czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Feerie, cz. IV 2010-02-25 22:03
 Oceń wpis
   
_-¯ Powoli pięliśmy się w górę po zaśnieżonym szlaku, podziwiając surowe widoki ośnieżonych szczytów gór. No dobrze - lekko przesadziłem. Jedyne, co było widać to drzewa. Drzewa przed nami, drzewa za nami. I drzewa po bokach.
- Czyż nie jest pięknie? - szepnęła Misia.
- Oczywiście, skarbie - odparłem, choć - między nami mówiąc - jakoś nie podzielałem jej opinii. Z lasów nie lubiłem nawet tych w domenie Active Directory. Zresztą, czym jest las jak nie zbiorem drzew, i czymże jest drzewo jak nie spójnym grafem bez cykli? Więc - czym tu się zachwycać?

_-¯ Rozważania z dziedziny teorii grafów przerwała mi Charysia, wieszając się na mojej nodze.
- Tatusiu, nóżki mnie już bolą...
- Już niedaleko - pocieszyłem małą, choć w gruncie rzeczy miałem blade pojęcie o przebytym dystansie. Według moich obliczeń szliśmy jakieś dwa kwadranse, zaś droga na Czerwoną przełęcz powinna nam zająć czterdzieści pięć minut. Nie wiedziałem tylko, czy czas pokonywania szlaku uwzględniał to, że idzie się z dwójką małych dzieci, parą jabłuszek i sankami. Obawiałem się, że nie.
- Ja już dalej nie mogę - zawtórował siostrze Charrison.
- Nie jęcz! - ofuknąłem syna, ale zaraz dodałem łagodniej - Jak będziesz dzielnie szedł, to po powrocie policzymy sobie pierwiastki jakiegoś fajnego wielomianu. Dwudziestego stopnia!
- O! Ale fajnie! Ale, tato...?
- Tak?
- Na płaszczyźnie zespolonej?
Udałem, że się zastanawiam.
- No dobrze, niech ci będzie - uśmiechnąłem się - a teraz - marsz!

_-¯ Niestety, Charysi nie udało się przekupić nawet pozwoleniem przekształcania macierzy hermitowskich w ortogonalne (po wieczorynce). Chcąc-nie chcąc (a bardziej to drugie) musiałem ją wziąć na barana (czyli na siebie). Dalsza droga, czyli stąpanie po ośnieżonych i oblodzonych kamieniach z dzieckiem na barkach nabrała od tej pory nowego wymiaru. Powiem szczerze - zacząłem nawet odczuwać pewną przyjemność z tego, że każdy kolejny krok nie kończył się upadkiem. Misia tymczasem delikatnie asekurowała Charrisona ciągnącego za sobą sanki, które nie wiedzieć czemu zjeżdżały ze ścieżki i koniecznie chciały się zsunąć w dół stromego stoku. W ten sposób przebyliśmy następne pół godziny (nota bene przy pomocy czasowych oznaczeń odległości w przestrzeni bardzo łatwo wyjaśnić młodzieży czym jest czasoprzestrzeń, i to nieposługując się oklepanym żartem o kopaniu rowu od drzewa do obiadu).

_-¯ Tymczasem zaczęło się ściemniać.

_-¯ - Charry, gdzie my właściwie jesteśmy? - spytała Misia kwadrans później.
- Według moich obliczeń powinniśmy właśnie mijać Polanę Białego i Ścieżką Nad Reglami kierować się do wyjścia Doliny Białego.
- Ale przecież jeszcze nie doszliśmy do Czerwonej Przełęczy!
- No właśnie, takie tu to wszystko niedoorganizowane - westchnąłem, a automatyczny korektor machinalnie pokolorował mi słowo ,,niedoorganizowane'' na czerwono. Niezrażony tym ciągnąłem:
- Szlaki mają złe oznaczenia, w poprzek ścieżek co i rusz leżą jakieś drzewa, droga wyboista, nie odśnieżona...
- Śnieg zaczyna padać.
- I jeszcze śnieg zaczyna padać. Przecież w takich warunkach nie sposób delektować się świeżym górskim powietrzem i wypoczynkiem na łonie natury.
- Charyzjusz, wracajmy...
Prychnąłem.
- Uciekać? Kiedy zwyciężamy? - odparłem zasłyszanym skądś filmowym cytatem (przy czym nie wiadomo dlaczego podświadomość podsunęła mi przed oczy obraz eksplodującej Gwiazdy Śmierci), po czym sięgnąłem do plecaka.
- Nie martw się, skarbie. Zaraz się dowiem gdzie jesteśmy, ile nam zostało drogi oraz którędy do domu.
Zręcznym ruchem wyciągnąłem laptoka i uruchomiłem. Zanim skończył się bootować system operacyjny miałem już narychtowany modem GSM. Kliknąłem w przycisk połączenia, jednocześnie wyciągając z drugiej kieszeni odbiornik GPS.
- Mamy w końcu dwudziesty pierwszy wiek - podsumowałem błyskające wesoło zielone lampki obu urządzeń.

_-¯ Po kolejnych pięciu minutach wydało mi się, że lampki wcale nie błyskają tak wesoło jak mi się na początku wydawało. Animacja anteny poszukującej sygnału przestała być również taka zabawna jak wcześniej, kiedy po paru chwilach zamieniała się we wskaźnik nawiązanego połączenia. Sprawdziłem raz, drugi i trzeci łącze telefonu z komputerem - co było o tyle trudne że było bezprzewodowe. Na szczęście zapadł już zmrok, więc po ciemku mogłem dostrzec również tę długość fali elektromagnetycznej którą wytwarzał bluetooth. Było to dosyć trudne i wymagało zmrużenia oczu, ale miałem za sobą lata chakierskiej praktyki. Połączenie między urządzeniami działało bez zarzutu, a to oznaczało tylko jedno...

_-¯ Uświadomiłem to sobie i poczułem jak po plecach ścieka mi strużka zimnego potu.
1. Byliśmy sami
2. W nieznanym miejscu w górach
3. Po ciemku
4. Z dala od cywilizacji
oraz
5. BEZ INTERNETU!

_-¯ W oddali rozległo się ponure wilcze wycie.
 
Feerie, cz. III 2010-02-17 22:36
 Oceń wpis
   
_-¯ Do wyprawy na szlak przygotowałem się profesjonalnie, zresztą - jak do wszystkiego co robię. W niewielkim, ale pojemnym plecaku znalazło się wszystko, czego mógłbym potrzebować w górach. Był więc:
- Stary ale jary ,,analogowy'' aparat fotograficzny załadowany prawdziwym trzydziestosześcioklatkowym filmem i potrafiący robić fenomenalne zdjęcia. Niestety, pomimo długich namów aparat sam zdjęć robić nie chciał, a moje umiejętności w tym zakresie pozostawiały wiele do życzenia. Brałem go jednak ze sobą, między innymi z tego względu że niedawno zakupiłem do niego komplet nowych baterii, kosztujących tyle co średniej klasy kilkunastomegapikselowy kompakt.
- Średniej klasy kilkunastomegapikselowy kompakt, posiadający nad swym analogowym starszym bratem niewątpliwą przewagę pojemnej karty pamięci, pozwalającą ilość przekuć w jakość. O ile w przypadku poprzedniego aparatu starannie wybierałem każde ujęcie, to ten maluch po prostu przestawiałem w tryb zdjęć seryjnych i ,,cykałem'' fotki non-stop przez kilkanaście sekund w nadziei, że spośród tych napstrykanych kilkudziesięciu jedna czy dwie się do czegoś nadadzą.
- Stara kamera video z którą trochę wstyd było mi się pokazywać gdyż nie posiadała trybu HD. Na szczęście posiadała twardy dysk (hard disk drive) o czym dumnie informował producent literami HDD wytłoczonymi z boku wyświetlacza. Zakleiłem zatem ostatnie D ciemną taśmą i mogłem filmować bez zażenowania. Kamera mogła też służyć oczywiście jako aparat fotograficzny, z czego od czasu do czasu skwapliwie korzystałem.
- Laptop. Laptopa biorę ze sobą absolutnie wszędzie, gdyż nigdy nie wiadomo gdzie można znaleźć szybką, słabo zabezpieczoną sieć Wi-Fi. Poza tym można czasami wykorzystywać jego obracaną, wbudowaną kamerę do rejestrowania ciekawych rzeczy dookoła oraz jako aparat fotograficzny.
- Pięć telefonów komórkowych. Jeden mój. Jeden Misi. Jeden Charrisona. Jeden Charysi. I jeden do łączenia się z internetem przez sieć GSM w dzikich miejscach, do których nie dotarła cywilizacja oraz szerokopasmowy dostęp do sieci. Oczywiście - każdy miał wbudowany aparat.
- Komplet ładowarek. W sumie osiem. Aparat analogowy, jak już wspomniałem, wymagał pierońsko drogich bateryjek.
- Sanki (na co nalegały dzieci).
- Jabłuszka, czyli niewielkie okrągłe kawałki plastiku z uchwytem pod tyłek. To znaczy uchwyt nie był pod tyłek, tylko te kawałki plastiku. Siadało się na nich, łapało za uchwyt i ziuuuuuuu! Zjeżdżało na własnym siedzeniu ciągnąc ów kawałek plastiku za uchwyt za sobą, gdyż z nieznanych mi bliżej przyczyn wykazywały one znacznie mniejsze tarcie po stronie spodni niż po stronie śniegu.
- Około osiemdziesięciu stron kserówek Misi. To znaczy nie jej kserówek, w sensie Misi jako osoby, tylko kserówek jej wykładów. To znaczy Misia niczego jeszcze nie wykładała, ale jej wykładano. I to właśnie było na owych kserówkach, gdyż Misia obiecała przygotowywać się do egzaminu, w czym miały jej pomóc cisza i spokój naszych pięknych Tatr.
- ,,Pamiątkowa'' ciupaga z plastikowym ostrzem, w którą Charrison zaopatrzył się nie wiedzieć kiedy i z którą się od tamtej pory nie rozstawał.
- Takiejż (w słowniku nie ma takiego słowa) proweniencji szmacianego pieska na druciku na którego towarzystwo uparła się Charysia.
- I jeszcze kilka nieistotnych rzeczy.
Po skompletowaniu plecaka zajęliśmy się ubieraniem, co niestety okazało się dosyć trudne. W pierwszym wpisie o feeriach wspomniałem o złożoności algorytmicznej kobiecego umysłu i właśnie w starciu z nim poległem. Konkretnie - poległem starając się dostosować do damskiego modułu doboru kolorów. Dla mężczyzn, a w szczególności chakierów świat jest prosty: są trzy podstawowe kolory (czerwony, zielony, niebieski), a wszystkie pozostałe da się z ich pomocą opisać. Faceci z wykształceniem plastycznym lub pracujący w poligrafii potrafią sobie wyobrazić również żółty, cyjanowy i magentę. Ale weźcie mi powiedzcie co to może być karminowa fuksja wpadająca w turkusowy amarant z domieszką marengo? No oszaleć można.
- Nie zakładaj jej niebieskiej kurtki do zielonego kombinezonu! - ofuknęła mnie Misia gdy wkładałem Charysi (ubranej w szary kombinezon) szarą kurtkę. Nauczony doświadczeniem nie próbowałem oponować, tylko posłusznie sięgnąłem po kolejny komplet ubrań. Dwunasty z kolei okazał się kolorystycznie odpowiedni na aktualne warunki pogodowe.

_-¯ Gdy wreszcie byliśmy gotowi słońce stało już wysoko.

siklawica

_-¯ Do wodospadu Siklawica dotarliśmy koło piętnastej. Co prawda dzieci nie tak wyobrażały sobie wodospad, ale przynajmniej mogły go sobie obejrzeć z bliska. Pomimo usilnych namów Charrisona zdecydowałem się nie wybijać dziury w lodzie tak by mógł się przekonać że pod spodem rzeczywiście płynie woda. Pstryknąłem kilka zdjęć każdym z posiadanych przeze mnie aparatów i zawróciliśmy. W myślach już układałem sobie miłe plany spędzenia wieczoru, gdy nagle Misia stwierdziła niewinnie:
- A może byśmy poszli na Czerwoną Przełęcz?
- Cóż... - zacząłem rozpaczliwie poszukiwać wymówki, jednak nie dane mi było skończyć.
- Taaaak! - wrzasnęły dzieciaki, którym trasa spod Siklawicy szczególnie przypadła do gustu. Pokonały ją jadąc na sankach (było z górki), a Charrison czerpał szczególną radość kiedy ich pojazd zbliżał się do krawędzi szlaku i ryzykownie zbliżał się do brzegu potoku, czym wywoływał pełne przerażenia okrzyki rodzicielki.
- Przecież nie będziesz do nocy siedział w pokoju - stwierdziła Misia.
Szczerze powiedziawszy miałem ogromną ochotę posiedzieć w pokoju. Niestety, zamiast wyrazić stanowczy sprzeciw kiwnąłem tylko potulnie głową.

_-¯ Skręciliśmy na czarny szlak.
 
Feerie, cz. II 2010-02-10 21:56
 Oceń wpis
   
_-¯ Zgodnie z Pierwszym Prawem Rowerzysty, brzmiącym ,,Do celu jedzie się zawsze pod górę i pod wiatr. Z powrotem tak samo'' do Zakopanego miałem pod górę. Pod wiatr pewnie też, gdyż większość padającego śniegu przyklejała się do przedniej szyby mojego auta. Dodatkowo cały czas dogryzała mi moja nawigacja samochodowa, począwszy od samego początku trasy.
- To co, jedziemy do Sopotu? - spytała zaraz po tym gdy spakowawszy około miliona przygotowanych przez Misię ubrań zimowych dla Charrisona i Charysi zająłem miejsce za kierownicą.
- Nie. Jedziemy do Zakopanego - sprostowałem.
- Oooo..., a to czemu? Przecież miał być Sopot.
- Miał, ale zmieniłem zdanie.
- Ahaaaa... jassssne... Zmieniłeś zdanie. Taaaak - podsumowała, jednak coś w jej głosie mówiło mi, że wcale nie przyjęła tego do wiadomości.
- Pantofel - dodała po chwili. Udałem, że tego nie słyszałem. Niestety, docinki na tym się nie skończyły.
- Jedziemy jedynką czy ósemką? - spytała nawigacja, gdy dojeżdżaliśmy do kolejnego skrzyżowania dróg krajowych.
- Ósemką - odparłem.
- To jaka decyzja?
- Ósemką - powtórzyłem.
Nawigacja spojrzała na mnie, jakby mnie pierwszy raz w życiu widziała na oczy.
- A pan tu od kiedy podejmuje decyzje?
Zawrzało we mnie, jednak znalazłem w sobie dość siły by nie wyrzucić z siebie ,,ciętej riposty''. W końcu z tyłu jechały dzieci, które niekoniecznie (miałem taką nadzieję!) znały dowcip o Wujku Zenku i Klaunie Prześmiewcy. Nawigacja jednak świetnie się bawiła.
- Żart, Charyzjusz, hahahaha! - zaśmiała się złośliwie przez samo 'h', choć już wcześniej zwracałem jej uwagę, że mnie to drażni. Przez chwilę panowała cisza. Już miałem nadzieję, że reszta drogi upłynie we względnym spokoju, ale gdzie tam...
- Dalej już nie możemy jechać - poinformowało mnie po pięciu minutach złośliwe pudełko.
- A to czemu?
- Popatrz, ograniczenie do siedmiu i pół tony.
- No i co z tego? Przecież osobowym jadę...
- Ale nosiłeś walizy całe rano, to musisz mieć w bagażniku ze trzynaście ton ładunku. Hahahaha! O! Uważaj, krokodyle! Hahahaha! Eh, Charyzjusz, ubaw po pachy, co nie?
- Nie! - warknąłem i wyrwałem jej wtyczkę z gniazda zapalniczki. Nawigacja lekko westchnęła, po czym jej ekran pociemniał i zgasł. Wreszcie miałem chwilę spokoju.
- STAĆ! POLICJA! - rozległo się w tym momencie. Rzuciłem okiem we wsteczne lusterko, zerknąłem na boki...
- Hahahaha! Bateryjkę mam, Charyzjusz, bateryjkę! - nawigacja znów świeciła ekranem i zaśmiewała się do rozpuku - Ale miałeś minę, mówię ci... Boki zrywać...
Obiecałem sobie, że jak tylko wrócę do domu wymienię jej firmware...

_-¯ Co do jednego nawigacja miała jednak rację. Misia przygotowała na wyprawę tyle rzeczy, że wydawało mi się że ich masa zaczyna zaginać przestrzeń wokół auta. Zresztą, nie powinno mnie to dziwić. Już jadąc na letnie wakacje przekroczyłem ładowność mojego samochodu około trzy tysiące razy. Teraz zaś każda para kąpielówek i lekkich podkoszulków została zastąpiona przez kilka zestawów ocieplanych kombinezonów, swetrów, golfów, rękawiczek, szalików, ciężkich zimowych butów, kapturów, mufek (zawsze sądziłem że mufka to zwierzę podobne do chomika), nauszników i kalesonów. Sądziłem, że gdzieś w środku mojego kufra gęstość wełnianych skarpet zbliżyłaby się do gęstości białych karłów, gdyby tylko białe karły były zbudowane ze skarpet właśnie. Kto je tam zresztą wie? Skoro według jednej z licznych teorii Wielomysła czarne dziury były zbudowane z chusteczek higienicznych, to białe karły mogły być z wełny albo włóczki. Będę to musiał z Wielomysłem przedyskutować, jak tylko wrócę do domu...

_-¯ Trzymając się Zasady Pareto przebycie ostatnich 20% zakopianki zajęło nam 80% czasu. Wlekliśmy się w ślimaczym tempie w sznurze innych samochodów, zaś jedynej rozrywki dostarczało nam liczenie aut które znalazły się w rowie. No, prawie... Było jeszcze przecież CB Radio.
- Uwaga mobile, przed Nowym Targiem najmniejsze gospodarstwo rolne.
- Najmniejsze gospodarstwo? - nie zrozumiała Misia.
- Kogut i dwa psy - wyjaśniłem.
Gratulowałem sobie w duchu, że przed wyjazdem zaopatrzyłem się w łańcuchy na koła. Dzięki temu w miarę pewnie mogłem pokonywać kolejne wzniesienia i zakręty, na co nie wszyscy niestety mieli dość odwagi.
- Koledzy, mógłby ktoś przedłużyć gdzie te misiaki stoją? Bo nie wiem czy mam zjechać, piwko sobie wypiłem...
- To po co żeś kolego w ogóle za kierownicą siadał? - zbeształa nieostrożnego jakaś koleżanka.
- Tak ślisko, że na trzeźwo strach...

_-¯ Do celu dotarliśmy późnym wieczorem. Rozpakowałem auto, łyknąłem kubek herbaty po góralsku (cherbaty niestety gospodarz nie miał) i położyłem się do łóżka. Musiałem się wyspać, gdyż następnego dnia mieliśmy zaplanowaną ciekawą wyprawę w góry...
C.D.N.
 
Feerie 2010-02-04 21:52
 Oceń wpis
   

_-¯ Niezbadanymi ścieżkami biegną kobiece myśli. Wiedział o tym Einstein, wie o tym Hawking. Dlatego tworząc swoje Ogólne Teorie Wszystkiego wiedzieli również, że owe teorie wszystkiego opisać nie zdołają. Ci znakomici fizycy mieli świadomość, że nauka nie dorosła jeszcze do prób opisania damskiego mózgu, tak więc zajęli się prostszymi (żeby nie rzec: prostackimi) zagadnieniami typu grawitacja czy kwanty. Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że kilka dni temu, przy śniadaniu, Misia zadała mi pytanie:
- A może byśmy pojechali do Zakopanego?
- Oczywiście, Skarbie - odpowiedział machinalnie mój proces Automatycznego Unikania Konfliktów. Dalej pogryzałem grzankę i siorbiąc cherbatę przeglądałem gazetę.
- Świetnie, to może jak Charrison będzie miał ferie?
- Oczywiście, Skarbie - odparłem znów bez świadomego zawiadywania ośrodkiem mowy. Tym razem jednak zadziałał również Intuicyjny Detektor Zagrożeń. Sprytny ów automat wprogramowałem sobie kilka miesięcy temu, wykorzystując najnowsze techniki programistyczne spod znaku logiki rozmytej (coraz częściej zwanej również, nomen-omen, kobiecą intuicją). Przerwałem czytanie gazety i machinalnie przeanalizowałem kilka ostatnich zdań naszej rozmowy. Jak zapewne Państwo wiedzą (a Panowie w szczególności), każdy mężczyzna ma genetycznie wbudowaną pamięć krótką dialogową, pozwalającą mu bezbłędnie odtworzyć siedem do dziesięciu ostatnio zasłyszanych słów. Z niewiadomych przyczyn bufor jest w stanie pomieścić dodatkowych kilka zwrotów jeżeli zostały one wypowiedziane przez małżonkę. Posiłkując się zatem tą niewielką, daną nam przez naturę umiejętnością, bezbłędnie wychwyciłem zwroty które zaalarmowały Detektor Zagrożeń.
- Do Zakopanego? Na ferie? Po co?
- Charrison pouczyłby się jeździć na nartach. Charysia zresztą też by mogła. Poza tym - dawno już nie byliśmy w Zakopanem.
- W Peru w ogóle nie byliśmy, a jakoś nie chcesz tam jechać - skontrowałem.
- Skoro mowa o Peru, to właśnie przeglądałam...
- Nieważne - uciąłem, czując że ten wątek może przybrać zgoła odmienny obrót niż sobie założyłem. Postanowiłem wrócić do meritum:
- Dlaczego Zakopane?
- Przecież jest zima...
- No i co z tego? Zima jest o każdej porze roku... znaczy - zima jest każdej zimy. Dlaczego akurat chcesz jechać do Zakopanego tej zimy? Nie możemy pojechać tam na przykład na wiosnę?
- Wiosną Charrison nie będzie miał gdzie się uczyć jazdy na nartach.
- Ale po co ma gdzieśtam jechać uczyć się jeździć? Napisze się odpowiedni program, podłączy neurostymulotary i w pięć minut smyk będzie śmigał jak mistrz slalomu-giganta. Widziałaś jak to robili w ,,Matriksie''? No, to my zrobimy tak samo, tylko dobrze - bez tego całego złomu wpychanego w tył głowy. Nie wiem jacy amatorzy projektowali te urządzenia, przecież wystarczyło zastosować prosty rezonans elektromagnetyczny i...
- Charyzjusz!
Oho... zaczynało się...
- Chciałabym jechać do Zakopanego. W te ferie. Żeby dzieci mogły zobaczyć góry.
- Ale przecież fraktale... - zacząłem, ale w tym samym momencie napotkałem coś określanego mianem ,,lodowate spojrzenie''. W jednej chwili przeszła mi ochota przekonywania Misi, że matematyczne wzory w swej logice są niesłychanie piękniejsze niż surowy chaos przyrody. Postanowiłem zrezygnować z bezpośredniej obrony na rzecz zmiany kierunku natarcia.
- Może zamiast tego pojedźmy do Sopotu?
- Dlaczego do Sopotu?
- Sopot musi być piękny o tej porze roku.
- Charry, wiesz przecież że wszyscy w zimie jeżdżą do Zakopanego.
- No właśnie! - uniosłem w górę palec w geście triumfu - Wszyscy jeżdżą, a my nie! Nie będziemy jak te lemingi i pojedziemy do Sopotu! Kochanie, tylko martwe ryby płyną z prądem - przytoczyłem swoje ulubione powiedzonko.
- Zarezerwowałam już pokój.
Oooo! Tego było już za wiele. Zespół Urażonej Męskiej Dumy szarpnął za dźwignię i wpuścił do krwiobiegu potężną dawkę Słusznego Gniewu. No bo przecież, do jasnej cholery, kto nosił spodnie w tym domu!?
- Nie jedziemy do Zakopanego, pojedziemy do Sopotu! - wrzasnąłem uderzając dla lepszego efektu pięścią w stół, aż spadła klawiatura z bułkami. Misia spojrzała na mnie z lekkim lękiem. Wiedziałem już, że wygrałem.

_-¯ Właśnie dojechaliśmy na miejsce. Góry rzeczywiście są piękne o tej porze roku...
C.D.N.

 


Najnowsze komentarze
 
2017-11-25 19:36
cleatus do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Are you in dept? Have you been denied of loan from Bank? Or do you need a loan to pay off[...]
 
2017-11-24 14:21
fernan tina do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy myślisz o uzyskaniu pożyczki? Czy potrzebujesz pilnej pożyczki, aby założyć własną firmę?[...]
 
2017-11-24 14:10
fernan tina do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy myślisz o uzyskaniu pożyczki? Czy potrzebujesz pilnej pożyczki, aby założyć własną firmę?[...]
 
2017-11-24 00:57
trust funds do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Dzień dobry, drogi panie / pani czy potrzebujesz pożyczki na Boże Narodzenie? czy potrzebujesz[...]
 
2017-11-15 05:19
ElenaNino do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Drogi Pożyczyć Poszukiwacze!! Masz jakiekolwiek trudności finansowe? Czy chcesz założyć[...]
 
2017-11-12 23:16
Laura Silos do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witajcie, moi dobrzy ludzie z Warszawy, nazywam się silosami Laury i przyjechałem stąd w[...]
 
2017-11-07 14:16
MRS VALICIA RENE do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć Ukochani ludzie, Jestem dyrektorem generalnym MRS VALICIA RENE Loan Company i chcę wam[...]
 
2017-11-03 20:22
loan offer do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Kredyt wypożyczony, Kredyt samochodowy, Pożyczki dla firm, Hipoteczna strona, Kredyt[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl