapety. Gdy opadł kurz, jeden z funkcjonariuszy przyłożył ostrożnie oko do dziurki od klucza.
- I co? - spytał Ściema.
Funkcjonariusz odsunął się od drzwi, wstał i otrzepał spodnie.
- Nic. Zbootował go, drań. I dalej tam siedzi.
- To co robimy?
- Trzeba zadzwonić po elektryków...

_-¯ Odrzuciłem spod ściany stare skrzynki po marchwi i kilka worków z resztkami ziemniaków. Przetarłem butem zawilgotniałą podłogę i odemknąłem dawno nie używany właz do magistrali CAN. Ostrożnie zszedłem po zardzewiałej drabince i zanurzyłem się w mrok. Po chwili zaczęło mi towarzyszyć znajome mruczenie.
 
Psioczenie 2010-07-18 01:03
 Oceń wpis
   

_-¯ Na końcu języka już miałem pouczenie, że nie żadne ,,Charyzjusz Chakier!'' lecz ,,Charyzjuszu Chakierze!'', gdyż w wołaczu nie stosuje się w moim przypadku formy mianownika. W porę jednak zmilczałem - zyskując tym kilka sekund. W pierwszej chwili chciałem czmychnąć siecią, lecz uświadomiłem sobie że do pochwycenia mnie nie wysłano pierwszego-lepszego oddziału, lecz z pewnością dobrze przeszkolonych specjalistów, którzy na sto procent czatują również przy routerze. Rozejrzałem się szybko, ogarniając sytuację. Kiepska kawa, brudna ściana, trzy ciała. No i ja pośrodku tego całego bałaganu. Wyjście wydawało się tylko jedno.

_-¯ Odemknąłem po cichu drzwi do piwnicy, i - stąpawszy na palcach - cichutko zanurzyłem się w mrok. Wiedziałem, że tym sposobem na pewno zmylę ślad, gdyż nie ma takiego wyrazu jak ,,stąpawszy'' (sprawdziłem w internecie). Wykonując czynność, której wykonać nie można - wprowadziłem się w stan zabroniony, na którym wyłożył by się każdy znany mi tracker. Nie to jednak było głównym celem mej piwnicznej wycieczki.
Będąc na piętnastym stopniu (licząc od góry) słyszałem jak pod silnym uderzeniem padają drzwi wejściowe, po chwili zaś cały dom wypełnił się tupotem butów, szczekaniem trackerów i nawoływaniami. Cichutko schodziłem dalej, jednocześnie zastawiając kolejną pułapkę. Gdy wreszcie znalazłem się na poziomie piwnicznej podłogi, macając ręką ścianę zacząłem się posuwać w kierunku najmroczniejszego z mrocznych pomieszczeń. Tymczasem...

_-¯ - Nic nie znaleźliśmy. Ani śladu! - zameldował posterunkowy Plakacki. Aspirant Ściema zmierzył go zimnym wzrokiem.
- Proszę stosować poprawny szyk zdania!
- Tajest! Nie znaleźliśmy śladu Ani. Nic!
- Przyjąłem. A Charyzjuszu Chakieru śladu?
- Ależ...
- Dobrze, dobrze. Tylko was sprawdzałem. Czy znaleźliście jakiś ślad Charyzjusza Chakiera?
- Niestety, nie, panie aspirancie. Trop urwał się przy zejściu do piwnicy. Poszukiwany Chakier, Charyzjusz, wykonał najwyraźniej czynność zabronioną językowo. Trackery straciły ślad. Dwa się zawiesiły, jeden zrzucił pamięć. Weterynarz już je restartuje, ale chyba będzie trzeba wykonać test sytemu plików. To trochę potrwa...
- Rozumiem. A co z tymi? - wskazał ciała agentów ABC, ułożone równo w czarnych, lśniących workach.
- Algorytm zachłanny w kawie.
- Na co?
- Na pamięć. Złożoność O(n8). Koronkowa robota. W drugim łyku zapełnia stos, w trzecim przepełnia go i zamazuje całą pamięć operacyjną.
- Szlag... - Aspirant Ściema potarł szczeciniasty podbródek, po czym bezwiednie sięgnął do kieszeni na piersi i wetknął sobie w usta sfatygowanego papierosa. Zapalił go, zaciągnął się dymem, po czym spytał:
- A wiecie, że palenie zabija?
- Oczywiście - przytaknął posterunkowy Plakacki - dodatkowo, przepraszam za spoufalanie się, ale twój lekarz lub farmaceuta pomoże ci rzucić palenie.
- Doprawdy? A skąd to wiecie?
- Ach, popalam trochę, to i czytam te różne bon-moty na pudełkach. Na moim tak było napisane.
- No popatrzcie, a na moim tylko to o tym zabijaniu... Chociaż ja też niewiele palę. Może jak będę palił częściej, to więcej takich fajnych tekstów się nauczę.
- Polecam, panie aspirancie. Bardzo dobrze się na to podrywa. Na przykład ja swoją Mariolkę tak zapoznałem, że ona sobie tam cmokała jakiegoś cieniasa, a ja do niej podszedłem i mówię ,,a wie pani, że palenie powoduje bezpłodność?'', na co ona ,,to może to sprawdzimy?'' no i... wpadłem.
Aspirant Ściema jednak w tym momencie był już w innym wymiarze. Kółeczka, do tej pory wirujące bezładnie w jego umyśle, zazębiły się i zaczęły zgodnie obracać. Jednym ruchem zdusił niedopalonego peta i zakomenderował:
- Wszystkie trackery! Do piwnicy!

_-¯ Trzymałem rękę na sporej, masywnej kłódce, założonej na nie mniej masywny skobel. Zgodnie z moimi przypuszczeniami ruch przy drzwiach wzmógł się, po czym do piwnicy wpadło siedem programów szperających. Liczyłem kolejne uderzenia pazurów pokonujących kolejne stopnie. Wiedziałem, że ich konstrukcja może stanowić niemałe wyzwanie.
Nie przeliczyłem się.

_-¯ - Gdzie one do cholery są!? - inspektor Widmowski machał rękami, jak gdyby chciał polecieć. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż był najwyższy stopniem. Pozostałym członkom grupy operacyjnej pozostało tylko milczeć, myśleć ,,co za tępy, głupi ch..'' i wbijać wzrok w swoje buty. Ekstrawertycy patrzyli na buty sąsiada. W końcu ktoś się przemógł.
- Wpadły pod podłogę.
- Jak to!? Jak to, k...a, możliwe, że wpadły pod podłogę?
- To trackery, panie inspektorze. Programy. Miały zejść po stopniach. Nasz wywiad zidentyfikował, że stopnie są tablicą, zaś podłoga ma indeks dwadzieścia. No to wysłaliśmy je na indeks dwadzieścia, ale...
- Ale co?
- Ale to schody zostały zaprogramowane w Pascalu. Tam tablica o rozmiarze N ma indeksy od 1 do N. Trackery zaś są programami w C. Tam tablica ma indeksy od 0 do N - 1. No i...
- I!?
- No i indeks N znalazł się poza zakresem...
Inspektor chwilę milczał, mełłąc... mląc... mieląc w zębach przekleństwa. Po chwili jednak jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- Skoro tak się zabezpiecza, to mamy szczura!

_-¯ Gorący oddech owionął mi twarz, gdy wreszcie odemknąłem ciężkie drzwi. Wraz za nim pojawił się niezbyt miły w dotyku jęzor.
- Spokojnie, spokojnie - poklepałem zwierzaka po wielgachnym pysku i podrapałem go za uchem. Sięgnąłem do dwudziestokilogramowej obroży, która po chwili z hukiem opadła na podłogę.

_-¯ - Jest na dole! - inspektor Widmowski, od kilku minut czatujący przy zejściu do piwnicy, wskazał w ciemność palcem. Na schodach znów rozległ się hałas, tym razem podkutych butów.

_-¯ - Dajesz radę, mały - poklepałem wychowanka jeszcze raz, po czym przyciągnąłem jego ucho do swojej twarzy, i prawie zanurzywszy się w nie warknąłem
- Bierz!!!
W garściach zostały mi strzępy sierści, a po ułamku sekundy rozległy się głosy paniki, przechodzące w psioczenie
Uśmiechnąłem się smutno. Na tę broń nie było mocnych. Szkoda, że musiałem użyć jej tak szybko.

 
Charczenie 2010-07-03 22:28
 Oceń wpis
   
_-¯ - Papuć! Zostawa pana! - wrzasnąłem, gdy tylko zorientowałem się w sytuacji. Porucznik, któremu zajęło to chwilę dłużej, postąpił niezdecydowanie krok do przodu. Położyłem mu rękę na ramieniu.
- Niech pan zostawi. To Papuć. Mój RS. Nie wiem, jak wydostał się z terrarium... Papuć! Do budy! Niedobry, niedobry RS! Pan się gniewa! Ile razy ci tłumaczyłem, że jedzenie dostajesz do miski? Nie wolno polować! Nie wolno! Nie dostaniesz dzisiaj chrupek!
Strofowałem Papucia, gdy tymczasem agent numer jeden łapczywie chwytał powietrze, a jego twarz odzyskiwała naturalny kolor, tracąc powoli ciemnosiną barwę.Gdy tylko RS wrócił na swoje miejsce pieczołowicie przykryłem terrarium szybą i odwróciłem się do swoich gości.
- Najserdeczniej pana przepraszam - wybąkałem - Nie wiem, jak to się mogło stać, przecież zawsze pamiętam o tym by ich pozamykać... Wiedzą panowie, w dzisiejszych czasach nie jest łatwo o dobry, niekrosowany RS-232, a Papuć ma bardzo dobre geny, jego ojcem był Trzewik a matką Szpilka, oboje medaliści z rodowodem. Zresztą Papuć też ma się czym pochwalić, wspólnie z bratem zdobyli już drugie miejsce na wystawie w Brnie.
- Z bratem?
- No tak, nie wspomniałem, przepraszam. Kupiłem ich obu, choć brat Papucia...
- A gdzie on jest? - porucznik niespokojnie drgnął.
- Powinien być u siebie - podszedłem do drugiego pojemnika, podniosłem pokrywę i cicho zakląłem, choć całkiem niepotrzebnie. Mógłbym zakląć całkiem głośnio, gdyż przekleństwo zostało zagłuszone przez następny wrzask, tym razem dochodzący z toalety.
- Bambosz! Noga! Bambosz!!! - wydarłem się, nie zadając sobie tym razem trudu by pogalopować w kierunku krzyku. Po chwili przez drzwi sypialni wpełzł kolejny RS. Merdał z udawaną wesołością ogonem, zerkając co jakiś czas ku mnie, czy dam się na to nabrać. Nie dałem.
- Bambosz! Uch! Jeden gorszy od drugiego. Ty też nie dostaniesz chrupek! Buda!
Gdy i Bambosz znalazł się w swoim terrarium usiadłem ciężko na łóżku i westchnąłem. Drugi agent przydreptał z łazienki i stał teraz w progu, rozmasowując sobie ciemnoczerwoną pręgę na szyi.
- Zawsze ma pan takie niespodzianki dla gości? - spytał.
- Przepraszam pana bardzo. To jest niesamowity zbieg okoliczności, że oba moje RSy uciekły akurat przed panów wizytą. Tak niesamowity, że wydaje mi się to aż podejrzane.
Agenci wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. W końcu jeden z nich zapytał.
- Pan wie, że na posiadanie RSa trzeba mieć zezwolenie?
- Doprawdy? - udałem zdziwienie.
- Oczywiście. Ten gatunek jest przecież na liście ras o niebezpiecznej rozpiętości napięć.
- Mam, mam - uspokoiłem - pokazać papiery? - spytałem, choć miałem nadzieję, że nie każą mi ich szukać. Pomyliłem się.
- Poproszę - powiedział agent z sypialni, który chyba bardzo ucierpiał wskutek spotkania z Papuciem. Mówił w jakiś dziwnie przyciszony sposób.
Chcąc - nie chcąc poszedłem grzebać w szufladach komody - naturalnym składowisku wszelkiej maści kwitów z gatunku ,,nigdy się nie przydadzą, ale mieć trzeba''. Na moje szczęście Misia nie tak dawno brała Papucia razem z Bamboszem na szczepienie przeciw przepięciom, tak więc komplet dokumentów leżał blisko wierzchołka stosu. Podałem papier, który po chwili potrzebnej na zapoznanie się z nim i potakujące skinięcie głową znów wylądował w szufladzie.

_-¯ Zapadła cisza

_-¯ Nie mam nic przeciwko ciszy. Moim zdaniem, jeżeli nikt nie ma nic do powiedzenia to lepiej, żeby milczał. Niestety, nie wiem dlaczego w tzw. ,,dobrym tonie'' jest unikanie ciszy i paplanie o byle czym, aby tylko produkować fale dźwiękowe. Nie spieszyłem się jednak, by przerwać milczenie. Skoro agenci ABC zadali sobie tyle trudu, by mnie nawiedzić - niech sami wybrną z tego impasu. Przyjrzałem się im, czy to robią, jednocześnie zastanawiając się jak brzmi forma niedokonana czasownika ,,wybrnąć''. Wybrnywać?
Milczenie przerwał porucznik.
- Panie Charyzjuszu... hmmmm... Właściwie powinniśmy już iść. Szczegóły misji zostały panu przekazane, zatem nie pozostaje mi nic innego jak się pożegnać i życzyć pomyślnego wykonania zadania. Ale... - zawahał się - ... ale zanim to nastąpi, czy mógłby mnie pan poczęstować jeszcze jedną filiżanką kawy?
- Oczywiście - uśmiechnąłem się i szerokim gestem zaprosiłem całą trójkę do kuchni - proszę, panowie przodem.

_-¯ - Nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że RSy wydostały się ze swoich terrariów - powróciłem do tematu, gdy już każdy z gości trzymał w rękach filiżankę aromatycznego płynu. - Jest pan pewien, że przypadkiem nie wypuścił pan Papucia? - spytałem agenta numer jeden.
- Całkowicie. Gdy zjawiłem się w sypialni zająłem się rutynowym sprawdzaniem pomieszczenia, ale terrariów nie ruszałem. Z danych rozpoznania wiedzieliśmy, że w sypialni trzyma pan RSa. Choć właściwie powinni nam powiedzieć, że są dwa. Ktoś z wydziału spieprzył sprawę...
- Proszę ich nie obwiniać - zaprotestowałem - proszę nie zapominać że one są niekrosowane i czasami lubią udawać jeden długi RS. Jak zauważyłem, to taka ich taktyka polowania - niekrosowane RSy łączą się, a gdy ofiara myśli, że ma do czynienia z jednym osobnikiem - rozpadają się na całe stado. Być może podczas... hmmm... wizji lokalnej panów kolegów Papuć i Bambosz właśnie ćwiczyli.
- No właśnie... - agent kiwnął głową - z akcji nie wrócił jeden ze zwiadowców.
- Chwileczkę... - poderwałem się, pobiegłem do sypialni i po chwili wróciłem z kawałkiem skórzanego paska. Podałem go rozmówcy
- ...żant ...elonka - odczytał fragment zatartego napisu na sprzączce i cicho zaklął.
- Dawno pan to znalazł?
- Będzie z pół roku...
- Panie poruczniku, to by się zgadzało - agent podał pasek przełożonemu - to chyba pasek Stefana.
- Cholera. Czyli nie Chińczycy?
- Na to wygląda.
Lekko się zmieszałem.
- Cóż... Rzeczywiście, tuż przed tym nim to znalazłem Papuć i Bambosz bardzo mnie zaniepokoili. Spuchli, zgrubieli, nie chcieli jeść... Aż pojechałem z nimi do weterynarza, ale on tylko powiedział, że trawią i że to normalne po tak obfitym posiłku, żebym ich aż tak nie karmił i żebym posprzątał klatkę. No i znalazłem to...
- Biedny Stefan - zgodnie kiwnęli głowami, po czym wróciłem do tematu.
- Tak więc jest pan pewien, że nawet przypadkiem nie wypuścił pan RSów?
- Chyba... - rozkasłał się - tak...
- Przecież sam nie wyszedł... - pomyślałem na głos. Agent numer jeden nie słuchał mnie już jednak, gdyż rozkasłał się na całego. Zapewne siorbnął kawy i ta wpadła mu nie do tej dziurki co powinna. Kaszlał, jakby chciał wypluć płuca.
- Proszę, niech się pan napije wody - powiedziałem podając mu szklankę. Wyciągnął po nią rękę, jednak zamiast ją chwycić - złapał w palce powietrze i zwalił się na podłogę. Z jego piersi dobiegło głośne charczenie.
- Co jest grane?
Agent numer dwa i porucznik jak na komendę pochylili się nad kolegą, a po chwili sami zaczęli kasłać.
- Co się dzieje? - spytałem, a w moim głosie zaczęła pobrzmiewać panika.
- Kaaaa...waaa... - wycharczał porucznik i opadł na czworaka. Na czole nabrzmiała mu, niebezpiecznie pulsując, sinoczerwona żyła.
- Za gorąca? - spytałem z nadzieją? Porucznik jednak już nie odpowiedział, kopiąc w agonii moją świeżo pomalowaną ścianę. Pochyliłem się nad nim, gdy ktoś zacisnął spazmatycznie palce na moim ramieniu. To był agent numer dwa. Z tego co zdołałem zauważyć - wypił najmniej.
- U...cie...kaj... - wyrzęził, po czym zwiotczał i opadł na podłogę.

_-¯ Podniosłem się i ogarnąłem sytuację. Dostałem nie cierpiące zwłoki zadanie od ABC, gdy tymczasem w mojej kuchni znajdowały się właśnie zwłoki. Konkretnie - zwłoki trzech agentów ABC. Dodatkowo - miałem brudną ścianę, i - jak się okazało - nie najlepszej jakości kawę. Cóż... Najbliższa przyszłość rysowała się niezwykle interesująco. Słysząc donośne pukanie jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że owa przyszłość jest tak bliska.
- Charyzjusz Chakier! Wiemy, że tam jesteś! Proszę otworzyć! Policja!
 
Rzężenie 2010-06-26 00:05
 Oceń wpis
   
_-¯ Długo nie dawałem znaku życia, lecz miało to swoje uzasadnione powody. Obronność Kraju nie może czekać. Zatem - jak Kmicic zmierzający ku Wołmontowiczom - zostałem zawrócony sprzed klawiatury własnego komputera, by służyć ojczyźnie. Niestety, nie mogę się z Państwem (a z Paniami w szczególności) podzielić swoimi przewagami na tym polu, gdyż działania te oznaczone są klauzulą ,,Tajne'', tak więc po ujawnieniu ich musiałbym zabić wszystkich czytelników tego wpisu, a na samym końcu sam siebie. Własnego życia mi nie szkoda, ale wysoce sobie cenię żywoty pt. czytelników. Tak więc zmilczę, choć miałbym na rok-dwa tematów do opisywania.
_-¯ Opiszę zatem co mnie spotkało podczas wyjazdów do zamorskich krajów, gdzie przyszło mi sławić imię Rzeczypospolitej. Nie będę się rozpisywał o programistycznym kunszcie którym zabłysłem na obczyźnie, choć może byłoby warto. Porównując moje zmagania np. do zmagań piłkarskich podczas obecnego mundialu mógłbym powiedzieć, że odniosłem sukcesy porównywalne jedynie do sukcesów Korei Północnej rozgramiającej Brazylię w meczu finałowym mistrzostw. Ale...
_-¯ No właśnie. Po raz kolejny chciałem napisać ,,ale zacznijmy od początku'', lecz uświadomiłem sobie że nadużywam tego zwrotu właściwie w każdym moim wpisie. Niestety (tego wyrazu też nadużywam), rozpoczynanie od początku weszło mi w krew, tak jak Waletowi Kier z Alicji w Krainie Czarów, który oficjalne pisma zwykł czytać poczynając od Początku, doczytywał je do Końca, i w tym momencie kończył czytanie. Tak więc, proszę wybaczyć, ale zacznę od początku.
_-¯ Siedziałem sobie przy komputerze i załatwiałem kolejne włamy pocztowe, gdy rozległo się charakterystyczne pukanie. Charakterystyczność pukania rozpoznał natychmiast mój analizator charakterystyk pukania, którego napisałem w wolnym czasie kilka lat temu. Dysponował on algorytmem heurystycznym ze sprzężeniem zwrotnym umożliwiającym uczenie się, i rozpoznawał pukanie gazownicze (profil 1), wodociągowe (profil 2), ulotkowe nachalne (profil 3a), ulotkowe spłoszone (profil 3b), ulotkowe nieistniejące (profil 3c, kiedy ulotki lądowały po prostu w skrzynce), listonoszowe niechciane (kiedy listonosz miał nadzieję, że nikogo nie zastanie), listonoszowe polecone (kiedy listonosz miał nadzieję, że nikogo nie zastanie), listonoszowe nachalne (kiedy listonosz miał nadzieję, że nikogo nie zastanie), oraz zcichapęknięte (kiedy listonosz miał nadzieję, że nikt nie zauważy pukania, gdyż nie zapukał). Ostatni profil został mylnie zakwalifikowany przez algorytm do kategorii pukań pocztowych, lecz ręcznie przeniosłem go do kategorii ABC, gdyż tak pukali jedynie agenci Agenci Bezpieczeństwa Czegokolwiek, mając nadzieję że brak pukania nie zostanie wykryty jak nie pukanie. Nieuki. Miałem więc czas by przygotować się na przybycie gości.
_-¯ - Peeeroszę wejść - krzyknąłem, dokańczając mieszanie trzeciej kawy. W tym momencie drzwi otworzyły się z cichym skrzypem i w mieszkaniu zmaterializowało się trzech agentów ABC. By być bardziej szczegółowym - oczywiście pojawili się w różnych miejscach mieszkania jednocześnie. Skrzyp drzwi miał jedynie skupić moją uwagę na sieni, ale byłem zbyt starym wyjadaczem by dać się złapać na ten podręcznikowy numer. Pierwszą filiżankę postawiłem na parapecie sypialni, drugą umieściłem w toalecie. Trzecią trzymałem w kuchni, gdyż tam - zgodnie z moimi przewidywaniami - powinien pojawić się najwyższy rangą z funkcjonariuszy agencji. Nie pomyliłem się. Na szczęście (choć być może nie powinienem tak nazywać wieloletniego doświadczenia) - porucznik dowodzący całym zespołem od razu zorientował się, z kim ma do czynienia. Bez słowa sięgnął po filiżankę i upił długi łyk:
- Dobra... sypana? - spytał.
- Rozpuszczalna - sprostowałem.
- Mmmm... Złota?
- Zielona.
- Dobry wybór... - upił jeszcze łyk, po czym odstawił naczynie na blat kuchenki - Chakier Charyzjusz? - zapytał.
- Nie - odparłem zgodnie z prawdą.
- Rozumiem - skinął głową i przez chwilę analizował coś w swojej głowie.
- Chakier, Charyzjusz? - spytał ponownie.
- Owszem - odparłem.
- Brak przecinka?
- Owszem.
- Zawsze jest Pan takim żandarmem?
- Owszem.
- Gdyż?
- Gdyż jeżeli my nie uszanujemy naszego języka, to któż go uszanuje?
- Słusznie... - potaknął i dopił swoją kawę..
- Panie Chakier, wie Pan po co tu przybyliśmy?
- Domyślam się.
- Domyślam się, że Pan się domyśla. Wie Pan...
- Wiem.
- Wiedziałem, że Pan wie. Ale rozumie Pan...
- Rozumiem.
Chwilę przygryzał dolną wargę...
- Czy...?
- Tak.
Odetchnął z ulgą. Pro-forma zadał jednak jeszcze jedno pytanie:
- Do szóstego?
- Jak cholera - powiedziałem i - uśmiechając się szeroko - uścisnęliśmy sobie dłonie. W tym momencie rozległ się kaszel dochodzący z sypialni, który wkrótce przeszedł w urywane rzężenie.
_-¯ Pognaliśmy tam, by ujrzeć sypialnianego agenta numer jeden z niekrosowanym RSem 232 owiniętym wokół szyi.

C.D.N.
 
Zakupy 2010-06-04 22:21
 Oceń wpis
   

_-¯ Ze względu na przedłużony weekend tradycyjna sobotnio-niedzielna rodzinna rozrywka została przełożona na piątkowe popołudnie. Zapakowałem zatem wszystkich do samochodu i pojechaliśmy do supermarketu. Misia - tradycyjnie - poleciała od razu do stoiska z butami. Czytałem w jednym bardzo mądrym czasopiśmie, że kupowanie butów jest jedną z najbardziej uzależniających kobiecych aktywności, gdyż łączy przyjemność kupowania elementów odzienia z pełną swobodą przebierania i wybierania rozmiarów. Kobieta nie czuje skrępowania prosząc o buty numer większe, odwrotnie niż gdyby przymierzała kostium kąpielowy czy inny element garderoby, którego numeracja liniowo zależy od wagi. A buty? Hulaj dusza, piekła nie ma... można mieć po prostu duże stopy...

_-¯ Ja jednak, razem z Charysią i Charrisonem, podreptałem na halę prosto do działu funkcji. Wiadomo - programuje się to i owo, to i funkcji się używa. A jak się używa, to się zużywa. A jak się zużywa, to zaczyna ich brakować. Nie dalej niż przedwczoraj potrzebowałem prostej funkcji kardynalnej (pisałem prostą aplikację typu klient-serwer dla episkopatu) i jak na złość nie mogłem żadnej znaleźć. Teraz więc od razu złapałem sześciopak, z doklejoną plastrem siódmą funkcją w gratisie. Wziąłem też dwie krzywe dzwonowe, które dzieci z miejsca założyły sobie na głowy i udawały, że to kapelusze. Trochę kłopotów miałem z funkcją Dirichleta, którą Misia kazała mi kupić do pizzy. Okazało się, że funkcja ta jest nigdzie ciągła, a zamierzaliśmy jej użyć zamiast sera, który podobno po podgrzaniu staje się rakotwórczy. Zrobiłem jednak kilka testów z podgrzanym serem wrzuconym do akwarium, jednak oprócz tego, że od tej pory akwaryjne ślimaki zaczęły mnie pozdrawiać słowami ,,Ciao! Bella!'' nie zaobserwowałem żadnych efektów. W szczególności - populacja raków w akwarium wciąż utrzymywała się na poziomie 0. No a wracając do funkcji Dirichleta - ostatecznie zrezygnowałem z jej zakupu i kupiłem funkcję Riemanna, która co prawda jest nieciągła w niewymiernych punktach dziedziny, ale za to jest ciągła we wszystkich niewymiernych. Trudno - najwyżej, gdy Misia przygotuje pizzę, zjemy wszystkie jej niewymierne punkty, a wymierne wyrzucimy ptaszkom do karmnika.
- Tatoooo... kupisz mi tocjent? - pociągnęła mnie za rękaw Charysia, kiedy przechodziliśmy obok stoiska z produktami Dr Eulera.
- Charysiu, przecież w zeszłym tygodniu kupiłem ci dwa. Po co ci nowy?
- Kuuuup miii! Kuuuup! Proszę, proszę, proszęproszęproszę!
- Charysiu! - spojrzałem na nią groźnie, ale niestety mała użyła w tym momencie broni ostatecznej. Jej oczy zrobiły się bardzo okrągłe i bardzo duże, a w ich kącikach zaczęły nabrzmiewać niebezpiecznie duże krople łez.
- No dobrze, zobaczę co da się zrobić - skapitulowałem i zaczepiłem przechodzącą obok ekspedientkę - Przepraszam, ile kosztuje ten tocjent?
Kobieta wymieniła cenę, a mnie wmurowało.
- Słucham?
Gdy ponownie usłyszałem to samo uniosłem ręce w teatralnym geście.
- No nie... Jak ja mam na to wszystko urobić? Podstawowa funkcja, niezbędna w każdej polskiej rodzinie kosztuje tyle co... co... co pół mojej pensji! No, prawie pół, gdybym zarabiał nie tyle co zarabiam teraz. Istnieje jednak w przestrzeni pensji pensja, której połowa równa jest cenie tego produktu. I gdybym zarabiał dokładnie tyle, moje twierdzenie byłoby całkowicie uzasadnione! - dokończyłem szybko widząc, że ekspedientka przygotowuje się do polemiki. Słysząc jednak mój wywód najwyraźniej porzuciła zamiar udowadniania mi nieprawdy.
- To bardzo dobry tocjent, proszę pana. Szwedzki, nie jakieś tam chińskie podróbki. Kompatybilny z dowolną funkcją Carmichaëla. Oczywiście mamy też chińskie - wskazała ręką na półki przy samej podłodze - ale oprócz chińskiego twierdzenia o resztach raczej do niczego się panu nie przyda. Polecam ten - podała mi estetyczne, kolorowe pudełko - jest wart swojej ceny.
- A ile kosztuje tamten? - próbowałem nie oddawać pola bez walki, jednak Charysia w tym momencie wbiła mi nóż w plecy.
- Ja chcę ten! Ja chcę ten! Taki jak w telewizorze! - wyrwała mi z ręki pudełko i wpakowała do koszyka, ja zaś sumiennie obiecałem sobie ograniczyć dzieciom dostęp do ogłupiających mediów.

_-¯ W dziale z algebrą wziąłem jeszcze kilka opakowań miejsc zerowych, zaś Charrison naciągnął mnie na funkcję holomorficzną z ładnie błyszczącymi punktami osobliwymi, po czym skierowaliśmy się do kas. Wiadomo, że przejście przez kasy stanowi punkt kulminacyjny wszelkiej maści zakupów. Małoletnich proszę teraz o nie czytanie następnego mojego wywodu, który brzmi: jeżeli łażenie po sklepie jest grą wstępną, to przejście przez kasy jest właściwym seksem. I w tym momencie albo obie strony skończą usatysfakcjonowane, albo jedna z nich zostanie bezpardonowo [wulgarne określenie stosunku płciowego].
Schody zaczęły się już przy krzywych dzwonowych. Zamierzałem je właśnie zapakować do foliówki, kiedy zauważyłem że nieprzyjemnie lepią się do dłoni. Podniosłem rękę do nosa, powąchałem, po czym skrzywiłem się z dezaprobatą.
- Przepraszam panią, ta funkcja się rozkłada - powiedziałem wyjmując produkt z powrotem na taśmę. Ekspedientka spojrzała na mnie jak na głąba.
- Ten rozkład jest normalny - stwierdziła.
- Nie nie nie, proszę pani - postanowiłem być stanowczy - kupiłem te funkcje dla dzieci, nie mam zamiaru by się zatruły nieświeżym produktem. Proszę wymienić mi te funkcje!
- Proszę pana, przecież to rozkład Gaussa!
- Przecież to mój!... - zacząłem i nie dokończyłem. Przez chwilę poczułem się jak wsiok robiący awanturę o ser pleśniowy.
- Che, che... żartowałem - próbowałem uratować twarz, jednak po poszeptach współkolejkowiczów czułem że średnio mi wyszło.
Wykładałem produkty dalej, w takt monotonnego pikania czytnika kodów, które jednak w pewnym momencie zamarło.
- Proszę pana, to równanie jest nieoznaczone - stwierdziła pani kasjerka.
Rzuciłem okiem i dostrzegłem szansę na rehabilitację nadszarpniętej reputacji.
- Oczywiście, że jest nieoznaczone, bo to równanie *diofantyczne* - powiedziałem dobitnie akcentując ostatni wyraz.
- Ja wiem, że diofantyczne - stwierdziła kasjerka - mówiłam, że nieoznaczone, bo kodu kreskowego brak. Nie mam go jak wbić na kasę, trzeba będzie odłożyć - skonstatowała i tym ostatecznie wbiła mnie w podłogę.

_-¯ Zakupy to jednak nie moja specjalność.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

Sponsorzy
 
 




Najnowsze komentarze
 
2010-09-01 00:04
zyg zag do wpisu:
Walenie
ku... jakbym Lema czytał :D
 
2010-08-31 16:39
ankaka1225 do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Proszę o kontakt pod nr gg 9079391 To bardzo pilna sprawa
 
2010-08-31 16:28
ankaka1225 do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Mam prośbę, organizuję na studiach warsztaty dla studentów - jakieś 120 osób. Stworzyłam[...]
 
2010-08-30 22:57
Astroni800 do wpisu:
Jak zainstalować Windows?
A co tam... Skoro akurat tu wpadłam... Koleżance zepsuła się ładowarka do mp4 i pomyślała, że[...]
 
2010-08-30 19:30
Katan do wpisu:
Jak zainstalować Windows?
Używam Debiana,instalacja prosta jak budowa cepa. Wszystkie dane w necie. Nie zadawajcie[...]
 
2010-08-30 19:23
Katan do wpisu:
Jak zainstalować Windows?
I tyle samo płaczu hehe.
 
2010-08-29 21:19
chakier do wpisu:
Walenie
@Pierre do Le Perra: Dziękuję, na razie radzę sobie sam ;)
 
2010-08-29 20:35
Pierre do Le Perra do wpisu:
Walenie
@chakier: trzeciej od ktorej strony? bo moglbym jutro dla Ciebie zweryfikowac wiarygodnosc[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl