czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Może Opera? 2007-12-04 23:51
 Oceń wpis
   
_-¯ Siedziałem na szkoleniu i nudziłem się śmiertelnie. Szkolenie dotyczyło instalacji, konfiguracji i obsługi programu MS Outlook. Szef wysłał mnie na nie, ponieważ zgodnie z jakimśtam kodeksem i normą czegoś firma powinna dbać o rozwój zawodowy swoich pracowników, co wiązało się między innymi z obowiązkową liczbą godzin szkoleń. Wykładowca objaśniał właśnie jak można do e-maili dołączać załączniki. Byłem tak zafascynowany, że zasnąłem...

_-¯ Obudziło mnie delikatne szturchanie w ramię. Odemknąłem jedno oko, przeanalizowałem sytuację po czym podniosłem głowę płynnym ruchem, jednocześnie wycierając usta w rękaw koszuli (zawsze ślinię się gdy śpię, zostało mi z dzieciństwa). Po upływie 0.5 sekundy trwałem już w postawie uważnego-słuchacza-który-nawet-na-moment-nie-zasnął, i tylko lekko zaczerwienione oczy oraz przygniecione włosy z boku głowy świadczyły o moim niedawnym spotkaniu z Morfeuszem (notka dla młodych czytelników: nie tym z Matriksa). No i niewielka plama na rękawie koszuli. Schowałem rękę pod pulpit i obróciłem się w stronę wramięstukacza. Okazała się nim miła panienka z firmy (jak zapamiętałem podczas prezentacji) ,,Professional Security Monitoring & Management''.
- Przepraszam Pana bardzo, ale czy mógłby mi Pan pomóc? - wskazała ręką ekran swojego laptoka - chyba coś mi się zepsuło...
Rzuciłem okiem. No tak. IE się wywalił. Na twardo. Zaproponowałem IMRP#1 (Informatyczną Metodę Rozwiązywania Problemów nr 1), czyli restart systemu. 100% skuteczności, chyba że chodzi o beznadziejny przypadek.

Nie pomogło.

- Może Opera? - zapytałem. Odpowiedziało mi uniesienie brwi (rymuje się: mi z brwi. Co prawda tylko ostatnia litera, ale zawsze).
- Próbowała Pani Opery? - zapytałem.
- Nooo... Gdyby mi Pan pomógł moglibyśmy umówić się do teatru albo... albo do kina?
- Nie. Chodzi mi o przeglądarkę. Opera - tak się nazywa.
- Chyba się Pan myli. Przeglądarka nazywa się Internet Explorer.
- Chodzi mi o inną przeglądarkę. Na świecie są różne przeglądarki. Internet Explorer jest tylko jedną z nich.
Uch. Chyba się zagalopowałem. Pani z ,,Professional Security itakdalej'' przybrała taki wyraz twarzy, jakbym jej właśnie oświadczył że na Marsie istnieje życie. Spróbowałem delikatniej:
- Przeglądarka to tylko program. Są różni producenci oprogramowania, i jeden z nich - Opera Software - napisał własną przeglądarkę. Nazwał ją Opera. Moglibyśmy spróbować zainstalować to inne oprogramowanie i zobaczyć, czy lepiej poradzi sobie z wyświetleniem strony którą chce Pani obejrzeć.
Nie pomagało. Zaniepokoiłem się lekko, gdyż dostrzegłem pierwsze objawy szoku. Rozszerzone źrenice. Blada skóra, na której pojawiały się pierwsze kropelki potu. Przyspieszony oddech. Delikatnie ująłem ją za rękę - była lodowato zimna. Szok, jak nic.
Zaniepokoiłem się bardziej. Tego tylko brakowało, żebym narobił sobie kłopotów na ostatnim w tym roku szkoleniu. Co robić? Co robić? Myślałem gorączkowo... Mówić. Mówić do niej. Mówić o tym co znajome, co bliskie, co bezpie... co może jej się wydawać bezpieczne. Hmmm... hmmmm... Myśl, Charyzjusz, na litość boską - ponagliłem się w myślach...
- Vista, viiista... - wyszeptałem. Bez rezultatu. Cholera jasna, zaraz wszystko zauważą pozostali kursanci!
- XP - zaryzykowałem. Wydawało mi się, że dziewczyna drgnęła. Postanowiłem kontynuować:
- XP Pro - powiedziałem głośniej. To chyba działało! Oddech, wciąż przyspieszony i urywany wydawał się lekko zwalniać. Postanowiłem kuć żelazo póki gorące:
- Microsoft. MS Word. Outlook. Media Player. Internet Explorer - po tym ostatnim oczy mojej koleżanki drgnęły i wydało mi się że znów nawiązała kontakt z aktualnym wymiarem. Chyba wszystko już było pod kontrolą.
- Neostrada. Gadu-Gadu. - przywaliłem na koniec z grubej rury. Na jej policzki wrócił rumieniec. Spojrzała na mnie już zupełnie świadomie.
- Och, przepraszam, zamyśliłam się. Coś Pan mówił o Internet Explorerze, chyba? Tak? Że ktoś inny go produkuje?
- A... nie... nie. Nic takiego. Zaraz go Pani naprawię. Tylko proszę nie zaglądać mi przez ramię! Rozumie Pani - tajemnica zawodowa. Ha ha.
Szybko zainstalowałem jej Operę i zmieniłem skórkę (na IE-Look) oraz ikonę. Potem jeszcze przekonfigurowałem wszystkie skróty na pulpicie.
- Proszę, już działa - obwieściłem tryumfalnie po dwóch minutach, przekazując jej spowrotem komputer.
- Dziękuję Panu - posłała mi uśmiech. - Wiedziałam, że to się da naprawić. Czy da Pan wiarę że miałam w pracy kolegę który uważał że IE jest do bani? Taki dziwak, używał podobno Windows BSD czy coś. Tam podobno nie było IE? Wylali go ze dwa miesiące temu za głupie żarty. Jak ktoś mu dokument Worda wysyłał to on mu odsyłał pięćdziesięciomegabajtową bitmapę z odręcznym napisem ,,też umiem używać upierdliwych formatów''. No i jak taką odesłał prezesowi to się mu umowa o pracę skończyła.
Zamyśliła się...
- Jak Pan myśli? Jak on oglądał internet? Bez Explorera?

_-¯ Rozłożyłem ręce w geście pt. ,,nie mam bladego pojęcia jak to możliwe''. Dość miałem przygód jak na jedno szkolenie...
 
Zdążyć z pomocą 2007-11-08 22:26
 Oceń wpis
   
_-¯ To miał być dzień jak co dzień. Siedziałem sobie właśnie i oglądałem tańczące Japoneczki gdy zadzwonił telefon. Przezornie nie odebrałem, gdyż ostatnimi czasy dzwoniące telefony zwiastowały wszelkiego rodzaju nieszczęścia. Niestety, wyręczyła mnie moja sekretarka, panna Erudycja:
- CharChak Cyber Solutions, Software & Development® - zaszczebiotała do słuchawki. Zawsze dziwiło mnie, w jaki sposób tak szybko udaje jej się wymówić to ®. Mnie - choć próbowałem wiele razy - udawało się wymówić co najwyżej ™. Odwróciłem się w jej stronę, gotów na przyjęcie słuchawki, lecz zamiast spodziewanego ,,Tak, już daję szefa'' usłyszałem tylko zduszony okrzyk, telefon zaś wysunął się z jej dłoni i upadł na posadzkę.
- Czy wszystko w porządku? - zapytałem idiotycznie, a zamiast jakiejkolwiek odpowiedzi dostałem tylko przerażone spojrzenie rozszerzonych, ciemnych oczu. Tym ciemniejszych, że kontrastujących z pobladłą nagle twarzą.
Zdałem sobie sprawę, że niczego od niej się nie dowiem. Zerknąłem na bazę telefonu - lampka połączenia była wciąż aktywna. Wcisnąłem przycisk głośnego mówienia. Przyjemna cisza gabinetu natychmiast wypełniła się buczeniem, jazgotem i wrzaskiem:
- Charyzjusz! Charyzjusz! Odbierz!
- Halo! Jestem! Kto mówi!?
- R4Z0r\/\/|R3!
- Kto? Mam jakieś zakłócenia na linii!
- Razorwire! Jesteś nam potrzebny! Potrzebujemy wsparcia!
- Zadzwoń po M37+D0W|\|4. Ja trochę zajęty jestem.
- Po kogo?
- Po Meltdowna.
- Meltdown... już tu jest. A raczej był. - w głosie Razorwire'a dał się wyczuć smutek. Nie zwróciłem jednak na to należytej uwagi.
- No daj mi spokój. Jak Meltdownowi się nie chce Ci pomagać to ja mam teraz gnać i Cię niańczyć? Co się stało? Switch Ci się spalił? LOL.
- ...
- Razorwire?
- ...
- Halo? Jesteś tam?
- ... Jestem. Meltdown nie żyje.
- Słucham? Możesz powtórzyć? LOL, wydawało mi się, że powiedziałeś 'Meltdown nie żyje'.
- Bo tak powiedziałem. Charyzjusz, pomóż, bo wszyscy zginiemy... Zabarykadowaliśmy się w serwerowni. Zostało nas... - w tym momencie coś w głośniku głucho szczęknęło i zapadła cisza. Przejmująca, dudniąca cisza...

_-¯ Słowa te piszę właśnie z serwerowni. Udało mi się przebić do chłopaków rozpędzonym, opancerzonym netcatem. To była najgłupsza rzecz, którą wymyśliłem. Uświadomiłem to sobie w momencie gdy gramoliłem się z przewróconego eksplozją pojazdu w stronę stosu firewalli tworzących prowizoryczną barykadę, zza której machało do mnie kilka znajomych postaci.
- Uff, mało brakowało, Charyzjusz. - jedną z postaci była StormLady. - Już myśleliśmy że trafiłeś do /dev/null.
- Co to było, do cholery? - wskazałem szczątki pojazdu, który właśnie zaczynał się palić.
- SMB.
- SMB? Niemożliwe.
- Bo to nie zwykłe SMB, tylko zmodyfikowane. Z potrójnym MTU.
- No to pięknie. Jeszcze jakieś niespodzianki?
- Tak. Vortex? Ty masz zapuszczony pasywny skan. Jaka jest sytuacja?
Vortex podetkał mi pod nos kawałek brudnej szmaty, w której rozpoznałem fragment mapy ze schematem naszej sieci.
- Włamali się tym hubem, tym zaznaczonym na czerwono - pokazał palcem rdzawoburą plamę - i stamtąd od razu wzięli z zaskoczenia trzy switche: ten, ten i ten. Zanim wstrzymaliśmy forwardowanie na routerach przejęli całe zachodnie skrzydło. Wtedy... wtedy Meltdown zdecydował się na odcięcie i kontratak. Prawie nam się udało, nasi chłopcy byli niesamowici. Odbiliśmy dwie podsieci prywatne i uzyskaliśmy na powrót dostęp do jednego z trzech głównych zewnętrznych interfejsów. Niestety... Meltdown... wiesz.
- Wiem. I co dalej?
- Nie daliśmy rady się utrzymać. Oni podciągnęli SMB i walili do nas jak do kaczek. Wycofaliśmy się tutaj. Te firewalle trochę wytrzymają. Ale potem - jesteśmy skończeni.
- Jakieś pomysły?
- Przy odrobinie szczęścia moglibyśmy przegrupować o ta... - w tym momencie Vortex kiwnął się i przewrócił. Szaro-bura mapa zabarwiła się jasną czerwienią.
- SNIFER! - wrzasnąłem jednocześnie waląc się na ziemię. W tej samej chwili coś odłupało fragment firewalla koło mojego ucha, zasypując mnie potrzaskanymi fragmentami portów. Obok mnie do ziemi przypadła StormLady.
- No ja pie*****, co za g****, jasny ch** - emocje chwilowo wzięły górę, jednak wziąłem się w garść. W końcu tu były kobiety.
- Do kroćset, do stu diabłów - poprawiłem się. - A niech to! - zakończyłem jeszcze by dodać sobie animuszu. - Hej, musimy się jakoś z tego wygrzebać. Stormlady, idziesz za mną. Tylko tyłek nisko, dziewczyno, hehe - zaśmiałem się wymuszenie by dodać jej otuchy. Nie odpowiedziała.
- Stormlady?
Coś ścisnęło mnie za serce. Ten sposób, w jaki upadła... Ta nienaturalna pozycja, w jakiej leżała. Chwyciłem ją za ramię i delikatnie odwróciłem twarzą do góry.
Odłamek torrenta wielkości dłoni tkwił w ranie z której sączyła się ciemna krew. Otwarte oczy wciąż patrzyły przed siebie, wyrażając ni to zdziwienie, ni to zaskoczenie...
Z otępienia wyrwała mnie kolejna seria z broni krótkiej. ACK ACK ACK ACK zaszczekało w oddali. SSSSSYN... SSSYN zawtórowało z drugiej strony.
- Chakier! Tutaj! - ktoś zawołał mnie i dostrzegłem Razorwire'a kiwającego do mnie z jakiejś dziury.
- Tam za zakrętem stoi sprawny netcat. Jeżeli go dopadniemy możemy się stąd wydostać.
- Jak się tam dostaniemy? - spytałem.
- Niestety, jedyne połączenie które zostało to telnetem.
- Przecież snifer nas rozwali!
- Ale to nasza jedyna szansa. Ty biegniesz, ja Cię osłaniam.
Zanim skończył mówić pędziłem już jak szalony. Moje wypryśnięcie zza stosu potrzaskanych racków musiało napastników trochę zaskoczyć, gdyż pierwsze odgłosy wystrzałów usłyszałem dopiero gdy przebiegłem już dobre dziesięć hopów. Zaraz też seriom ACKów odpowiedziało głuche PING, PING, PING. To Razorwire się odgryzał. Biegłem, jakbym był Benem Johnsonem, jakbym miał skrzydlate buty Merkurego, jakby moje łącze nie było zwykłą Neostradą. Dopadłem do zakrętu. Był tam! Sprawny netcat, gotowy by wynieść nas z tego piekła! W tym momencie po kolejnym SSSSSYN rozległ się rumor... Zatrzymałem się, nasłuchując dalszej wymiany ognia, po chwili jednak ruszyłem dalej.
Razorwire. Nie udało mu się...

_-¯ Wsiadałem właśnie do netcata gdy coś szybkiego i ciemnego nadleciało z tyłu i ugryzło mnie w plecy. Dodatkowo, jak na złość ktoś zachlapał całą deskę rozdzielczą krwią. Chciałem się podrapać, lecz moje ręce odmówiły posłuszeństwa. Cały świat zawirował, a potem zrobiło się ciemno.

_-¯ Major RIAA oderwał lornetkę od oczu dokładnie w momencie gdy właśnie przybyły, młody porucznik stuknął obcasami.
- Panie Majorze, obiekt z listy...
- Szszsz... - starszy oficer uciszył go gestem. - Wiem. Daj ludziom dzień wolnego. A potem - ruszamy po następnych...

A Ty? Jak sądzisz? Jesteś na liście?
 
Zrób sobie internet 2007-10-09 00:00
 Oceń wpis
   
_-¯ Do stworzenia tego wpisu nakłoniło mnie przykre wydarzenie, mające miejsce w zeszły weekend. Otóż ktoś ukradł mi z komputera cały internet. No ale zacznę od początku...

_-¯ Z pracy wróciłem jak zwykle późnym wieczorem, jak to w piątki. Otwierając drzwi już na progu poczułem, że coś jest nie tak: nie słyszałem zwykłego ciurkania danych, które normalnie dobywało się z komputera poprzez otwarte połączenia. Zamiast tego dobiegł mnie suchy, skrzypiąco-trzeszczący odgłos który wydają ramki ICMP typu 'network unreachable'. Bez zdejmowania płaszcza wpadłem do pokoju - cały ich stos piętrzył się już przy wylocie interfejsu sieciowego, i cały czas wypadały nowe. Odblokowałem ekran i sprawdziłem status sieci. Internetu już nie było...

_-¯ Nie powiem, żebym nie był przygotowany na takie sytuacje, wszak codziennie robiłem kopie całego internetu. W ten sposób jednak mogłem dysponować jedynie internetem wczorajszym i dawniejszym, a przecież potrzebny mi był również ten najświeższy. Tego zaś miałem zaledwie parę płyt. Przygotowałem sobie kiedyś taką żelazną rację na czarną godzinę. Wg. moich obliczeń przy bitrate około 1mb/s powinno go starczyć na jedną dobę... Miałem zatem jedną dobę na odzyskanie internetu, lub też moja kariera Chakiera byłaby skończona...

_-¯ Zamiast jednak z miejsca wykorzystać zgromadzony zapas internetu postanowiłem zadzwonić do wiodącego operatora telefonicznego, celem dowiedzenia się o możliwości otrzymania nowego łącza. Wybrałem numer szmaragdowej linii i zamieniłem się w słuch:
jeden - aby uzyskać...
dwa - aby zgłosić....
trzy - aby sprawdzić...
cztery - aby otrzymać...
pięć - aby wysłuchać...
...
...
...
połączenie z operatorem zawsze po wybraniu cyfry zero

Wybrałem więc cyfrę. Miły, kobiecy głos poinformował mnie, że w trosce o moje bezpieczeństwo wszystkie rozmowy są nagrywane, po czym rozległy się dźwięki muzyki. Muzyka była bardzo ładna i kojąca... Relaksowała, rozluźniała, przywodziła na myśl miłe wspomnienia. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie zieloną, pachnącą, miękką łąkę pełną kwiatów skąpanych w ciepłym blasku słońca. Ich kielichy, nad którymi wirowało w tańcu kilka kolorowych motyli, lekko falowały pchane niewidzialnymi dotknięciami wiatru. Wiatru, którego muśnięcia prawie czułem na swojej twarzy. Wiatru, który jak ciepły oddech ukochanej kobiety rozwiewał delikatnie moje włosy. Wiatru...

_-¯ Muzyka znudziła mi się po godzinie. Delikatnie poskrobałem paznokciem w słuchawkę:
- Halo? Jest tam kto?
- Morda w kubeł i czekaj na swoją kolejkę, pajacu! - wydarł się na mnie ktoś ze słuchawki. Zdębiałem. Zdębiałem bardziej, gdy po dwóch sekundach rozległ się wystrzał.
- Nie żyje?
- Nie wiem...
Dwa kolejne wystrzały.
- Nie żyje.
- Ok. Halo? Jest Pan tam? W trosce o Pana bezpieczeństwo oraz o ciągłe podnoszenie naszych usług zostanie pan przełączony do nowego operatora. Proszę czekać.

_-¯ Rozłączyłem się. Trochę żal mi było operatora po drugiej stronie, gdyż sam kiedyś tak zarabiałem. Cóż jednak zrobić - w tym fachu potrzeba było żelaznych nerwów, których on widać nie miał. Doskonale pamiętam zawody, które organizowałem u nas w dziale pomocy technicznej: nastawiało się aparaty na maksymalnie głośne i irytujące dzwonienie. Wygrywał ten, kto najdłużej nie podniósł słuchawki. Ech, stare dobre czasy. Pamiętam, jak jeden nowy nie wytrzymał już po piętnastu minutach - porwał aparat, wykrzyczał do mikrofonu stek przekleństw po czym zsiniał i przewrócił się na biurko. Niestety, zanim przestaliśmy się śmiać - już nie żył.

_-¯ Mając w pamięci te zabawne doświadczenia młodości postanowiłem załatwić sobie internet we własnym zakresie, co wbrew pozorom wcale nie jest takie trudne: jak wiadomo internet składa sie z Google i serwerów z warezami oraz pornografią. Google bardzo łatwo jest wykonać z kartonowego pudła, dwóch listewek o wymiarach 10x10x2048 i starej rury o średnicy 4cm (np. od odkurzacza). Listewki zbijamy na krzyż, i na tak powstałym stelażu umieszczamy pudło. W pudle wycinamy otwór i umieszczamy w nim 'rurę do netu', czyli wyżej wspomnianą rurę od odkurzacza, której średnica zapewni nam odpowiednią przepustowość. Z pomocą owej rury Google pobiera dane i składuje je w pudle, robiącym za cache, czyli pamięć podręczną.
Serwery z warezami możemy wykonać za pomocą torebek foliowych, tzw. 'reklamówek', odpowiednio spiąwszy je spinaczami do bielizny lub spinaczami biurowymi (tzw. clustering). W tak spreparowanych klastrach umieszczamy warezy. Warezów można nałapać umieszczając przed domem ręczniki nasączone wodą z cukrem. Słodki zapach przywabi je, a gdy obsiądą ręcznik i oddadzą się konsumpcji woda zdąży odparować i zostaną przyklejone. Warezy najlepiej odklejać opłukując je delikatnym strumieniem ciepłej wody. Uwaga na skrzydełka!
Na koniec zostaje nam pornografia. Tę otrzymamy destylując dzieło Witolda Gobrowicza lub starsze roczniki Hustlera. Destylacja jest konieczna by otrzymać pornografię odpowiednio skondensowaną, inaczej wyjdzie nam coś pomiędzy kwaśną erotyką a programem wyborczym Partii Niewiernych Żon.

_-¯ Wszystkie wyprodukowane komponenty należy połączyć drutem miedzianym i/lub taśmą izolacyjną (łącza bezprzewodowe), potem zaś wystarczy wpiąć się w odpowiednie miejsce i korzystać do woli!

PS. Jeżęli komuś z Państwa dane będzie stworzyć szczególnie udany Internet - proszę się podzielić projektem! Nie wykluczam nagród za szczególnie nowatorskie rozwiązania... :)
 
Fama volat 2007-09-28 00:27
 Oceń wpis
   
_-¯ Wydawało mi się, że o moim niedawnym schakierowaniu jednego z wiodących banków wie tylko nieliczna grupka wtajemniczony... A tymczasem w sieci już zrobiono o tym film...


PS. Przepraszam za sformułowanie 'w sieci już zrobiono o tym film', ale wiadomo przecież że miałem na myśli 'w sieci umieszczono już film oparty na tych wydarzeniach', a sformułowanie ma 25 znaków mniej.

PS2. Jak zwykle napisy dla osób nie władających językiem angielskim.
 
Kod Jarosława 2007-09-23 23:52
 Oceń wpis
   
_-¯ Niedzielne poranki bywają urocze. Szczególnie, gdy pociechy nocują u dziadków... Rozkoszowałem się właśnie perspektywą błogiego leniuchowania, gdy sypialniane drzwi wleciały do środka razem z futryną.

_-¯ Nie zdążyłem podnieść ręki, by przetrzeć zaspane oczy, a już leżałem przyciśnięty twarzą do podłogi. Ktoś klęczał mi na plecach, a między łopatkami czułem lufę pistoletu automatycznego. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nawet nie zdążyłem się przestraszyć. Zaczynałem się właśnie zastanawiać czy nie naraziłem się komuś ostatnimi włamaniami, gdy dobiegł mnie wesoły głos:
- Niespodzianka!
Niewidzialny napastnik ustąpił z moich pleców, tak że mogłem się odwrócić. W otworze który został po wyrwanych ładunkiem wybuchowym drzwiach stał Mariusz. Ech... on zawsze uwielbiał takie ,,practical jokes''. Pamiętałem, jak na imprezie zorganizowanej z okazji objęcia przez niego kierownictwa w CBA kazał swoim ludziom dla żartu wpaść na linach przez okno i aresztować kilku gości. Potem reszta zaproszonych mogła na wielgachnych telewizorach oglądać, jak tamci pocą się na improwizowanych przesłuchaniach. Wszyscy zaśmiewali się do łez...

- Gość w dom, Bóg w dom - rzekłem gramoląc się z podłogi - Może kawy? - zaproponowałem.
- Nie ma czasu na kawę - Mariusz spoważniał. Uśmiech wywołany udanym dowcipem znikł jak zdmuchnięty.
- Coś się stało? Coś poważnego? - domyśliłem się błyskotliwie.
Mariusz podszedł do mnie i spojrzał mi prosto w oczy:
- Zaginął kod Jarosława.
Nogi się pode mną ugięły...

Kod Jarosława

- Czy chodzi o ten... o ten projekt?
Mariusz skinął głową. Pociemniało mi przed oczami...
Projekt o kodowej nazwie A.L.I.K. (Autokracja, Lustracja, Inwigilacji Katalizacja) był jednym z najtajniejszych i najpilniej strzeżonych programów. Jak mógł zaginąć? Nie mieściło się to w mojej głowie.
Wyraz mojej twarzy musiał być naprawdę żałosny, gdyż Mariusz położył mi uspokajającym gestem dłoń na ramieniu:
- Nie jest tak źle. Po prostu dane zostały zaszyfrowane, ale Jarosław zapomniał kod. Podobno spotkał się wcześniej z Aleksandrem przed jego wylotem na Ukrainę i nieźle się bawili. Efekt był taki, że na drugi dzień Aleksander lekko się kiwał, a Jarosław zapomniał kod...
- Próbowaliście ataku brutalnego? - spytałem.
- Na Jarosława? - wytrzeszczył na mnie oczy. - Nooo... nie wiem. Ale w sumie możesz mieć rację. Jak go chłopaki przycisną, to pewnie w końcu wszystko wyśpiewa. A w razie jakby go trochę posiniaczyli to Lech może na jakiś czas zastąpić. Maciek! Do mnie! - rzucił przez ramię do czekających za jego plecami ludzi.
- Poczekaj! Chodziło mi o sprawdzenie przestrzeni haseł... Zresztą, nieważne - burknąłem, bo nie znalazłem w jego twarzy zrozumienia. - Próbowaliście standardowych haseł?
- ???
- No, data urodzenia, numer telefonu, imię dziewczyny...
- Przestań się czepiać!
- Och, sorry. Zapomniałem. Wymieniałem tylko standardowe kierunki poszukiwań. Jak długi jest klucz?
- Cholernie długi. Dłuższy niż Roman...
Parsknęliśmy śmiechem. Nie śmialiśmy się jednak długo, gdyż sytuacja była naprawdę poważna. Mariusz wyjął z teczki laptoka.
- Tutaj masz osobisty laptok Jarka z zaszyfrowanym kodem. Musisz to złamać, bo wybory za pasem. Liczymy na Ciebie.

_-¯ Zostawił mnie samego. Uruchomiłem komputer. Musiałem pochwalić Jarosława za dobry gust - był to najnowszy model MacBooka. Odnalazłem archiwum z projektem A.L.I.K. Wyskoczył monit o hasło...

_-¯ Pomyślałem chwilę. Zebrałem wszystkie fakty które posiadałem. Kod Jarosława. Dłuższy niż Roman. Nie imię dziewczyny...

_-¯ Zgadłem po kwadransie. Jarek to jednak przebiegła bestia! Gdybym nie był chakierem, w życiu bym na to nie wpadł.

Dla Państwa którzy czują się mocnymi Chakierami zamieszczam hasło Jarosława zakodowane... hasłem Jarosława. Algorytm to des-ede3-cbc. O sukcesach w zdekodowaniu proszę się pochwalić w komentarzach! Osoba, która uczyni to pierwsza wygra niezapowiedzianą wizytę ekipy Mariusza o szóstej rano :)

A poniżej kod:
U2FsdGVkX18C1XzukmLMB4n1qMQtKNzl/O6aemjBBAI=
 
Atak siłowy 2007-09-17 23:25
 Oceń wpis
   
_-¯ Dziś chciałbym przybliżyć Państwu specyfikę jednego z podstawowych rodzajów chakierskich ataków: ataku siłowego (ang. brute force attack), oraz obrony przed nim. Na ten rodzaj ataku podatne są prawie wszystkie algorytmy kryptograficzne, z wyjątkiem stworzonego przez japońskiego kryptologa Ensei Tankado systemu ,,Cyfrowa Twierdza'', w którym zastosował on zaawansowaną, nowoczesną technikę łańcuchów mutacyjnych. Ale zacznijmy od początku...

_-¯ Pierwszy udokumentowany, zakończony sukcesem atak siłowy miał miejsce około piątego wieku p.n.e. Ówczesny historyk grecki Herodot wspomina w swym dziele o karawanie kupieckiej, która podróżowała z Aten do Miletu. Swe kosztowności kupcy wieźli w kosztownej i masywnej szkatule, zamkniętej na skomplikowany zamek szyfrowy z niespotykanym jak na owe czasy kluczem długości 0.025 stadionu. Pech chciał, że karawana wpadła jednak w ręce zbójców, zaś wszyscy kupcy zginęli. Herszt bandy, nie widząc innej możliwości dostania się do kupieckiego skarbu przystąpił do ataku siłowego, który przy mocy maszyny łamiącej o mocy równej siedemdziesiąt pięć maczugoramion trwał trzy dni. Trzeciego dnia trwania ataku brutalnego rozbójnicy zyskali pełny dostęp do zasobów skrzyni, rozbijając jej zamek.
Podczas ataku na karawanę udało się jednak zbiec niektórym sługom, którzy zawiadomili straże niedalekiego już (odległego o dwa dni drogi) Miletu. Zbójcy, obciążeni zdobyczą nie byli w stanie ujść pogoni. Wkrótce zostali doścignięci i rozbici.
Ironią losu jest, że bandyci mogli wejść w posiadanie złota niemal natychmiast, gdyż przy jednym z martwych kupców znaleziono klucz do szkatuły. O fakcie tym poinformowano jednak wodza rozbójników dopiero po tym, gdy wydał on polecenie ataku siłowego w celu złamania klucza. Gorliwi zbójcy złamali więc klucz, czyniąc go bezużytecznym...

_-¯ Również w mitologii odnajdziemy ślady używania ataku siłowego. Wystarczy np. wspomnieć Tezeusza, który za pomocą tego rodzaju ataku uzyskał dostęp do zabezpieczonych przez Ajgeusa głazem miecza i sandałów.

_-¯ Inny, ciekawy przypadek udanego ataku siłowego datuje się na czasy trzeciej krucjaty. W 1194 roku żołnierze Ryszarda Lwie Serce przechwycili posłańca z pismem do Saladyna, który wydostał się z oblężonej Akki (posłaniec, nie Saladyn). Pismo było zaszyfrowane, a królewscy kryptolodzy mimo ataku siłowego (przez dwa tygodnie okładano pergamin kijami) nie zdołali go odcyfrować. W tym momencie objawił się jednak kolejny z wielu talentów Ryszarda, który polecił swym kryptologom przystąpić do ataku brutalnego, ale pośredniego, to znaczy obić nie list, ale posłańca. Rezultatem było pozyskanie odszyfrowanej treści pisma już po kilku godzinach.

_-¯ Tyle tytułem wstępu i teorii, teraz przejdźmy do praktyki. Wiemy już, że na atak siłowy podatne jest wszystko i wszyscy. Niektóre, twardsze algorytmy wytrzymają łamanie dłużej, inne poddadzą się już po samej demonstracji narzędzi. Czy jest zatem skuteczna obrona przed atakiem siłowym? Oczywiście. Niech za przykład posłuży historia która przytrafiła się mi nie tak dawno...

_-¯ Wracałem nocnym autobusem z chakierskiego spotkania u znajomych, gdzie wspólnie próbowaliśmy złamać państwowy monopol spirytusowy za pomocą przygotowanych przez owych znajomych domowej roboty spirytualiów. Akcja udała się w stu procentach (chociaż znajomy twierdził że jedynie w 78%, po trzeciej destylacji). Wracałem zatem autobusem, gdy przyrodzona mi kobieca intuicja poinformowała mnie o niebezpieczeństwie. Odemknąłem jedno oko i zlustrowałem otoczenie. Rzeczywiście, w moją stronę zmierzało dwóch napakowanych dresów. Jeden z nich w dłoni... przepraszam, w łapie trzymał kij do bejsbola (nie, nie do baseballa, taki by się złamał). Czułem, że będą chcieli uzyskać dostęp do mojego portfela, zegarka i komórki. Podniosłem firewall i ustawiłem go na politykę DROP
- Ty! Gościu! - doszedł mnie pierwszy ICMP Ping Request. Nic nie odpowiedziałem.
- Facet! Ej! - spróbowali ponownie. Także i tym razem nie udzieliłem odpowiedzi. Jak być stealth, to stealth... Czułem jednak że oni wiedzą, że tam jestem, pomimo tego że nie odpowiadam na ich pakiety. Może wysniffowali ślady mojej wizyty u znajomych? Na przegryzienie mentosa było jednak już za późno... Postanowiłem zmienić politykę na REJECT.
- Kolo! - jeden z nich chciał mnie klepnąć w ramię, ale strzepnąłem jego dłoń.
- Zasoby niedostępne. - odrzekłem z godnością. Ten z bejsbolem uśmiechnął się tylko krzywo i mocniej ścisnął kij. Na jego klacie dostrzegłem gruby, złoty łańcuch... ,,Czyżby łańcuch mutacyjny?'' - przemknęło mi w panice przez głowę. Jeżeli tak, byłbym zgubiony, pozbawiony możliwości kontrataku... Na szczęście dres kiwnął się, a łańcuch lekko się rozbujał. Szybko obliczyłem w pamięci parametry ruchu łańcucha mutacyjnego... Ufff... To nie był ten. Okres bujania oraz długość i liczba użytych ogniw sugerowały raczej pozłacaną, dziewięćdziesięcioośmioprocentową miedź.
Chwilowa ulga którą poczułem minęła jednak w mgnieniu oka, gdy spostrzegłem że obaj szykują się do ataku brutalnego. Wziąwszy pod uwagę ich siłę łamania nie miałbym wielkich szans, wytrzymałbym pewnie z pięć sekund, włączając w to trzysekundowy sprint na tył autobusy... W tym jednak momencie przyszedł mi do głowy szatański pomysł...
- Bileciki do kontroli!!! - wydarłem się na nich gwałtownie się prostując i prezentując otwarty portfel z tkwiącą w foliowej kieszonce kartą stałego klienta sklepu ,,Smyk''. Na karcie była narysowana kolorowa lokomotywa, która - miałem nadzieję - skojarzy im się z komunikacją miejską. Brzęk tłuczonego szkła w drzwiach przez które się ewakuowali upewnił mnie, że miałem rację.

_-¯ Konkluzja jest stara jak świat: najlepszą obroną jest atak. Jeżeli ktoś stosuje atak brutalny, najlepiej jest zastosować prewencyjny atak jeszcze bardziej brutalny, nawet z zastosowaniem środków zagłady ostatecznej. Takich jak legitymacja kontrolera MZK.
 
Układ 2007-09-14 00:13
 Oceń wpis
   
_-¯ Telefon zadzwonił rano, bardzo rano. Po sygnale dzwonka poznałem, że sprawa jest poważna. Tylko jedna osoba mogła dzwonić z numeru, do którego był przypisany ten sygnał. Jarosław.

_-¯ Błyskawicznie sięgnąłem ręką po komórkę i odebrałem. Sen był już tylko odległym wspomnieniem, gdyż dawka adrenaliny która wydzieliła się w moim organizmie mogłaby postawić na nogi mumię Ramzesa Pierwszego.
- Jestem - rzuciłem w słuchawkę.
- Musimy porozmawiać. Sytuacja jest poważna. Bądź u mnie w gabinecie za dwanaście sekund.
Zanim mój rozmówca odłożył słuchawkę naciskałem już klamkę drzwi gabinetu. ,,Całe szczęście że wczorajszego wieczoru Jarosław zaprosił mnie na małe party w związku z premierą nowego spotu wyborczego'' - pomyślałem. Dodatkowo pozwolił mi u siebie w kancelarii przenocować, gdyż byłem tak zmęczony że nie mogłem wracać samochodem. Spałem w niewielkim pokoiku sąsiadującym z jego gabinetem. Gdyby nie to pewnie nie zdążyłbym na czas, i spóźnił o co najmniej trzydzieści sekund.
- Gdzie idziesz? - spytała mnie z posłanka wczoraj poznana posłanka.
- Sprawy wagi państwowej. Nie zrozumiesz tego, skarbie. - zdążyłem jeszcze rzucić przez ramię, nim zamknąłem za sobą drzwi.

_-¯ Jarosław siedział za biurkiem w swojej standardowej, urzędowej pozycji, trzymając obie ręce na blacie. Tajemnicą Poliszynela było, że takie zachowanie zostało mu z czasów gdy pracował w Urzędzie Skarbowym, w gabinecie gdzie były straszne przeciągi, które zwiewały mu z biurka wszystkie papiery.
- Nie buduj zdań poczwórnie złożonych, bo mało kto je zrozumie, Charyzjusz - rzucił od niechcenia. Ech, czytał we mnie jak w otwartej księdze.
- O co chodzi? - spytałem.
- Chodzi o układ - odparł. Szczerze mówiąc, byłem dosyć zaskoczony. Nie, żebym nie słyszał o Układzie, ale sądziłem że Układ jest dla ludzi 'z zewnątrz'. Taka współczesna wersja Chrześcijan którzy podpalili Rzym... Kimś, kogo trzeba rzucić na pożarcie lwom. Może jednak Jarosław nie był tak błyskotliwy, jak do tej pory sądziłem?
- Za dużo sobie pozwalasz, Charyzjusz - stanowczy głos przerwał moje dywagacje - To, że czytałeś ,,Quo Vadis'', oraz to, że nie wiesz czym jest Układ nie upoważnia cię do głupawego publicznego podważania mojego autorytetu.
- Ale ja wcale... - próbowałem się bronić, lecz przerwał mi gestem dłoni.
- Charyzjusz, daj spokój. Wiem że masz jakiegoś tam bloga na którym z całą pewnością opiszesz nasze dzisiejsze spotkanie, rozmowę którą przeprowadziliśmy oraz akcję którą dla mnie wykonasz. Nie chciałbym by twoi Czytelnicy przeczytali o tym, że czasami głupoty ci chodzą po głowie.
- Prze..praszam - wybąkałem tylko, czerwieniąc się ze wstydu. Ten człowiek wiedział wszystko!
- Możesz napisać, że wiem wszystko. Bo wiem. Wiem wszystko, oprócz tego czego nie wiem. Ha ha ha! - chciał mi dać przyjacielską 'sójkę' w bok, lecz oddzielał nas szeroki blat biurka. Skinął więc tylko na schaba z BORu, by dał mi przyjacielskiego kuksańca w jego imieniu.

_-¯ Gdy odzyskałem przytomność Jarosław właśnie strofował ochroniarza, że miał na myśli coś innego niż atak łokciem na nerki. Za karę niedomyślny agent ochrony musiał pozbierać książki i ustawić na powrót regał na który poleciałem po 'szturchnięciu'. Po chwili zauważył (Jarosław), że lepiej się czuję. Nachylił się do mnie i oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu:
- Znajdź Układ. Masz dwie godziny.
- Ale jak go poznam? - spytałem rozpaczliwie. Plecy bolały jakby ktoś mi wbił w nie gwóźdź i metodycznie nim wiercił.
- Weź CoxTral, przestanie boleć. I nie pisz, że czytam w tobie jak w otwartej księdze, bo to oklepane do urzygu. Po prostu robisz miny jakby plecy bolały cię tak, jakby ktoś wbił w nie gwóźdź i metodycznie nim wiercił. A Układ poznasz jak go zobaczysz. To tak jak w tym powiedzeniu, że nie wie się, czego się szuka, bo się tego jeszcze nie znalazło.
- Ale...
- I nie cytuj mnie przeciwko mnie, o zdaniach poczwórnie złożonych. Podpuściłem cię. Zdania poczwórnie złożone są jak krasnoludki.
- Małe w czerwonych czapeczkach?
- Nie zrozumiesz. Idź do pokoju obok. Masz tam przygotowany bezpieczny tunel do internetu. Poprowadzi cię w miejsce gdzie ostatnio widziano Układ.

_-¯ Dalsza rozmowa nie miała sensu, chyba że chciałbym być dalej wdeptywany w błoto. Nie chciałem jednak. Posłusznie udałem się do wskazanego pomieszczenia. Obok komputera widniało otwarte wejście do tunelu SSH ze standardowym szyfrowaniem 256-bit. Odruchowo sprawdziłem certyfikaty, na okoliczność ataku man-in-the-middle. Moja przezorność została wynagrodzona - za biurkiem rzeczywiście czaił się lekko łysiejący mężczyzna w średnim wieku. Ochrona poradziła sobie z nim w ćwierć sekundy. Dopiero potem okazało się że był to jakiś tech instalujący nowego switcha. Cóż... dobrze że chociaż zdążył go zainstalować.
Autoryzowałem się i wszedłem do tunelu. Na wszelki wypadek zabezpieczyłem się przed fragmentacją pakietów ustawiając odpowiednio wysokie MTU, gdyż nie ma nic gorszego gdy po drugiej stronie tunelu wychodzi Wasz tułów, zaś nogi zostają skierowane do Australii i tam giną po przekroczeniu TTL. Lepiej podróżować w całości.

_-¯ Jak wspominał Jarosław wyszedłem w miejscu gdzie ostatnio był widziany Układ. Prawdę mówiąc spodziewałem się jakiejś wysokiej klasy speluny, gdzie podejrzani biznesmeni kupowaliby skorumpowanych polityków. Jakież było moje zdziwienie, gdy wylądowałem u Lecha. Wyjście z tunelu zamontowano bezpośrednio w jego gabinecie, ale niefachowo, wysoko nad podłogą, tak że wychodząc rymnąłem całym ciężarem na tyłek. Prosto przed gablotą z napisem ,,UKŁAD''. W gablocie leżała malutka kartka z napisem ,,Arsene Lupin''...
- Gdzie on jest? Którędy uciekł? Kiedy to się stało? - zasypałem Lecha gradem pytań.
- Spokojnie, Charyzjusz - ujął mnie pod ramię. Układ jest tam gdzie trzeba.
- Ale Jarosław...
Spojrzał na mnie z dezaprobatą.
- A mój brat mówił, że taka z ciebie inteligentna bestia... Cóż. Może nie jest tak błyskotliwy na jakiego wygląda...
W tym momencie zadzwonił telefon. Lech odebrał. Dobiegły mnie tylko strzępy słów:
- Wiem... Wcale sobie nie pozwalam... Nie, tak, czytałem ,,Quo Vadis''... Niczego nie podważam!
Trzask odkładanej słuchawki. Wraca Lech. Widać pot na jego twarzy.
- Czasami wydaje mi się, że czyta we mnie jak w otwartej księdze... - rzuca w przestrzeń. Dzwoni telefon.
Znów słyszę urywki rozmowy:
- Urzygu? Nie ma takiego słowa! Co z tego, że oklepane! Skąd wiesz, że bolą mnie plecy?

_-¯ Lech wrócił po kilu minutach.
- Ok, wracaj do posłanka, gdzie czeka posłanka. Hi hi... - zaśmiał się.
- A co z układem?
- Jest w dobrych rękach. Nie martw się.
Zaniemówiłem.
- Arsene Lupin to Gentleman Włamywacz. Przekaże Układ ludziom, a oni go zamontują w komputerach. I o to nam chodzi... Spójrz...

uklad


Wolno skinąłem głową... Przypomniały mi się darmowe płyty rozprowadzane z prawicową prasą i zrozumiałem jak rozegrano poprzednie wybory...

Uaktualnienie: nie wiem czemu czasami ilustracja do tekstu nie wczytuje się... Układ działa?
 
Wsi spokojna, wsi wesoła 2007-08-25 22:53
 Oceń wpis
   
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć zaraz wszytki?

_-¯ Ej, był ja na wywczasach u szwagra w Baraniej Głowie, coby letko wytchnąć od tego wszytkiego komputerostwa, chakierownictwa i internetowania. No, nie udało mnie się ze wszystkiem od tego uciec, ale po kolei...

_-¯ Pojechał ja po pańsku, autokarą, która to od jakiegoś czasu zatrzymywa się w Baraniej Głowie, bo wieś się rozrosła niepomiernie. Dość wspomnieć, że u Maciaszczykowej w GieEsie można już zakupić nie jeden, ino pięć gatunków wina. Nadto, nie taniej siary po pięć złociszy, ale i po osiem i więcy! Nadto, pono nijaka Unia Europancka chce we sołectwie urządzić Nature 2000, bo niby tu enklawa lęgowa Nibychwostka Żarłaja-Bywaczka. Wieta, takiego szkodnika co to nocami polatuje i krowom z wymion mleko wypija... Chłopy do ty pory nibychwostki w sieci łapali, ale ona Europancka obiecała, że jak nie będą szkodników topić, to im da pieniędzów więcy niż za to wypite mleko. I jeszcze na to drogie wino ma starczyć... Ej, rośnie im prawdziwie światowa wieś...

_-¯ No ale ja nie o tem, jeno o chakierstwie od którego nie udało mi się wykręcić nawet na wywczasach. No bo, skaranie, szwagier zakupił sobie komputer. Nie wiem co go naszło, znaczy, wiem. U sołtysa był z kwitami na odrolnienie ziemi, co to mu ktoś tam w ministerostwie obiecał tanie załatwić, a taka ziemia niby co do roli się nie nadawa to więcy warta jest niż ta do obsiania, bo niby miastowe takiej nie chco. I potem się dziwić że ten kraj wygląda tak jak wygląda, kiedy same głąby kapuściane w miastach pomieszkują...

_-¯ No ale ja nie o tem. Tak więc szwagier u sołtysa komputer zoczył, i to w złym momencie. Sołtys akurat przerwę obiadową w urzędowaniu miał i popijał sobie gorzałkę przy onym komputrze, a czerwony na twarzy i stężały był, że szwagier myślał że zara go co chyci. I jak chciał sołtysową zawoływać, coby mu reanimancję robiła metodą usta-usta, to ten mu powiedział że on ma w komputerze lepsze od sołtysowej:
- Charyzjusz, żebyś wiedział jakie on mnie anielice pokazywał! - prawił rozgorączkowany kiedy zapytał ja go o powód zaposiadania komputera. - A jakie one cudeńka potrafiały wyprawiać! Nawet nie wiedział ja, że baby potrafio takie sztuki robić...

_-¯ Tak i kupił szwagier kumputer. Ale na któro strone go nie obrócił, nijak babów-anielic w nim nie było... Tedy i zaprzągł mnie do roboty: - Charyzjusz, ja tyle piniędzów za to zapłacił, że ty nawet nie wiesz. Pomóż... - załkał

_-¯ Tak więc i ja zaczął mu tłumaczyć, że one anielice w internecie siedzo, i z internetu przychodzo. Jak się internet do komputera przyłączy to raz-dwa mu wyskoczą, jak diablik z pudełka.

_-¯ Pół urlopu my kombinowali jak i skąd internet przyłączyć. Internet sołtysa my sobie odpuścili, bo sołtys rosłego parobczaka na firewallu posadził. Kiedy my pierwszy raz spróbowali i okazało się że nie zaposiadowujemy autoryzacji na MACi, to tak nas obił, że hej. Musiał ja potem na wszelki wypadek sołtysa prosić by zastosował na firewallu politykę 'drop' zamiast 'reject'. I bezpieczniejsze to, i mniej bolesne...

_-¯ Pomysł miałem, coby w pobliskim miasteczku cały internet na płyty zgrać i w stodole trzymać, ale koń się akurat szwagru ochwacił, tak więc nie miał kto nośników przewieźć...

_-¯ No jednak nie darmo pierwszy ze mnie chakier. Na pomysł wpadłem wspaniały. Gdy szwagier się z internetem łączy, pakiety przez tcpdump na ekranie wyświetla i na karteczce zapisuje. Potem do sołtysa, któren ma telefon, biegnie i do mnie dzwoni. Co mi powie, to ja w wirtualny interfejs wpuszczam i odpowiedzi słucham, która mnie się heksadecymalnie na monitorze pokazuje. A co mi się pokazywa, to szwagru mówię, któren znów na karteczce to sobie zapisze. Potem do domu wraca, w komputer wpisze i rach-ciach! wszystko działa!

_-¯ Jedyne zło takie, że pingi i dwie godziny idą, bo szwagier wolno pisze...
 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |


Najnowsze komentarze
 
2017-12-13 09:43
Tatti do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Gdyby ktoś zalogować się na moim koncie gg w danej chwili to czy ja z innego aparatu mogła bym[...]
 
2017-11-25 19:36
cleatus do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Are you in dept? Have you been denied of loan from Bank? Or do you need a loan to pay off[...]
 
2017-11-24 14:21
fernan tina do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy myślisz o uzyskaniu pożyczki? Czy potrzebujesz pilnej pożyczki, aby założyć własną firmę?[...]
 
2017-11-24 14:10
fernan tina do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy myślisz o uzyskaniu pożyczki? Czy potrzebujesz pilnej pożyczki, aby założyć własną firmę?[...]
 
2017-11-24 00:57
trust funds do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Dzień dobry, drogi panie / pani czy potrzebujesz pożyczki na Boże Narodzenie? czy potrzebujesz[...]
 
2017-11-15 05:19
ElenaNino do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Drogi Pożyczyć Poszukiwacze!! Masz jakiekolwiek trudności finansowe? Czy chcesz założyć[...]
 
2017-11-12 23:16
Laura Silos do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witajcie, moi dobrzy ludzie z Warszawy, nazywam się silosami Laury i przyjechałem stąd w[...]
 
2017-11-07 14:16
MRS VALICIA RENE do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć Ukochani ludzie, Jestem dyrektorem generalnym MRS VALICIA RENE Loan Company i chcę wam[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl