czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Chcę zostać miodożerem 2010-09-24 20:34
 Oceń wpis
   
_-¯ Wpis sponsorowany.

_-¯ W tym wpisie nie będzie ani słowa o Haronie Hytrym, inspektorze Widmowskim czy aspirancie Ściemie. Oczywiście jest to kłamstwo, gdyż właśnie o nich napisałem. Niemniej - dalsza część tekstu poświęcona będzie w całości recenzji książki Richarda Hammonda pod długaśnym tytułem Jak zostać arktycznym ninja i inne przygody z Evelem, Oliverem i wiceprezydentem Botswany. Zatem - do dzieła.

_-¯ Pierwszą rzeczą o której pomyślałem gdy otrzymałem estetycznie opakowany załącznik z PDFem było pytanie: kim do licha jest Richard Hammond? Zapewne czytając te słowa Blogomotive złapał się oburącz się za głowę i kilka razy z rozmachem uderzył nią w monitor. Cóż - nie każdy musi wiedzieć. Dzięki temu mogłem przystąpić do lektury ze zdrowym dystansem. Niestety - nie chciało mi się czytać, gdyż aktualnie zajmowałem się implementowaniem wydajnych algorytmów znajdowania minimalnego pokrycia wierzchołkowego w grafach. Terminy jednak nagliły, zatem napisałem sobie prosty program który za zadanie miał przeczytać książkę i wygenerować recenzję. Ja no końcu dopisałbym tylko zamaszystym pismem ,,Charyzjusz Chakier'' i voila. I wilk syty, i owca cała. Klepnąłem kilka linijek kodu, ustawiłem alarm który miał mnie poinformować o zakończeniu działania programu, po czym wróciłem do przerwanych czynności. To znaczy chciałem wrócić, lecz zanim oderwałem choć na kilka mikrometrów palec od klawisza [Enter] alarm zadzwonił. Zdziwiłem się. Już? Co prawda wymyślałem i implementowałem znakomite algorytmy AI, jednak nie sądziłem że ten zadziała aż tak szybko. Sprawdziłem zawartość katalogu - plik ,,recenzja.txt'' lśnił nowością. Zaciekawiony - wyświetliłem jego zawartość:

Recenzja książki

_-¯ Książka, którą przeczytałem była bardzo ciekawa. Właściwie była to jedna z najlepszych książek, które czytałem w życiu. Fascynujące przygody jej bohaterów na długie godziny wciągnęły mnie w lekturę. Pisarz operuje piórem z prawdziwym kunsztem, kreśląc nim barwny i interesujący świat w który zagłębiłem się z wielką przyjemnością. Polecam wszystkim tę niesamowitą pozycję, którą zapewne ,,połkniecie'' w całości za pierwszym podejściem, tak jak ja to zrobiłem.

Otworzyłem edytor i obniżyłem nieco wskaźnik słodyczy, zwiększając za to zmienną generowania objętości. Skompilowałem, uruchomiłem i ciekawie zajrzałem do środka:

Recenzja książki...

_-¯ ...choć może nazywanie tego czegoś ,,książką'' to jak nazwanie zebry rumakiem. Tak to niestety bywa, gdy tzw. ,,celebrities'' biorą się za wyciskanie dodatkowej kasy ze swej popularności i zlecają niedouczonym ghostwriterom pisanie książek o sobie. Zmuszałem się do czytania i płakałem, a szczęka bolała mnie coraz bardziej od ciągłego ziewania. Na stronie wydawnictwa które miało nieszczęście wypuścić ten (u)twór pozycja jest określana jako ,,świetna opowieść przygodowo-podróżnicza'', jednak jedyną podróżą którą odbędziecie przy jej lekturze będzie rychła wyprawa w objęcia Morfeusza. Ostrzegam wszystkich: trzymajcie się od tej ,,książki'' z daleka, chyba że potrzebujecie szybko końskiej dawki środka nasennego.

Skrzywiłem się, gdyż rezultat ciężko było uznać za zadowalający, ja zaś nie miałem ochoty na czytanie korespondencji od kancelarii adwokackiej (choć w sumie i tak dawno przekierowywałem tego typu korespondencję do Olgierda). Jeszcze raz przejrzałem program i zmodyfikowałem kilka parametrów. Tym razem recenzja nie pojawiła się od razu - program chrząkał, prychał i wzdychał, ja zaś po kilku minutach obserwowanie jego pracy wróciłem do swoich grafów. Kiedy wreszcie skończył z lekkim niepokojem obejrzałem wyniki jego pracy, jednak już po przeczytaniu kilku linijek odetchnąłem z ulgą. To było to:

Chcę zostać miodożerem.

_-¯ Dlaczego? Niewątpliwie dowiecie się tego gdy przeczytacie książkę Richarda Hammonda Jak zostać arktycznym ninja i inne przygody z Evelem, Oliverem i wiceprezydentem Botswany. Tytuł nawiązuje do trzech z czterech i pół opisanych przygód. Może to szkoda, a może bardzo dobrze - ale ani słowa nie ma w nim o historii (moim zdaniem) najlepszej. Historii, która nie wydarzyła się ani na arktycznym biegunie, ani na dnie słonego jeziora, ani w dżungli pełnej krokodyli, słoni i miodożerów. Akcja rozpoczyna się niecałe trzydzieści kilometrów od domu Hammonda i opowiada o wyczynie, którego w życiu nie spodziewałbym się po wymoczkowatym i cherlawym współprowadzącym programu Top Gear. Chapeau bas!
Ja bym skonał niecałe pięćset metrów od samochodu. W moich oczach Hammond został miodożerem.

_-¯ Pozostałe przygody nie wzbudziły we mnie aż takich emocji, choć nie powiem bym nie kibicował bohaterowi w karkołomnym wyścigu do bieguna północnego, w którym ścigał się psim zaprzęgiem z nowoczesną terenówką prowadzoną przez Clarksona. Tego właśnie dotyczy pierwsza część książki, otwierająca się rozdziałem ,,Jak zostać arktycznym ninja''. Rozdziałem, który początkowo trochę mnie zirytował. Ja rozumiem, że w ekipie Hammonda są sami cool kolesie, ale gdyby zachowywali się tak w barze w którym JA również bym przebywał to raczej byłbym mocno zniesmaczony. Również niektóre ,,cięte riposty'' (ze wskazaniem podrozdziału ,,Żółte niech pływa'') wywoływały u mnie raczej zażenowanie niż uśmiech. Ale może po prostu Anglicy tak mają?
Jako program człowiek nie interesujący się motoryzacją nie śledziłem w/w rywalizacji w programie Top Gear, zatem jej wynik był dla mnie niewiadomą aż do ostatniej strony. No dobrze - przesadziłem - prawie do ostatniej, gdyż autor sam nie wytrzymał stworzonego przez siebie napięcia i (moim zdaniem) przedwcześnie zdradził zakończenie. Panie Hammond! Nie wszyscy oglądają Top Gear!

_-¯ Kolejna relacja... Zresztą - nie będę się nadwyrężał, lecz przytoczę cytat który doskonale oddaje to czego miały dotyczyć opisywane wydarzenia. Wydaje mi się również, że większość normalnych kierowców podzieli poglądy prezentowane przez autora:

Właśnie kręciliśmy kolejny nieprzeciętnie ambitny odcinek programu Top Gear, w którym nasza trójka miała podjąć próbę pokonania – jak to dość romantycznie nazwał Jeremy – „kręgosłupa Afryki”, czyli Botswany. Chcieliśmy udowodnić mieszkańcom Surrey, że do odwożenia dzieci do szkoły oddalonej o trzy kilometry naprawdę nie potrzebują potężnej terenówki z napędem na cztery koła, o osiągach typowych dla pojazdu księżycowego i o mocy okrętu wojennego, tylko dlatego, że wynieśli się z Londynu i od czasu do czasu na drodze przed ich podmiejskim domem leży liść.

Moim zdaniem - nic dodać nic ująć. Zapewne nie zaspoileruję zbytnio gdy napiszę - tak, oczywiście, udało im się. W tej części również główny bohater spotyka wspominanego przeze mnie od czasu do czasu miodożera. Chce zostać miodożerem. Ja też chcę. W tej części - chyba najzabawniejszej z całej książki - rozbawiły mnie jeszcze dwie rzeczy. Pierwszą z nich było poszukiwanie w Afryce tygrysów, a drugą umieszczenie Ursuli Andress w Lotusie Espricie z Bonda pt. ,,Szpieg który mnie kochał''. Chociaż w tym drugim wypadku może po prostu autor puszczał do mnie oko?

_-¯ Trzecią część stanowi półtorej przygody o której wspomniałem wyżej. Pierwsze pół przeczytałem bez szczególnych emocji (może z wyjątkiem zadawania sobie pytania jak dużo trzeba było zapłacić urzędowi morskiemu by zgodził się na tego typu wyprawę). Za to pozostały fragment jest najlepszy z całej książki, więc nie napiszę o nim ani słowa więcej.

_-¯ Ostatni rozdział ,,Strzeżcie się bohaterów z dzieciństwa'' jest najbardziej stonowany - może dlatego, że opowiada o niezbyt wesołych rzeczach. Oczywiście nie wprost. No i kończy się w taki sam irytujący (dla mnie) sposób, w jaki rozpoczynał się ,,Jak zostać arktycznym ninja''. Chociaż, po głębszym przemyśleniu, dochodzę do wniosku że po dwóch, trzech piwach bawiłby mnie znakomicie.

_-¯ Teraz zaś proszę wybaczyć - idę pobiegać, gdyż chcę zostać miodożerem.
 
Do śmiechu 2010-09-17 21:22
 Oceń wpis
   
_-¯ Strumień pakietów niespiesznie podążał w kierunku głównego serwera, a ja wraz z nim. Nudę i monotonię podróży urozmaicałem sobie słuchając na CB-Radiu informacji o ruchu przede mną, za mną oraz w okolicach większych routerów. Niestety - nie działo się nic godnego zainteresowania. W zasadzie to powinienem się z tego cieszyć, ale zamiast tego odczuwałem jakiś wewnętrzny niepokój. Wszystko szło zbyt gładko... No, oczywiście jeżeli nie liczyć nagłego zejścia agentów ABC, ataku policji, przygody z destufferem czy też próby zlikwidowania mnie w porcie SMTP. Ech... gdybym dostawał grosz za każdym razem, kiedy ubrani na czarno podejrzani ludzie próbowali mnie zgładzić miotaczami sygnałów w porcie SMTP to teraz miałbym już... ze dwa grosze. Żeby chociaż jakiś przebiegły antywirus z zaawansowaną heurystyką, firewall z wyżarzającymi się regułami czy chociaż zwykły sieciowy samonaprowadzający się autodestruktor z odwrotnym algorytmem genetycznym... Tymczasem tutaj nie było nic. Pakiety sunęły monotonnie kołysząc się lekko na stykach przewodów i tylko od czasu do czasu pokonywane zakręty, powodujące lekkie przeciążenia, przypominały mi o tym że w ogóle się poruszam. Na szczęście po niedługim czasie dotarliśmy do konwertera światłowodowego. Wszystko dookoła rozciągnęło się w rozmazaną smugę i w mgnieniu oka byliśmy na miejscu.

_-¯ Ostrożnie wypełzłem rackiem 3U i delikatnie postawiłem stopę na podłodze serwerowni. Rozejrzałem się. Pomieszczenie nie różniło się od innych tego typu przybytków - jak okiem sięgnąć ciągnęły się rzędy błyskających lampkami szaf, a z każdej dobiegało niskie buczenie. Zastanawiałem się, gdzie też mógł znajdować się główny komputer. Ruszyłem w przypadkowym kierunku, ale po kilku krokach zakląłem cicho i zawróciłem. Teczka! O mały włos a byłbym o niej zapomniał! Sięgnąłem po nią, oparłem o krawędź jakiegoś switcha i odemknąłem. Sprawdziłem czy wszystko jest na miejscu. Było. Zatrzasnąłem wieko, ale tym razem postanowiłem nie kontynuować poszukiwań na ślepo. Co to za chakier, co pałęta się bez celu po serwerowni? To byłoby dobre dla jakichś bezmózgich botów lub skanerów, ale nie dla mnie. Pogmerałem chwilę w kieszeni i wydobyłem lekko sfatygowaną chusteczkę higieniczną. Rozprostowałem, po czym zaginając w odpowiednich miejscach złożyłem ją w autoryzowanego klienta SNMP. Wepchnąłem ją do jakiegoś starszego serwera przez szczelinę stacji dyskietek. Poczekałem kilka sekund, wyciągnąłem, rozłożyłem i delikatnie zaczerniłem końcem ołówka. Po chwili moim oczom ukazał się kompletny plan serwerowni, stworzony delikatnymi liniami wgnieceń wykonanych przez głowicę napędu. Moją uwagę przyciągnął komputer stojący w odosobnieniu od innych. Złożyłem plan, schowałem do kieszeni i ruszyłem w kierunku samotnej maszyny.

_-¯ We włazie magistrali CAN pojawiali się kolejni funkcjonariusze. Wychodzili z piwnicy i mrużyli odwykłe od widoku dziennego światła oczy. Komisarz prowadzący całą akcję odhaczał kolejne numery w notesie.
- To już wszyscy? - zdziwił się, gdy któryś z jego podwładnych zasunął klapę.
- Tak jest.
- Brakuje kilku... - postukał końcem pisaka w kartkę.
- Ten który dzwonił mówił, że dwóch zeżarło, panie komisarzu.
- Wiem, ale mi brakuj czterech... Wiecie, których zeżarło?
Spytany podszedł i wskazał dwie pozycje. Komisarz przy każdej postawił duży znak X. Starał się bardzo, by był to właśnie X. Nie chciał przy nich stawiać po prostu krzyżyka... Spojrzał na dwa pozostałe nazwiska.
- Widmowski, inspektor. I aspirant Ściema... Gdzie mieli być?
- Tu w piwnicy panie komisarzu.
- Może ich też zażarło?
- Nie wydaje mi się. To byli doświadczeni funkcjonariusze. A ten cały... jak mu tam... Chakier... Chyba nie miał powodu, żeby kłamać?
Komisarz wzruszył ramionami. Może miał powód, a może nie? W sumie nie miało to teraz znaczenia.

_-¯ Rząd szaf urwał się nagle jak ucięty nożem. Dalszą część pomieszczenia wypełniała zupełnie pusta posadzka. Jedynie pod przeciwległą ścianą stało samotne biurko, a na nim niewielkich rozmiarów czarny desktop ze starym, czternastocalowym, kineskopowym, monochromatycznym, zakurzonym monitorem. W sumie zdziwiłem się ile przymiotników potrafił zgromadzić ten monitor, podczas gdy większość jego współczesnych odpowiedników nie potrafiła o sobie powiedzieć nic więcej poza ,,płaski''.
Przystanąłem na krawędzi serwerowych szaf jak dzikie zwierzę czujące opór przed wyjściem z lasu. Odetchnąłem kilka razy. W sumie wystarczyło teraz tylko usiąść przy konsoli, wklepać ciąg poleceń z teczki i zwiewać. Reszta miała dokonać się sama. Zamknąłem oczy i postanowiłem wyobrazić sobie moment za pięć minut od teraz. Kiedy będę już wracał do siebie, a zadanie zostanie wykonane. Westchnąłem jeszcze raz i ruszyłem przed siebie.
Przy biurku nie było krzesła, ale jako chakier z wieloletnim doświadczeniem przywykłem do pracy na stojąco. Często roboty bywało tyle, że nie starczało czasu na ruch odsuń-krzesło-usiądź-przysuń-krzesło. Zerknąłem na monitor - jego dioda zasilania błyskała na bursztynowo. Sięgnąłem do klawiatury i nacisnąłem Shift. Komputer, wyrwany ze stanu uśpienia, zaszumiał nieco głośniej, a kineskop zatrzeszczał lekko gdy zaspana katoda znów zaczęła trzepać w niego wiązką elektronów. Otworzyłem teczkę i sięgnąłem do wnętrza po kopertę. Zanim ją jednak otworzyłem usłyszałem coś za plecami. Był to stuk podkutych butów.
Odwróciłem się powoli i spojrzałem na człowieka który stał, tak jak ja przed chwilą, na granicy serwerowych szaf. Widok jego twarzy sprawił, że na moment przestałem oddychać. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Haron Hytry, do usług -przedstawił się - Może kawy?
Roześmiał się, ale mnie w tym momencie wcale nie było do śmiechu.
 
Hihot 2010-09-13 23:24
 Oceń wpis
   
_-¯ Człowiek za biurkiem milczał, bębniąc palcami o blat. Stojący przed nim oficer starał się skurczyć, zmaleć i zniknąć - tymczasem jednak stał wyprężony na baczność, a po skroni powoli staczała mu się błyszcząca kropla potu. Wreszcie postać po drugiej stronie poruszyła się i padło ciche pytanie.
- Czy to znaczy, że wam uciekł?
Mężczyzna skulił się jeszcze bardziej - oczywiście tylko psychicznie. Ogromnym wysiłkiem woli poruszył odrobinę klatką piersiową, nabierając tylko tyle powietrza ile było potrzebne do wyartykułowania odpowiedzi.
- Przewidział najwyraźniej nasz ruch. Musiał dotrzeć innym transportem. Zarządziłem już poszukiwania. Na pewno nam się nie wymknie. Ja... - dech w piersiach skończył się, a na nabranie następnego nie starczyło mu ani siły ani odwagi. Poruszył jeszcze kilka razy ustami, po czym stanął znów nieruchomo - stopniowo siniejąc na twarzy.
Postać po drugiej stronie uważnie przyglądała się rozmówcy, odmierzając kolejne sekundy stuknięciami palców. Wreszcie, po minucie długiej jak wieczność, znów się odezwała.
- Spocznij. Odmaszerować. I nie spieprz tego. Nie będzie trzeciej szansy.
Końcówka zdania zlała się w jedno ze świstem łapczywie łapanego powietrza i kaszlu. Podkomendny odwrócił się sztywno i - z trudem zachowując kierunek - odmaszerował na uginających się nogach. Wielkie, dwuskrzydłowe drzwi zamknęły się za nim bez dźwięku. Człowiek za biurkiem przestał bębnić palcami. Sięgnął przed siebie i na niewielkim pulpicie wystukał kilka cyfr.
- Tak?
- Dajcie do mnie Hytrego.
- Tak jest!
Rozłączany mikrofon lekko stuknął w słuchawkach, w gabinecie zaś dał się słyszeć, początkowo cichy, lecz przyprawiający o ból zębów hihot.

_-¯ Wyskoczyłem z załącznika nim ten na dobre zatrzymał się. Skulony, przebiegłem przez peron i zeskoczyłem na bocznicę, gdzie obsługiwane zwykłe połączenia przychodzące. Sunąłem wzdłuż toru, co i raz dotykając palcami szyny danych. Wreszcie rozpoznałem znajome mrowienie. VPN na IPSecu. Wyjąłem zza pazuchy łamak i delikatnie zabrałem się do pracy. Wiedziałem, że najtrudniej będzie wydłubać pierwszy bit, a potem pójdzie już samo. Poczekałem trochę na strumień zer, gdyż z doświadczenia wiedziałem że najprościej je wyłuskać. Jedynki - ze względu na swoją konstrukcję - częstokroć ześlizgiwały się lub po prostu łamały. Zero wystarczyło podważyć, łapiąc je od środka i po pokonaniu niewielkiego oporu wyskakiwało samo jak korek z butelki od szampana.
Po kilku chwilach wydłubałem sobie odpowiednią dziurę, przez którą mogłem się przecisnąć. Wyciągnąłem z walizki garść certyfikatów i wepchnąłem do zewnętrznej kieszeni płaszcza, tak by mieć do nich szybki dostęp na wypadek kontroli. Sprawdziłem jeszcze raz, czy wszystko jest na swoim miejscu i dałem nura w VPNowy strumień danych. Miałem nadzieję, że poniesie mnie prosto do celu.

_-¯ Stukot podkutych butów przerwał monotonny harmider portowego przetwarzania danych. Ktoś szedł, pewnym krokiem zmierzając do celu. Kroki zbliżały się od portów SMTP po czym skierowały się w stronę rejonu tranzytowego wirtualnych sieci prywatnych. Po chwili stuk ucichł.
Mężczyzna w wypolerowanych na błysk oficerkach przyglądał się z uwagą rozerwanej łamakiem osnowie szyfrowanego tunelu. Przykucnął i w zamyśleniu wziął do ręki garść wydłubanych zer i jedynek. Roztarł je palcami, po czym wysypał na ziemię. Wstał i sięgnął po telefon.
- Tak jak myślałem - rzucił w słuchawkę - kieruje się do centrum. Nie, nie ma sensu go ścigać. Niech nie wie, że my wiemy. Poczekamy na niego u celu. Nic tak nie dekoncentruje jak świadomość, że już prawie się udało. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent graczy ginie na ostatnim poziomie - podsumował.
Odwrócił się i znów rozbrzmiał, stopniowo cichnąc, stukot podkutych butów.
 
Milczenie 2010-09-03 21:16
 Oceń wpis
   

_-¯ Siedziałem w załączniku i w notesie szkicowałem wszystkie możliwe przypadki rozwoju sytuacji. Jechałem Coldmailem, więc czasu miałem aż nadto. Trzynaście milionów dziewięćset osiemdziesiąt trzy tysiące osiemset siedemnaście możliwych scenariuszy rozwoju wydarzeń, ja zaś musiałem wybrać i przygotować się na ten jeden jedyny. Najmniejszy błąd oznaczał dla mnie w najlepszym wypadku śmierć. W najgorszym - dożywotnią utratę dostępu do sieci i koniec chakierskiej kariery...

_-¯ Załącznikiem zatrzęsło, gdy przechodziliśmy przez kolejny serwer pośredniczący. Tym razem jednak zamiast zwykłego zwolnienia i zmiany trasy poczułem, że cały e-mail się zatrzymuje. Złożyłem notes i schowałem do kieszeni, przygotowując się na kontrolę. Z oddali dał się słyszeć przybliżający się stuk otwieranych i zamykanych załączników. Po chwili otwarto i mój. W uchylonej szparze drzwi pojawiła się jakaś głowa.
- Dzień dobry, kontrola antyspamowa i antywirusowa. Proszę przygotować się do skanowania - poinformowała głowa i zniknęła. Wstałem i ściągnąłem z półek walizki. Zanim poukładałem je na siedzeniach drzwi otworzyły się ponownie. Tym razem do załącznika weszło dwóch szeregowych funkcjonariuszy służby ochrony poczty. Każdy z nich w rękach trzymał potężny skaner.
- Czy przewozi pan jakieś niedozwolone treści? Wirusy, trojany, spam? - wyrecytował jeden z nich beznamiętnym tonem, i nie czekając na moją odpowiedź jął przetrząsać skanerem mój bagaż. Przyglądałem się temu z pozorną, chłodną obojętnością. Żeby tylko nie zainteresowali się tą czarną teczką, której nie zdjąłem z półki...
- A co to za czarna teczka, której nie zdjął pan z półki? - zainteresował się jeden ze skanujących.
- Viagra - odparłem.
- Hehe... jasne... viagra - uśmiechnął się półgębkiem ten, który pytał - Proszę zdjąć i otworzyć.
- Czy to konieczne?
- Obawiam się, że tak - odpowiedział, a w jego tonie zabrzmiała czujność. Przekląłem w duchu swoją nieostrożność.
- Proszę - powiedziałem, podając funkcjonariuszom teczkę. Ciekawie zajrzeli do wnętrza, wciskając od razu do środka lufy skanerów. Po chwili na ich twarzach odmalowało się rozczarowanie.
- Przecież to viagra - skonstatował któryś z nich prawie że oskarżycielskim tonem.
- Przecież mówiłem - odparowałem.
Funkcjonariusze wyglądali na rozczarowanych. Jeden z nich oddał mi teczkę, po czym pożegnali się i wyszli. Poczekałem, aż wejdą do następnego załącznika, po czym klapnąłem na siedzenie i głośno odetchnąłem z ulgą. Powoli otworzyłem czarną teczkę i rozgarnąłem niebieskie tabletki. Odetchnąłem ponownie. Przesyłka, o którą tak się bałem, nadal tkwiła na swoim miejscu.

_-¯ Potężny transport e-maili ociężale wtoczył się przez port SMTP i zatrzymał z głośnym sapnięciem, wypuszczając kłęby pary. Procesy dystrybucyjne raźno przystąpiły do rozdzielania ładunku, przenosząc kolejne porcje danych do oczekujących kolejek. Zamieszanie trwało kilka milisekund, po czym przy rampie został jeden, ostatni załącznik.
Mężczyzna w czerni dał znak ręką. Nie wiadomo skąd pojawiło się dwunastu takich jak on, każdy z ciężkim miotaczem sygnałów. Sprawnie i cicho rozstawili się dokoła załącznika.
- Charyzjuszu Chakierze, jesteś otoczony! - krzyknął dowódca. Jego głos zadudnił lekkim echem. Siedziałem na swoim miejscu, tuląc do piersi czarną teczkę.
- Liczę do trzech... Jeden...
W sumie powinienem się spodziewać tego typu rozwoju wypadków. Co najmniej dwanaście tysięcy z rozważanych przeze mnie scenariuszy przewidywało zasadzkę na dworcu. Niby mniej niż jeden promil, ale jednak...
- Dwa...
Gorączkowo zastanawiałem się co nastąpi za chwilę. Sto trzydzieści ze wspomnianych wyżej przypadków przewidywało, że napastnicy naprawdę otworzą do mnie ognień.
- Trzy!
Czekałem. Chyba jednak mógłbym mieć tę odrobinę szczęścia w nieszczęściu...
.
.
.
Mężczyzna w czerni ponownie skinął ręką.
.
.
.
Pierwszy pocisk roztrzaskał nagłówek załącznika i wyleciał oknem, ciągnąc za sobą jęk tłuczonego szkła. Miałem nadzieję, że broń będzie nastawiona na ogłuszenie, jednak zamiast miękkiego, gumowego SigStop usłyszałem ciężki gwizd. SigTerm? Nie... dźwięk był dużo niższy. Strzelali tak, by zabić.
- SigKill SigKill SigKill SigKill SigKill SigKill - dochodziło ze wszystkich stron, a dokoła latały drzazgi. Załącznik wyglądał tak jak duma królewskiej floty w końcówce trzeciej części Piratów z Karaibów, kiedy dostała się pomiędzy działa Czarnej Perły i Latającego Holendra. Cóż - nie było jedynie eksplozji, gdyż zgodnie z zaleceniem numer 12893-3892-39874 Komisji Europejskiej załączniki od roku były wykonywane jedynie z niepalnej i samogasnącej informacji.
Kanonada trwała kilka chwil, po czym urwała się równie nagle jak zaczęła. Mężczyzna w czerni podszedł do zgliszczy które zostały w miejscu gdzie jeszcze do niedawna był załącznik. Roztrącał szczątki nogą, najpierw od niechcenia, potem coraz bardziej gorączkowo, z coraz mocniej uzewnętrzniającą się na twarzy złością i irytacją.
- Gdzie on do cholery jest! - wrzasnął wreszcie i dopadł do najbliższego żołnierza. Potrząsnął nim kilka razy.
- Pytałem, gdzie on jest!
- Dowódco... - zza pleców odezwał się inny mężczyzna biorący udział w ostrzale. Podnosił właśnie coś z ziemi.
- Dowódco, proszę spojrzeć - powiedział podając znaleziony przed chwilą przedmiot.
Mężczyzna przyglądał się przez chwilę gadżetowi, po czym zamknął palce i zmiażdżył go w dłoni. Pył zielonych zer i jedynek przecisnął mu się przez palce po czym rozwiał się w powietrzu.
- A to syn kobiety lekkich obyczajów - zmełł w zębach przekleństwo, po czym bez słowa odwrócił się i ruszył ku wyjściu systemu pocztowego. Reszta jego podkomendnych bez słowa podążyła za nim.

_-¯ ,,Dowódco, proszę spojrzeć'' - dobiegło mnie ze słuchawek. Rozległo się kilka stuków, odbiornik wydał z siebie głośny pisk, po czym zapadło milczenie. Spojrzałem na bargraf - wskazówka poziomu sygnału zadrgała i spadła na cyfrę zero. Cóż. Ponad sto z rozpatrzonych przypadków wskazywało na to, że nadajnik umieszczony przeze mnie w załączniku-przynęcie zostanie znaleziony i - w przypływie złości - zniszczony. W sumie teraz nie miało to takiego znaczenia. Wystawiłem głowę z załącznika i zaczepiłem przechodzącego obok postmastera.
- Przepraszam, kiedy dotrzemy do skrzynki?
Spojrzał na zegarek.
- Właśnie dojeżdżamy.
- Dziękuję.
Wróciłem do przedziału i schowałem czarną teczkę do walizki z bielizną, przykrywając ją z wierzchu majtkami. Zaczynało się robić naprawdę niebezpiecznie, a w takich wypadkach zawsze warto mieć pod ręką dodatkową parę na zmianę...

 


Najnowsze komentarze
 
2017-08-15 10:15
trust funds do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy nie potrzebujesz pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres jullietfinancialaid@yahoo.com,[...]
 
2017-08-14 16:27
Jerry Carl do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć, jestem pan Jerry Carl wierzyciel prywatnych pożyczek, a ja jestem tutaj, aby spełnić[...]
 
2017-08-11 16:19
jpodreglewski do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Przyjmę zlecenia informatyczne. Oferuję: #Dostęp do maili/portali/kont (hasła,loginy);[...]
 
2017-08-07 16:53
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 16:52
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 04:29
Rebecca Wendy do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jak uzyskałem pożądaną kwotę pożyczki z wiarygodnej firmy pożyczkowej[...]
 
2017-08-04 20:54
Sebastian012 do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witam, Nazywam się Sebastian. Chcę zeznawać dobrego pożyczającego pożyczkodawcę, który okazał[...]
 
2017-07-31 09:21
JULIET22 do wpisu:
Niedługo odziedziczę $20.5 miliona
Czy potrzebujesz prawdziwej pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl