czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Serwer, part II 2009-07-19 01:09
 Oceń wpis
   
_-¯ Mroczne Pierogi wydął wargi.
- Trolla? Chcesz powiedzieć że jakiś dzieciak zaspamował mi serwer głupotami?
Pokręciłem głową.
- Nie. Ja nie mówię o takim trollu. Troll forumowy pseudotrollus bardus forumae nie jest tak trollem, nie jest nawet z nim spokrewniony. Po prostu tak się go nazywa, bo jest prościej. Tak jak z kalorią i kilokalorią. Nikt nie mówi kilokaloria, tylko kaloria. Tak samo nikt na pseudotrolla nie mówi pseudotroll, tylko troll.
- Zaraz. Jak to na kilokalorię się mówi kaloria? Bo skoro kaloria oznacza kilokalorię, to po podstawieniu będziemy mieli kilokilokalorię, a potem kilokilikilokalorię i tak bez końca.
- No tak, ale nie należy robić tego rekurencyjnie, tylko jednorazowo.
- Rekurencyjnie? To znaczy jak? Mógłbyś wytłumaczyć?
- Jasne. Ale żeby zrozumieć rekurencję trzeba najpierw zrozumieć rekurencję.
- Ok, zrozumiałem. To jak to jest z tym trollem?
- Jak mówiłem - masz trolla. Prawdziwego trolla komputerowego, trollus abacus . Nie jakiegoś idiotę który wypisuje głupawe teksty. Troll który się zalągł w twoim serwerze jest wielki, paskudny, i zapewne siedzi teraz w swojej pieczarze zażerając się cyklami procesora skradzionymi z centralnej magistrali. W komputerach często lęgną się trolle, na szczęście w większości są neutralne lub prawie neutralne. Ot od czasu do czasu pobiorą opłatę za korzystanie z north- bądź southbrigda chipsetu, ale za to bity parzystości skontrolują czy porządek na szynie PCI zaprowadzą. Niestety, zdarzają się - rzadko bo rzadko, ale jednak - trolle złe, które zamiast uczciwie zarabiać i pomagać innym zbójowaniem się trudnią. I to jest ciężka sprawa, bo troll to nie wirus. Wirus jest mały, wystarczy na niego odpowiednie wspomaganie systemu immunologicznego. Tymczasem przy trollu naturalna ochrona komputera jest żałosna żałośnie, jak coś... jak coś... - szukałem odpowiedniego słowa.
- Jak coś bardzo żałosnego? - podpowiedział Mroczne Pierogi.
- O, właśnie. Dokładnie tak. Sam widzisz - dopóki nie pozbędziemy się paskudy twój serwer będzie się tak zachowywał. Dane na szynie będą ogołacane z co bardziej wartościowych bitów, wszystko będzie działać wolniej, a jak tak dalej pójdzie to niektóre programy w ogóle przestaną działać.
- Dlaczego?
- Po prostu przestaną wysyłać swoje dane, bojąc się o ich integralność.
- Chwila, Charyzjusz! Wiesz, chyba kiedyś miałem na moim komputerze domowym taką sytuację... Zainstalowałem Widnows, i na początku chodził doskonale, ale potem jakby tak zwołowaciał, zwolnił, zaczął dłużej się bootować, programy się jakoś tak niechętnie uruchamiały... Nie potrafiłem na to poradzić, zrobiłem więc reinstall i wszystko zaczęło znowu śmigać, a potem znów się zepsuło! W końcu kupiłem lepszy komputer, a stary dałem serwerom do zabawy.
Pokiwałem głową.
- Zatem wszystko jasne. Zachowanie komputera modelowo pasuje do przypadku trolla. Nowy, świeży system nie wiedział jeszcze nic o zagrożeniach na szynie. Programy uruchamiały się i komunikowały ze światem, pierwsze przypadku utraty danych biorąc za normalne. Kiedy jednak stało się jasne że liczba przekłamanych informacji znacznie przekracza dopuszczalną normę, a zestaw przesłanych bajtów po raz kolejny wrócił bez wszystkich jedynek zagrabionych przez trolla - nabrały podejrzeń i stały się niechętne do podejmowania ryzyka. Uruchamiały się wolniej i pracowały wolniej, bo nie wszystkie bajty chciały iść na magistralę. Dało się wysłać tylko te najodważniejsze. Kiedy jednak i tych zabrakło twój system przestał po prostu działać. Reinstalując wszystko zasiliłeś go w nowe dane i programy nieświadome zagrożeń. I wszystko kręciłoby się tak dalej w ustalonym rytmie, ale przestałeś go używać. Szlak napadany przez trolla opustoszał. Pewnie zdechłby z głodu, ale komputerem zaczęły bawić się serwery - znalazł nowy obiekt swojego zbójeckiego procederu. Porzucił stare hardware i po prostu przeniósł się do niego - pokazałem palcem osowiały serwer.
- Da się coś zrobić?
- Gdyby się nie dało, oszczędziłbym ci wywodów. Musimy po prostu ubić trolla i po sprawie.
- Ubić? Jak? Dasz mu jakieś lekarstwo?
- Ech. Mówiłem ci przecież. Troll to nie wirus. Musimy po prostu wejść do serwera, odnaleźć trolla i zakatrupić. Jak Boewulf Grendela.
- Kim była Grendela Boewulf?
- Duńską playmate z sierpnia 1997.
- Miała trolla w komputerze? W chipsecie?
- Nie. W myszce.
Mroczne Pierogi przybrał wyraz twarzy jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. Po chwili poczerwieniał.
- W... myszce? Znaczy, hehe, na angielski to będzie... w kotku?
- W komputerowej myszce, zboczeńcze!
- Aha. I ona załatwiła trolla? A jak?
- Wyrzuciła myszkę.
Mroczne Pierogi poskrobał się po głowie.
- No tak, ale ja serwera nie mogę wyrzucić. Szkoda go trochę. Słuchaj, a jak dam mu myszkę, to troll w nią wskoczy?
- Nie. Zadomowił się już w środku. Pewnie siedzi teraz na mostku południowym. Musimy po prostu tam wejść i go załatwić. Idziesz ze mną?
- Eeee...
- No co? Boisz się? Nie pękaj, najwyżej umrzesz. Who wants to live forever?
- Eeee... a ile trwa jedno ever?
- Dwa miliardy lat.
- Czyli four ever to będzie...
Dokonałem pobieżnych obliczeń w pamięci, ale niestety na 32 bitach ostatni bit wyskoczył mi poza zakres.
- To będzie zdecydowanie bardzo dużo. - wybrnąłem z sytuacji.
- No dobra. To idę.
- Spoko. To daj jeszcze kawałek kartki, list napiszę do Misi.
- List? Nie możesz wysłać e-maila?
- Póki co testament wysłany e-mailem nie jest wiążący.
- Te... - Mroczne Pierogi zaczerpnął tchu - Testament?
- Na wszelki wypadek, gdyby jednak troll okazał się lepszy od nas. Ale nie bój nic. Niepowodzenia się co prawda zdarzają, ale gra jest warta świeczki.
- Aha. A na czym polegają niepowodzenia?
- Na byciu wyplutym z wnętrza naprawianego komputera.
- Tylko tyle? No to spoko. Po co testament?
- Bo wypluwanie odbywa się na raty. Najpierw leci twoja głowa, cała reszt potem. W jednym lub więcej kawałkach.
Mroczne Pierogi zbladł, a może tylko mi się tak zdawało.
- Ekhm... a często zdarzają się takie wyplucia?
- Bo ja wiem... - tym razem ja poskrobałem się po łepetynie - tak raz na dziesięć razy. To znaczy raz na dziesięć razy to się nie zdarzają. Czyli prawdopodobieństwo sukcesu jest jak jeden do dziesięciu.
Ponieważ kumpel zbladł tak bardzo, że obawiałem się iż jego rejestry bieli na twarzy za chwilę się przekręcą, położyłem mu uspokajającym gestem dłoń na ramieniu.
- Ej! Nie pękaj! Przecież jestem Charyzjusz Chakier! Ze mną szanse powodzenia całej operacji są nieporównywalnie większe!
Uspokajający gest zadziałał.
- Co najmniej jak jeden do ośmiu - dodałem pod nosem.
 
Serwer 2009-07-11 20:29
 Oceń wpis
   

_-¯ Siedziałem przy kompie i rozkoszowałem się kolejnymi poziomami World of Goo. Podziwiałem każdą klatkę animacji, każdy piksel i każdy takt muzyki. Znów czułem się jak za starych dobrych czasów, gdy grałem na Amidze lub małym Atari. Wydawałoby się, że te czasy już minęły bezpowrotnie - a jednak okazało się, że istnieje jeszcze na świecie kilku komputerowych artystów. Przeprowadzałem goolki przez kolejne poziomy, a one opowiadały mi swoją historię... Historię World of Goo.

_-¯ Zadzwonił telefon.

_-¯ Niechętnie sięgnąłem po słuchawkę.
- ...lo? - postarałem się by mój głos zabrzmiał wyjątkowo odpychająco. Tak, by osoba po drugiej stronie zdała sobie sprawę że zachowała się bardzo nierozsądnie zakłócając mój spokój.
- Eeee... - najwyraźniej ładunek emocjonalny który włożyłem w powitanie zadziałał i zbił rozmówcę z pantałyku. Swoją drogą - zawsze zastanawiałem się jak wyglądają pantałyki, i czemu nieświadomie wchodzimy na nie kiedy podejmujemy jakiś wątek w rozmowie. Wielomysł twierdził, że pantałyki to wielowymiarowe stworzenia żerujące na skupiskach informacyjnych, i to nie tyle my wchodzimy na nie, co one wpełzają pod nas. Oczywiście w sensie metaforycznym. Kiedy zaś chmura informacyjna się rozproszy, pantałyki znikają razem z nią.
- Eeee... Charyzjusz? - rozmówca pozbierał się po krótkiej chwili. Rozpoznałem po głosie Mroczne Pierogi.
- Syn/ack, Mroczne - odezwałem się, bo mój Słuszny Gniew trochę osłabł kiedy usłyszałem przyjaciela.
- Ack, Charyzjusz. Jest problem z moim serwerem. Miałbyś czas rzucić okiem?
Cóż. Dla przyjaciół trzeba zawsze mieć czas.
- True. Jesteś u się?
- U się.
- Będę za trzydzieści milisekund. Ack/fin.
- Ack.
Rozłączył się, ja zaś podreptałem do komputera transportowego.
Dygresja: W poprzednim wpisie pewien czytelnik którego nick pominę miłosiernym milczeniem (tak tak, kwolkan, to do ciebie) publicznie przyznał się do swej ignorancji w temacie dotyczącym chakierskiego bezpieczeństwa komputerowego. Wierząc, że tego typu niedoinformowanych osobników jest niewielu (lecz jednak zbyt dużo) chciałbym oficjalnie stwierdzić, że mam więcej niż jeden komputer. A nawet więcej niż dwa. Tak jak każdy porządny człowiek ma kilka par krawatów na różne okazje, tak każdy chakier ma kilka komputerów. Jeden do pisania. Jeden do czytania. Kilka do chakierowania. Parę do transportu. I jeszcze kilka, na różne okazje. Jasne?
Mam nadzieję że odpowiednio naświetliłem temat, i od tej pory zdanie ,,chakierowałem, ale przestałem na chwilę i włączyłem komputer'' przestanie się spotykać ze zdziwieniem wyrażonym otwartą paszczą. Koniec dygresji.

_-¯ U Mrocznych byłem trzy milisekundy przed czasem. Poczekałem w buforze, bo być punktualnie oznacza nie tylko się nie spóźnić, ale i nie przyjść zbyt wcześnie. Dokładnie o wyznaczonej porze wychynąłem z gniazda. Nauczyłem się tego niedawno, ale nie żałowałem godzin poświęconych na naukę. Inni wysuwali się, wypełzali bądź byli wypluwani. Co lepsi po prostu się pojawiali. Moja umiejętność wychynywania nieodmiennie robiła mocne wrażenie. Z tego, co się orientowałem, wychynywać umiałem tylko ja.
- Och, Charyzjusz! - Mroczne Pierogi wyglądał na zaskoczonego - Aleś niespodziewanie... - szukał w pamięci odpowiedniego słowa - ...wychynął?
- Tak jak się umawialiśmy. Gdzie serwer? - postanowiłem przystąpić do rzeczy, gdyż pilno mi było wracać do mojego ukochanego World of Goo.
- W kojcu. - wskazał palcem kąt pokoju.
Poszedłem we wskazanym kierunku. Od razu rozpoznałem ten, który był chory. Mroczne Pierogi dostał swoje serwery dopiero niedawno, większość z nich była jeszcze szczeniakami. Wszystkie, z wyjątkiem jednego bawiły się wesoło, mrugały lampkami połączeń, ciągnęły się za uszy i przewracały. Ten, który nie dokazywał leżał skulony samotnie w najciemniejszym kącie i cichutko popiskiwał. Gdy zbliżyłem się, spojrzał nieufnie i niezdarnie spróbował wcisnąć się jeszcze głębiej w swój kąt. Wyciągnąłem powoli rękę i delikatnie pogładziłem go po łbie.
- Nie bój się, mały. Charyzjusz nie zrobi ci krzywdy. - przemówiłem łagodnie.
- Kiedy to się stało? - spytałem Mrocznego.
Poskrobał się po głowie.
- Bo ja wiem? Zrobił się osowiały jakieś dwa, trzy dni temu, ale tak poważnie się zaniepokoiłem dopiero dzisiaj, kiedy w ogóle przestał się bawić. Wcześniej baraszkował z innymi. Trochę był wolniejszy, bardziej ociężały, ale wiesz - sądziłem że on po prostu taki jest trochę ciapek. A dziś zaszył się w kącie i tylko popiskuje. Jak to zauważyłem od razu zadzwoniłem po ciebie.
- Dobrze zrobiłeś - pochwaliłem. - Robiłeś jakieś badania?
- Pingi w normie. Obciążenie netu też. Przepustowość standardowa.
- Gorączka?
- Nie, 38 na procesorze. Dla tej odmiany to normalne.
- Kaszel? Gwizdy albo przesłuchy w dysku?
- Nic. Czysto.
- Co hostuje?
- Nieduże forum.
- Exploity?
- Nie, odrobaczałem go zaraz po pierwszym bootowaniu.
- Hmmmm... Ciekawa sprawa. - Zasępiłem się. Nie lubiłem ciekawych spraw. Ciekawa sprawa oznaczała zwykle problem. Wyjąłem z kieszeni swój chakierski zestaw diagnostyczny i przygotowałem kilka narzędzi. Delikatnie podrapałem serwer za uszkiem, jednocześnie zapuszczając mu głęboki skan i profiler. Mroczne Pierogi skrzywił się, patrząc jak przerwania profilera penetrują wszystkie procesy.
- Nie wiedziałem że on ma coś takiego w środku - stwierdził pokazując palcem wyświetlające się na moim ekranie obrazy wyglądające jak wybrane sceny z wyjątkowo niskobudżetowego slashera.
- To sterowniki SASa, a to tutaj to od huba usb. Najlepsze są z cebulką - uśmiechnąłem się i pokazałem fragment który równie dobrze mógłby wisieć na haku w masarni. Mroczne Pierogi pozieleniał trochę na twarzy.
Skan się skończył. Przejrzałem pobieżnie wyniki.
- I co?
- I nic. Według odczytów jest zdrów jak ryba.
- Czyli?
- Czyli wyeliminowaliśmy, wydaje mi się, chorobę ciała. Zostaje nam choroba duszy.
- Eeee? - Mroczne Pierogi zrobił minę jak zdeklarowany racjonalista który właśnie zobaczył diabła. - Duszy?
- Psychiką. Twój serwer coś trapi. Powiedziałeś, że pędzisz na nim forum?
- Aha.
- Daj logi.
Podał mi parę spakowanych plików. Po chwili studiowania moją twarz rozjaśnił uśmiech. Puknąłem palcem w kilka linijek tekstu.
- Patrz tu.
- Nooooo... i co? - Najwyraźniej nie dostrzegał tego, co moje wyrobione zmysły wychwyciły od razu. Nie miałem czasu ani ochoty tłumaczyć co i jak, więc po prostu poinformowałem.
- Twój serwer złapał Trolla, chłopie.

c.d.n.

 
Wpis o deszczu. 2009-06-27 21:45
 Oceń wpis
   

_-¯ Padał deszcz. Od kilku dni ciągle, nieubłaganie lał się z nieba tą samą monotonną strugą szarych kropel. Niebo wciąż zasnute było jednolitą, grubą warstwą chmur ołowianego koloru. Odwróciłem się w stronę kuchni:
- Misia! Piszę się ,,ołowianego'' czy ,,ołowiowego''?
- A w jakim kontekście? Bo np. żołnierzyk może być ołowiany, a akumulator kwasowo-ołowiowy. Więc możesz pisać tak i siak.
- W kontekście chmur. Że ołowianego koloru. Czy ołowiowego?
- Ołowianego.
- Dlaczego?
- Bo jakby były w kolorze cyny, to by były cynowego koloru, a nie cynowianego.
- Ale gdyby były w kolorze róż, to by były różanego, a nie różowiowego.
- A są w kolorze róż?
- Nie.
- To pisz ołowianego.
Cóż, to był jakiś argument.
- Dobra - zgodziłem się.
Uwaga: Wszystkim czytelnikom którzy zwrócili uwagę na to, że w tekście sprytnie przemyciłem seksistowski samczy stereotyp p.t. ,,miejsce kobiety jest w kuchni'' przyznaję jeden punkt za spostrzegawczość.
Wróciłem do pisania. Deszcz - jest. Chmury - są. Co by tu jeszcze? Może jakaś błyskawica? E, nie. Błyskawica oznacza, że coś się dzieje. Burza. Ulewa. Wichura. A mnie chodziło raczej o to, by wytworzyć atmosferę jednostajności, szarówki, nudy i ogólnej beznadziei. Tak więc błyskawica nie. Co można by jednak dopisać, żeby było jeszcze bardziej nudno i beznadziejnie? Przemówienie polityka w telewizorze? Rachunki w skrzynce? Brak internetu?
- Napisz, że rynny chlupocą - odezwał się głos koło mnie.
Rozejrzałem się dookoła. Misia była w kuchni (teraz brak punktów, bo teraz to już każdy wie). Ja przy komputerze. Charysia bawiła się na górze nowym debuggerem. Kto zatem się odezwał?
- Ja - powiedział niewidzialny ktoś.
Zastanowiłem się przez chwilę. Nie przypominałem sobie, bym wypowiadał swoje myśli na głos, ktoś jednak odpowiadał na moje niewypowiedziane pytania.
- Tu popatrz, na biurko po lewej. Tu jestem!
Spojrzałem. Na kartce papieru siedziała mała czarna mrówka.
- Zdziwiony? - powiedziała mrówka.
- Nie - skłamałem.
- Skłamałeś.
Zaniemówiłem. Wpatrywałem się w małego owada kilka dobrych chwil i odniosłem wrażenie, że on robi to samo.
- Mrówki nie mówią - wykrztusiłem wreszcie.
- Nikt nie twierdzi, że mówią. To byłoby niewykonalne już chociażby ze względu na to, że nie posiadamy żadnych - jak wy to określacie - narządów mowy.
- Ale ja cię słyszę!
- Ech, Charyzjusz. Taki duży, a taki głupi. To, że mnie słyszysz wcale nie oznacza, że muszę mówić.
- Znaczy, masz syntezator jakiś, tak?
- Nie, cymbale! Jak się upijesz i widzisz białe myszki to myślisz że twoi znajomi puszczają je z holoprojektora?
- Ale wtedy to są urojenia takie.
- No właśnie. Wtedy twój otumaniony alkoholem mózg sam je sobie roi.
Nieufnie spojrzałem na stojącą obok mnie szklankę. Czyżbym się czymś zatruł?
- Niczym się nie zatrułeś głąbie.
- Wypraszam sobie! - burknąłem, bo cała sytuacja coraz bardziej przestawała mi się podobać.
- No dobra. Przepraszam. Już ci to wszystko wytłumaczę, choć nie sądziłam że będzie to potrzebne. Ale OK, po kolei, jak dziecku. Jak ktoś do ciebie mówi, to wytwarza falę dźwiękową. Dociera ona do twojego ucha i jest przekształcana w ciąg impulsów nerwowych, które docierają do twojego mózgu. To sprawia, że słyszysz. No więc ja robię to samo, tyle że bez tych wszystkich komplikacji na początku.
- Znaczy, mówisz bezpośrednio w moim mózgu?
- Bingo, przyjacielu.
- Ale jakim cudem?
- Jakim cudem, jakim cudem. Najzupełniej normalnie. Każda mrówka tak umie.
Musiałem wyglądać komicznie: facet siedzący przed komputerem i gadający do kartki papieru.
- Chwila. Jak to ,,każda mrówka tak umie''?
- Słuchaj, Chakier. Byłeś kiedyś w lesie?
Wytężyłem pamięć i przywołałem niewyraźnie obrazy z dzieciństwa. Las. Coś się mi kołatało... Las. Zbiór... drzew. Co to jest drzewo? To spójny graf bez cykli...
- Nie spójny graf bez cykli, geeku, tylko taka duża roślina. Wygląda jak... jak drzewo - podpowiedziała mrówka.
No tak. Wakacje u babci, rzeka, i to coś za rzeką. Las. Chodziłem tam i zbierałem patyki, z których potem zbudowałem na polanie nieduży komputer i grałem na nim w Counter Strike'a. Niestety, potem ktoś z mojego komputera zrobił ognisko.
- Byłem w lesie. I co? - podsumowałem rozmyślania.
- Widziałeś kiedyś mrowisko?
Tak. Pamiętałem mrowisko. Spory kopiec pełen niedużych pracowitych owadów. Bardzo lubiłem je oglądać.
- Widziałem.
- Były w nim mrówki?
- Były.
- Mocno hałasowały?
- Słucham?
- Pytam, czy hałasowały.
- Nie rozumiem...
- Mój Boże... A koleżanki mówiły, że podobno taki inteligentny człowiek z ciebie. Pytam, czy w tym mrowisku szumiało, huczało, brzęczało?
- Nooo... Nie.
- No to już rozumiesz?
- Eeeee... Nie.
Przez chwilę wydawało mi się, że mrówka załamuje ręce w geście ,,ale mi się debil trafił''. Na szczęście uświadomiłem sobie, że to niemożliwe. Mrówki przecież nie mają rąk.
- Widzisz, chłopcze, w mrowisku żyją tysiące mrówek. Wyobrażasz sobie ten harmider który by powstał gdybyśmy musiały komunikować się werbalnie? Dlatego u nas mechanizmy komunikacji wyewoluował w coś lepszego. I porozumiewamy się bezpośrednio, bez tej całej zabawy w drgania powietrza. Musisz się tego nauczyć. Ma to całą masę zalet, włącznie z tą, że można prowadzić uprzejmą konwersację przy stole bez przerywania żucia. Rozumiesz już?
Wolno pokiwałem głową. Więc to... stworzenie mówi bezpośrednio do moich myśli? Zaraz, a skąd ono...
- Zaraz, a skąd wiedziałaś co wtedy, wcześniej pomyślałem? Skąd wiedziałaś wtedy, że skłamałem? Umiesz czytać w myślach?
- Nie. Umiem tylko pisać w myślach.
- To skąd wiedziałaś?
- Bo napisałeś to w komputerze! Przeczytałam na ekranie!
Przeniosłem wzrok na monitor. Rzeczywiście. Siedziałem, pisałem o deszczu, chmurach, a potem zacząłem pisać o mrówce. Uśmiechnąłem się. Cwana z niej była bestia, z tej mrówki.
- Dzięki - powiedziała.
Już miałem spytać, za co dziękuje, ale na szczęście się powstrzymałem. Przecież to, że jest cwana, też napisałem. Spróbowałem pozbierać myśli.
- Właściwie, to skąd się tu wzięłaś?
- Pada na dworze, to pomyślałam że przeczekam u ciebie. Zresztą - interes mam. Konto mi buchnęli w ,,Plemionach''. Mógłbyś je odzyskać?
- Spoko. Jaki login?
- ,,Mrufka''
- Spoko.
Włączyłem komputer, zapuściłem program. Po chwili konto było moje.
- Tylko nie pisz tego tam! Bo mi znowu przejmą. Tu, na kartce mi napisz. Ołówkiem. A potem zetrzyj.
Napisałem. Poczekałem. Starłem.
- Dzięki. Dobra, to ja już nie przeszkadzam. Chyba się przejaśnia, to sobie pójdę. Jakbyś miał kiedyś jakieś większe przetwarzanie równoległe, to daj znać. Kilka milionów nas jest, każda wrzuci kawałek na swojego pececika to pójdzie jak burza.
- OK
- Z kim rozmawiasz? - dobiegło mnie z kuchni.
- Z nikim - spróbowałem się wykręcić.
- Przecież słyszę.
- Z mrówką - przyznałem niechętnie.
Misia wyjrzała przez drzwi i popatrzyła na mnie podejrzliwie. Po chwili podeszła i zabrała stojące przede mną piwo.
- Na dzisiaj masz już dość - zakomenderowała.
- Ale ja naprawdę! Tu siedziała. Stała. Na kartce.
Misia przyłożyła mi rękę do czoła, po czym zajrzała w oczy.
- Dobrze, jasne. Idź się już połóż spać.
Wiedziałem, że dyskusje i przekonywania nie mają sensu, więc potulnie zwlokłem się z krzesła i pomaszerowałem do sypialni. Ach, te kobiety. A wpis o deszczu zrobię później...

 
Nilux 2009-06-17 23:31
 Oceń wpis
   
-¯ Richard Ironnman nie dawał się łatwo spławić. Uczepił się Nilusa jak menel żebrzący by dorzucić mu ,,na bułkę''. Zresztą - wyglądał niewiele lepiej. Długie, tłuste włosy okalały nalaną twarz, tuż przy policzkach łącząc się z nie lepiej wyglądającą skołtunioną brodą. Nie pierwszej młodości (i świeżości) powyciągany sweter wpuszczony był w zbyt ciasne i zbyt krótkie spodnie. Całości dopełniał brak butów. Nilus Valdorts z niesmakiem zauważył, że w lewej skarpecie grubasa zieje dziura, przez którą z ciekawością wygląda duży palec stopy. Palec ze zrogowaciałym, zakończonym czarno zielonkawo-żółtym paznokciem.
- Nilus, zrozum. Wszystko czego nam potrzeba to jądro. To nad którym pracujemy nie będzie gotowe jeszcze przez kilka lat. Niestety, architektura mikrojądra okazała się mniej wydajna niż zakładaliśmy.
- Jak ono się nazywa? - wtrącił Valdorts, poprawiając ze znudzeniem okulary na nosie. Gdyby nie to, że siedzieli w przyuczelnianej kawiarence, a on właśnie zamówił sobie kawę oraz szarlotkę z szynką, już dawno uciekłby wymawiając się jakimiś obowiązkami. A tak - musiał czekać.
- Nazywa się ,,Sztach''.
- ,,Sztach''? A czemu?
- Bo główny programista ciągle jara. Tak więc jak mówiłem jego prędkość...
- Wolne jest, bo durnie się nazywa. Jak byście mu nadali nazwę kojarzącą się z prędkością, to i szybciej by działało. Bo ja wiem... na przykład ,,c''
- ,,c''? To taki język programowania chyba.
- No właśnie. I symbol prędkości światła. I język jest szybki jak piorun.
- No tak, ale w takim razie ,,c'' jest już zajęte. Hmmm... To może ,,prędkość dźwięku''?
- Za długo. Musicie wymyślić coś innego.
- No dobra. Pokombinujemy. Ale wracając do głównego wątku...
Ironnman przerwał na chwilę i zagłębił palce w gąszcz włosów, drapiąc się po podbródku. Coś stuknęło i na blat kawiarnianego stolika wypadło kilka precelków. Richard przyjrzał się im z zainteresowaniem, po czym zgarnął je w dłoń i jednym ruchem wrzucił do ust.
- Zabawne - powiedział z pełnymi ustami, wypuszczając deszcz lepkich okruchów prosto na okulary Nilusa - precelki jadłem tydzień temu...
Skończył przeżuwać.
- Tak więc, Nilus, chciałbym cię prosić być przekazał nam swoje jądro. Znaczy, hehehe, nie że ten. Żart, nie? Chodzi o kernel. O ten system operacyjny, co piszesz.
- Nilux?
- Tak. Przekaż go naszej organizacji. Przekaż go ludziom. Społeczności.
W tym momencie na stoliku pojawiła się kawa i szarlotka. Valdorts nie poprosił, by Richard się poczęstował. Nie dlatego, że był niegrzeczny czy poirytowany całą sytuacją. Ironnman bez pytania wziął sobie kawałek i właśnie z zapałem pakował sobie do ust. ,,Mam nadzieję, że tam gdzieś są usta'' - pomyślał z przekąsem Nilus, gdyż z jego perspektywy wyglądało to tak jak gdyby Ironnman z zapałem wpychał sobie ciasto w gęstwinę włosów poniżej nosa. Po chwili zniknęło, i tylko okruchy i wilgotne ślady jabłkowego nadzienia uwięzłe tu i ówdzie w zaroście świadczyły o miejscu w którym się znajdowało.
- Chcesz więc, bym projekt mojego systemu operacyjnego - dzieła, nad którym pracuję prawie pół roku - odstąpił, ot tak, za darmo?
Richard ucieszył się.
- No nareszcie złapałeś. O to chodzi. Udostępnij go za darmo.
Gdyby nie to, że właśnie upił łyk kawy, Valdorts wybuchnąłby głośnym śmiechem. Przeczekał krytyczny moment.
- Słuchaj, Richard. Trzy dni temu napisali do mnie z Ratmount. Zaoferowałem im swój projekt Niluksa w zamian za dobrą pracę w ich firmie. Zgodzili się. Jak dobrze pójdzie, może uda mi się rozwinąć mój projekt w jakiś większy system operacyjny. Mówili, że planują coś wielkiego. Nową generację OS, która ma zastąpić DOSa na pecetach. Sorry, Richard - nie mogę przepuścić takiej okazji. Jeżeli wyprodukują dobry system operacyjny to chcę być jednym z jego twórców. Nie mogę oddać ci Niluksa. Tobie, ani nikomu innemu. Jest mój.
Ironnman zaniemówił. Być może nawet otworzył usta, lecz nie było tego widać przez plątaninę włosów. Jego broda jednak w widoczny sposób obniżyła się, gdyż jeszcze przed chwilą nie dotykała stolika, a teraz... Teraz jej koniec nurzał się w niedopitej kawie Valdortsa. Oczy najpierw wyrażały zdziwienie, potem niedowierzanie, a teraz... Czyżby determinację? Valdorts postanowił zakończyć tę rozmowę.
- Sorry, Richard - powtórzył jeszcze raz i wstał od stolika. To znaczy - spróbował wstać, gdyż świat zakołysał się, zatańczył dookoła po czym podłoga stanęła do pionu i uderzyła Nilusa w twarz. Padając, ściągnął na siebie kubek z kawą. Gorąca płynu parzącego mu policzek już nie poczuł.
- Sorry, Nilus - szepnął Ironnman. Poszukał wzrokiem kelnerki która podała kawę z szarlotką i ledwo dostrzegalnie skinął głową. Odpowiedziała mu tym samym delikatnym skinieniem.
- Szybko! Lekarza! On ma atak serca! - Wydarła się i podbiegła do leżącego ciała. Z wprawą przystąpiła do reanimacji. Nikt nie zauważył że robiąc masaż serca jednocześnie wysunęła nieprzytomnemu z kieszonki na piersi dyskietkę i schowała w fartuchu...

_-¯ - Wyjdzie z tego? - Richard z zatroskanym wyrazem twarzy szedł obok noszy na których Valdorts niesiony był do karetki. Pielęgniarz spojrzał na niego ze znudzeniem.
- Nie widzi pan? Ten czarny worek ma suwak zapinany na zewnątrz. Sam nie wyjdzie. Zresztą, musiałby też otworzyć od środka drzwi chłodni...

_-¯ Ironnman wrócił do swojego pokoju. Podniósł słuchawkę telefonu
- Mam to. Niestety, obiekt dostał sygnał 9. Tak. Wrzucam na sieć. Spraw, żeby wyglądało tak jakby to sam udostępnił.
Był wieczór 25 sierpnia 1991 roku.
 
QDOS 2009-06-01 22:33
 Oceń wpis
   
_-¯ Tim Mutterson z zapałem klepał w klawiaturę. Jeszcze tylko kilka instrukcji, kilka komend. Już! Z rozmachem wcisnął ,,Enter'' i z zadowoleniem przyglądał się efektowi swojej pracy. Tak. Zawsze chciał stworzyć swój własny system operacyjny, a ten tutaj właśnie był skończony. Z zadowoleniem wyciągnął się na fotelu i z założonymi za głowę rękami kontemplował swoje dzieło.
- Niech to pingwin!
Tim obrócił się niechętnie w kierunku z którego dobiegał głos. Przy sąsiednim biurku, klnąc pod nosem z wyrazem zaciętego uporu na twarzy, jego akademicki współlokator Gilliam Wates również kończył swój program. A właściwie próbował. Kilka tygodni temu Wates podobno wyszarpał duży projekt od korporacji HAL. Niestety, jak się okazało - zbyt duży. Terminy goniły a projekt wciąż znajdował się w stadium wczesnego rozgrzebania.
- Niech to p*******ne stado pingwinów!

_-¯ Muttersone skrzywił się z niesmakiem. Nigdy nie lubił cholerycznego charakteru swojego współspacza, ale cóż. Sąsiadów się nie wybiera. Jednak bardziej od tego, że Wates klął irytowała go sama forma przekleństw. Wg. Gilliama wszystkiemu winne były pingwiny. Kiedyś Tim nieopatrznie zapytał, dlaczego właśnie pingwiny, i potem spędził kwadrans wysłuchując spiskowej teorii na temat jak to pingwiny próbują zawładnąć światem.
- Tylko się im przyjrzyj - dowodził Wates - popatrz. Pingwiny to ptaki, prawda? Mają dzioby, mają skrzydła. Ale, cholera, czemu one nie latają? Kogo chcą zmylić? Kiedyś spojrzałem takiemu jednemu w te jego chytre, małe oczka. Nawet nie mrugnął. Miałem ze sobą torebkę śniadaniową, nadmuchałem i BUM! I wiesz co? Prawie go miałem! Już, już zbierał się do lotu, już rozkładał skrzydła, ale opanował się w ostatnim momencie. Nieźle je wyszkolili, nie ma co. Tylko kto? Pewnie komuniści. Te małe dranie są szkolone, by w odpowiednim momencie wtargnąć do amerykańskich domów i zamordować nasz styl życia. A ja, cholera, mam prawo do amerykańskiego stylu życia! Słyszysz, Mutterson? Ja się pytam, kto dał tym małym draniom decydować o tym, w jaki sposób mam żyć!
Tim pamiętał, że wtedy, zamiast z miejsca rozpoznać wariata i wziąć go na przeczekanie wdał się z nim w głupią dyskusję. Jednak Wates, jak każdy fanatyk, miał zawsze odpowiedź. Niedorzeczną, ale w jego mniemaniu słuszną.
- Ty nic nie rozumiesz! - chrypiał, a krople śliny zbierały mu się w kącikach ust i błyszczały na dolnej wardze - popatrz jakie z nich chimeryczne organizmy. Ryby żrą! Przecież ptaki powinny dziobać ziarenka, a te żrą ryby, i cholera wie co jeszcze. Pewnie na foki polują, jak orki, ale tak żeby nikt nie widział. Komuniści je tego nauczyli. I pływają jak torpedy! Założę się, że kiedyś te złośliwe dranie zgotują nam kolejne Pearl Harbour. Ale po moim trupie, Mutterson, słyszysz?! Po moim trupie!!!

_-¯ Od tamtej pory i tak nie za ciepłe stosunki między Timem a Gilliamem jeszcze się ochłodziły. Mutterson uważał Watesa za niebezpiecznego szaleńca, zaś ten ostatni miał towarzysza za tępaka nieświadomego zagrożeń. A teraz zaczęły się jeszcze te problemy z projektem. Prywatnie Tim uważał że Wates nie powinien brać samodzielnie tak dużego zlecenia. Kodu do napisania było sporo, a do tego dochodził fakt że Gilliam był raczej marnym programistą. On miał jednak swoje wytłumaczenie... Mianowicie w nocy pingwiny zakradały się do jego komputera i psuły mu z mozołem napisane kawałki.
- Małe czarno-biała dziobate wredoty! Już ja was dorwę!
Mutterson westchnął. Wyjął dyskietkę ze swojego komputera i schował do koperty. Na wierzchu przykleił nalepkę, na której z namaszczeniem wykaligrafował: QDOS.
- Rybożerne śmierdziele!
Cierpliwość Tima zaczynała się kończyć.
- Daj spokój Wates. Idź się wydzierać gdzie indziej.
- Co? Jak śmiesz wyrzucać mnie z mojego pokoju! Płacę za niego tak samo jak ty!
- Po pierwsze nie wyrzucam cię, tylko proszę żebyś się uspokoił. Pod drugie - ty tylko ,,płacę'', ,,kupuję'', ,,wydaję''. Zachowujesz się nie jak inżynier tylko jakiś cholerny bankier. I ta twoja obsesja...
- To nie żadna obsesja! Zobaczysz, pingwiny chcą mnie zamordować! Psują moje programy! Szlag, na jutro mam dostarczyć do biura HALa zamówiony przez nich system operacyjny, a nie działa mi nawet system plików!
Tim złośliwie się uśmiechnął i niedbałym ruchem uniósł w górę dyskietkę. Nie mógł sobie odmówić tej małej chwili triumfu.
- A mój system jest gotowy. Hehe. I chyba sam zaniosę go do HALa. Tak się składa że miałem okoliczność zaznajomić się ze specyfikacją i chyba mój QDOS idealnie będzie odpowiadał ich wymaganiom. Hehe.

_-¯ Twarz Watesa zmieniła kolor. Zbladł, jakby cała krew odpłynęła mu z twarzy. Tylko jego oczy... te płonęły trawione gorączką, a w samym jej jądrze błyszczały iskry szaleństwa. Wstał i mechanicznie postąpił krok do przodu.
- Daj mi tę dyskietkę, Tim.
Mutterson był zbyt zaskoczony, by zareagować. Czy ten facet do reszty zwariował?
- Wsadź łeb pod kran, Gilliam.
- Daj mi tę dyskietkę! Daj mi to!

_-¯ Tego było już za wiele. Mutterson wstał i ruszył do wyjścia, kiedy jednak mijał Watesa ten z szybkością której nie można było się po nim spodziewać odwinął się i wyprowadził cios ciężką, obitą blachą klawiaturą, którą do tej pory trzymał w ręce skrywanej za plecami. Kant trafił idealnie w skroń, która wgłębiła się z nieprzyjemnym chrupnięciem. Mutterson westchnął i miękko opadł z powrotem na fotel. Z kącika oka pociekła mu krew.
Gilliam Wates chwilę kiwał się na nogach, jakby czekał na jakiś kontratak ze strony przeciwnika. Nie doczekał się. Podszedł powoli i wyłuskał z palców denata kopertę z dyskietką. Pogładził ją czule.
- Mój sssskarb. Teraz już nikt mi ciebie nie odbierze, mój ssssskarbie. Gill zapiekuje się tobą lepiej niż ten brzydki Tim. Gill pokaże cię panom z HALa. Zobaczysz, polubisz ich.
Podniósł wzrok na leżące ciało. W źrenicach przez chwilę mignęło mu przerażenie, które po chwili jednak zostało stłumione przez kojący ogień szaleństwa. Wyjął z kieszeni mały przedmiot i włożył trupowi w rękę.
- Zły Tim nie słuchał nas ssssskarbie. Nie słuchał, i co? I pingwiny go dopadły. Dopadły Tima. Niedobre pingwiny. Ale nie bój się... Gill nie da cię skrzywdzić złym pingwinom. Mój sssskarbie.
Schował dyskietkę do kieszeni i wyszedł. Na fotelu, patrząc pustymi źrenicami w zgaszony monitor Tim Mutterson stygł trzymając w dłoni niedużą, pluszową figurkę pingwina.
 
Pear Inc. 2009-05-27 23:09
 Oceń wpis
   

_-¯ - Pan Works pana przyjmie.

_-¯ Młody człowiek, siedzący w wyczekującej pozycji na kanapie obok stolika ze stosem czasopism drgnął i uśmiechnął się niepewnie w kierunku sekretarki, która odpowiedziała służbowym, uprzejmym grymasem. Sama wstała i podeszła do okazałych, dwuskrzydłowych drzwi prowadzących do gabinetu Człowieka Numer Jeden. Otworzyła oba skrzydła, obróciła się zgrabnie i gestem zaprosiła gościa by podążał za nią. Weszła do środka. Zdenerwowany młodzieniec wstał, wygładził nerwowym ruchem pomiętą flanelową koszulę, zrobił krok do przodu i... wyłożył się jak długi zahaczając stopą o stołową nogę. Upadając rozpaczliwym gestem chwycił leżący na stoliku obrus i pociągnał na siebie, grzebiąc się pod stosem gazet. Głuchy łomot ciała walącego się na wykładzinę przykryły swym szelestem kartki opadających ulotek.
- Może w czymś panu pomóc? - sekretarka stała znów w drzwiach.
- Nie nie, nic. Dziękuję. Taki... ehm... taki zwyczaj mam. Przesąd. Żeby nie zapeszać przed rozmową trzeba zrzucić ze stołu gazetę.
- Oh, proszę się nie martwić. Pan Works to wyjątkowo miły człowiek.
- Tak, dziękuję, tylko posprzątam może...
- Proszę się nie kłopotać. Szef oczekuje.
- Jasne, oczekuje...
Chłopak ostrożnie obszedł stolik, starając się jeszcze szurnąć butem kilka czasopism pod kanapę. Przestąpił próg.
- Pan Works jest u siebie. Proszę, to tamte drzwi.

_-¯ Sekretarka wycofała się dyskretnie. Po chwili cicho szczęknęła klamka. Młody człowiek znalazł się sam za dwuskrzydłowymi drzwiami w pomieszczeniu, wzdłuż którego stał długi, czarny stół. Po drugiej stronie stołu widniały drzwi identyczne jak te którymi tu wszedł. Prawie identyczne. Na tamtych wisiała dodatkowo tabliczka z informacją: ,,Steve Works''.

_-¯ Rozległ się klik interkomu.
- Śmiało, śmiało. Zapraszam - męski głos po drugiej stronie brzmiał jakby jego właściciel nosił siwy, kilkudniowy zarost i bezoprawkowe okulary o okrągłych szkłach.
Młodzieniec ruszył przed siebie, pokonał szybkim krokiem dzielącą go od drzwi odległość, położył rękę na klamce i zawahał się. Klik interkomu.
- Proszę się nie wahać. Pańska przyszłość leży w pańskich rękach.
Młody mężczyzna bezgłośnie poruszył wargami. Musiał to przecież powiedzieć! Zdecydowanym ruchem nacisnął klamkę i wkroczył do gabinetu.
- Panie Works, chciałbym żeby pan wiedział, że...
Siedzący za okazałym biurkiem człowiek przerwał mu zniecierpliwionym gestem.
- Tak. Oczywiście, kwestie finansowe omówimy później. Masz to?
- Ale musi pan wiedzieć...
- Masz?
- ... Mam

_-¯ Steve Works wstał i obszedł biurko. Starał się iść powoli, jednak z trudem maskował podekscytowanie. Okrągłe szkła okularów zdawały się dodatkowo powiększać błyski podniecenia w jego oczach.
- Pokaż go! - zażądał.
Chłopka pogmerał w fałdach swojej flanelowej koszuli i po chwili wyciągnął z nich nieduże, tekturowe pudełko po jakichś tabletkach. Otworzył je i wyjął z niego nieduży, płaski przedmiot zawinięty w bąbelkową folię, zlepioną taśmą samoprzylepną. Kilkoma ruchami rozerwał zabezpieczenie i oczom obydwu ludzi ukazało się skrywane do tej pory w folii urządzenie.
Steve Works, prezes Pear Inc. wyciągnął drżącą dłoń.
- Mogę... dotknąć?
- Proszę - chłopak podał lśniący przedmiot. Works delikatnie wziął go do lewej ręki, prawą zaś począł gładzić pieszczotliwie.
- Jest... piękny! Och!
- Co się stało?
- To się rusza!
Chłopak po raz pierwszy uśmiechnął się i nieco rozluźnił. Wrażenie, jakie jego dzieło zrobiło na prezesie jednej z największych technologicznych korporacji świata dodało mu pewności siebie.
- Ma ekran dotykowy. Wystarczy przeciągnąć palcem, lub kilkoma palcami. Multitouch. - wyjaśnił.
- Wspaniałe! Cudowne! Fenomenalne! - prezes zapalał się coraz bardziej badając kolejne funkcje urządzenia - Jak to nazwałeś?
- EarPhone
- Fantastycznie! Tak jest - telefon dla ucha. Oczywiście, chcę kupić ten prototyp.
Zapadła kłopotliwa cisza. Steve Works przestał bawić się gadżetem i spojrzał badawczo na młodego człowieka. Temperatura w pomieszczeniu momentalnie obniżyła się o kilka stopni.
- Jakiś problem?
- Eeeeee... Bo widzi pan, panie Works. Chciałem o tym powiedzieć na samym początku, ale...
- Półtora miliona dolarów za transfer technologii.
- Tak panie Works, ale niestety... Pan był niedostępny, a ja potrzebowałem szybko pieniędzy... Kiedy zdecydował się pan umówić na spotkanie, to ja... Znaczy...
- Znaczy co?!
- Znaczy - młodzieniec zamknął oczy, nabrał powietrza w płuca, sprężył się - Sprzedał to komu innemu. Na wyłączność! - wyrzucił z siebie, prawie wykrzykując ostatni wyraz.
- Co!?
- Sprze...dałem. Za piętnaście tysięcy dolarów.
- Komu?
- Chyba nie mogę powiedzieć.
- Komu!!!
- Kiedy naprawdę...
Steve Works przyjacielskim gestem położył dłoń na ramieniu rozmówcy.
- Daj spokój. Mnie możesz powiedzieć. Przecież i tak pewnie go znam. No? Komu?
- Więc... Gill Bates z Macrohard złożył mi propozycję... Proszę mnie zrozumieć, potrzebowałem pieniędzy, a pan był niedostępny...

_-¯ Balon z emocjami pękł, hormony wystrzeliły do żył, zagotowały system nerwowy i momentalnie zniknęły zostawiając uczucie zmęczenia. Starszy mężczyzna zgarbił się i oklapł, w jednej chwili zestarzał o kilkanaście lat.
- Nasza ostatnia szansa - powiedział jak gdyby do siebie - ostatnia szansa by uchronić Pear Inc. przed zniknięciem z rynku. Macrohard prawie nas pokonał, a teraz... mając EarPhone przejedzie po nas jak walec.
Works podszedł do biurka, cały czas trzymając chłopaka za ramię i ciągnąc go za sobą. Pokazał palcem kilka wyliczeń i wykresów.
- Widzisz, tam są symulacje i analizy rynku. Prognozy rozwoju firmy gdybyśmy mieli coś takiego jak EarPhone. Ale teraz - zgarnął papiery jednym ruchem i nadział na stojący obok monitora szpikulec na papiery.
- Przepraszam, panie Works, ale czy mogę już iść? - gość delikatnie próbował wyswobodzić swoje ramię. Bez skutku. Poczuł, jak przez ciało prezesa przebiega nagły skurcz. Uścisk na chwilę zelżał.
- Tak. Oczywiście. Ale wiesz co? Muszę ci jeszcze coś powiedzieć. Spójrz tutaj.
Chłopka podążył wzrokiem we wskazanym kierunku. Works zatrzymał palec na jednym z wykresów.
- To była prognoza wyjścia z kryzysu. Przetrwalibyśmy mając EarPhone, a to oznacza...
W ułamku sekundy Steve Works poderwał leżący na biurku kolec i z rozmachem wbił gościowi w oko, przytrzymując ramieniem miotające się ciało.
- To oznacza - cedził przez zęby wciskając metal coraz głębiej w mózg dygocącej w konwulsjach ofiary - to oznacza że ja muszę mieć EarPhone. Przykro mi.
Rozluźnił uścisk. Ciało runęło na ziemię. Nie było łomotu - odgłos upadku pochłonął miękki wyściełający gabinet dywan, teraz barwiący się ciemną czerwienią.
Works odetchnął kilka razy i wrócił za biurko. Sięgnął po telefon.

- Proszę połączyć mnie z dyrektorem technologiczny. Tak. Tak, mamy ten gadżet. Tak. Telefon. Bardzo... nowatorski. Nazwiemy go Ear...
Spojrzał na leżący na dywanie szpikulec, na końcu którego tkwiła jeszcze wyrwana z oczodołu gałka oczna.
- Nazwiemy go EyePhone.

 
Filmy o kotach 2009-05-11 23:01
 Oceń wpis
   
_-¯ Uwielbiam koty. Każdy z nich jest arystokratą zwierzęcego świata. Właśnie w tej chwili moja kotka wskoczyła mi na kolana i prawie niesłyszalnym mruknięciem dała do zrozumienia, że łaskawie pozwoli się poskrobać za uchem. Szczęście, że nie spojrzała na ekran - gdyby przeczytała że tytułuję ją ,,moja'' pewnie pękłaby ze śmiechu. Przecież to nie ona jest moja, tylko ja jestem jej - a ona pozwala mi mieszkać w domu który wybrała sobie na siedzibę.

_-¯ Zatem - dziś chciałem napisać o filmach o kotach. Wbrew pozorom jest ich więcej niż się wydaje - koty bowiem uwielbiają oglądać filmy o sobie. I tak zręcznie manipulują scenarzystą, producentem i reżyserem, że ni stąd ni zowąd okazuje się, że zamiast melodramatu, westernu czy ,,komedii młodzieżowej'' wychodzi film o kocie co chodził po płocie. Oto przykłady:
  1. Kot da Vinci - to historia o pewnej dziewczynce, sierotce z przedmieść Barcelony (tytułowa Vincia), która bardzo pragnie dostać na urodziny pluszowego misia. Jej pragnienie zostaje spełnione przez niepozornego dachowca z sąsiedztwa, którym Vincia się opiekuje
  2. Kot do stępu - to jeden z moich ulubionych filmów. Opowiada o zdolnym chakierze, który wychował bardzo zdolnego kota, potrafiącego łamać najbardziej wymyślne zabezpieczenia. Prawdziwym marzeniem chakiera jest jednak woltyżerka. Wraz ze swoim kotem staje do zawodów, nie wie jednak że zwierzę skrywa mroczną tajemnicę - nie potrafi przejść z galopu do stępu.
  3. Kot mej kury - dzieło to opowiada o prawie każdej istoty do miłości. Na farmie, wyglądającej na żywcem wyjętą z Orwellowskiego ,,Folwarku Zwierzęcego'', opuszczona przez rodzinę kura opiekuje się osieroconym kotkiem.
  4. Kot Bib Lee - film znany również pod oryginalnym tytułem ,,Bib 52 - the Cat'' to fantastycznonaukowa opowieść o przyszłości naszej planety. Jest rok 2198, na powierzchni Ziemi zniszczonej wojną jądrową przetrwały tylko zmutowane karaluchy. Nieliczne ocalałe koty zamieszkują podziemia zrujnowanych miast. Jeden z nich, Bib 52, wyrusza w przeszłość maszyną czasu z misją zapobieżenia katastrofie.
  5. Kot nie z Nany - ten mroczny thriller rozgrywa się prawie w całości w dusznych i klaustrofobicznych pomieszczeniach niewielkiego hotelu na przedmieściach Oregonu. W nocy, na skutek awarii systemów bezpieczeństwa w budynku zostaje uwięzionych kilkoro gości wraz z personelem. W oczekiwaniu na ratunek zaczynają ulegać śmiertelnym wypadkom. Kluczem do rozwiązania zagadki może okazać się powieść ,,Nana'' Emila Zoli, w której nie opisał on pewnego kota. Mocne kino.
  6. Szkszydlaty Szkot - lekka komedia o kocie który uwielbiał jeździć na rowerze, a przy tym miał wadę wymowy polegającą na mówieniu na początku każdego wyrazu głoski ,,sz''.
  7. Bojkot (1) - dramat obyczajowy o dachowcu z przedmieść Londynu cierpiącym na agorafobię, czyli lęk przestrzeni.
  8. Bojkot (2) - film powstały na fali popularności ekranizacji komiksów. W tym wypadku - o chłopcu pogryzionym przez radioaktywnego kota, który dzięki temu zyskał nadnaturalne zdolności (chłopiec, nie kot).
  9. Mas kotka? - film dla dzieci. Mały Marco jest dobrym duszkiem, który każde napotkane dziecko obdarza uroczym puszystym kociakiem. Oczywiście - tylko jeżeli brzdąc był grzeczny i do tej pory nie posiadał mruczusia.
  10. Da kota! - brutalna opowieść o działających w carskiej Rosji kozackich bojówkach odbierających chłopom koty.
  11. Podnieś, kot, lwicę - znany na całym świecie musical z Genem Kellym jako kotem na przepustce. Lwicę zagrała Kathryn Grayson.
_-¯ Moja kotka mruczy z aprobatą. Prosi, bym dopisał jeszcze jej ulubiony film, mianowicie kocie remake ,,Rambo'' z Sylwestrem Stallone. W dystrybucji dla kotów film nosi tytuł ,,WarKot''. Acha - i film ,,300'', który jednak z powodu szczupłości budżetu musiano przemianować na ,,100'', a co za tym idzie do obiegu wszedł jako ,,StuKot''. To tyle na dziś. Wiem, że jeżeli za chwilę nie udam się na spoczynek to moją instalację komputerową spotka niespodziewana awaria. Sechmet - moja kotka - nie mówi tego, ale widzę to w jej zielonych oczach. Chyba się jej posłucham...
 
Nowa dyrektywa KE 2009-04-25 18:21
 Oceń wpis
   
_-¯ W przyszłym roku wejdzie w życie dyrektywa Komisji Europejskiej dotycząca gromadzenia i składowania danych cyfrowych. Prace nad nią rozpoczęły się ponad pół roku temu, ale dopiero teraz informacja o tym przedostała się do opinii publicznej. W zamierzeniu Dyrektywa ma zastąpić dotychczasowe ustawy dotyczące monitorowania ruchu przez operatorów teleinformatycznych. Skąd jednak wzięło się zapotrzebowanie na nowe prawo?
- Przepisy o gromadzeniu i przechowywaniu danych dotyczących połączeń telefonicznych czy ruchu internetowego wzbudzały wiele kontrowersji - wyjaśnia komisarz Jacques Nigaud, przewodniczący komisji opracowującej dyrektywę - dlatego zdecydowaliśmy się je zastąpić dużo lepszym rozwiązaniem.
Z projektu nowych przepisów szczególnie cieszą się operatorzy, z których barków spada kosztowny obowiązek.
- Sam zakup sprzętu do rejestrowania połączeń kosztował nas 120 mln. euro - przyznaje przedstawiciel jednej z wiodących firm telekomunikacyjnych - a utrzymanie systemu to kwoty rzędu 20 mln. euro rocznie. Z radością przeznaczymy te pieniądze na inne cele.
Także organizacje proekologiczne będą zadowolone z nowych przepisów. Założyciel znanej na całym świecie fundacji Luck For Forrest, Holm Johnes od dawna zwracał uwagę na brak prawnego uregulowania kwestii odpadów informatycznych. Z badań organizacji wynika że od 1998 roku gwałtownie wzrasta na świecie liczba wycieków informacyjnych, zagrażających środowisku.
- W roku 2000 zanotowaliśmy ich siedemset pięćdziesiąt trzy, a cztery lata później było to już ponad osiem tysięcy! - alarmuje Johnes. - Dane z dysków, dyskietek czy starych CD-ROMów nie są poddawane żadnej utylizacji, a wyrzucane na śmietnik ulatniają się do atmosfery tworząc tzw. chmury obliczeniowe (cloud computing) rozbijające ekosystem. Większość gatunków, nawet tych które przystosowały się do działalności człowieka, nie potrafi sobie radzić z tym zagrożeniem.
- Nowa ustawa zajmie się również tą kwestią - uspokaja komisarz Nigaud.

_-¯ Projekt dyrektywy przewiduje wprowadzenie we wszystkich komputerach państw członkowskich nowego typu nośnika danych - WORM, czyli Write Once, Read Many. Do 2012 roku WORM ma być obowiązkowym nośnikiem na których składowane będą komponenty systemu operacyjnego, zaś po 2015 roku również wszystkie inne dane, gdyż nośniki innego typu zostaną zdelegalizowane. Choć kroki te wydają się dosyć radykalne Jacques Nigaud przekonuje że niosą ze sobą jedynie zalety.
- Po pierwsze pamięci typu WORM uniemożliwią skasowanie czegokolwiek, tak więc przestępcy nie będą mieli możliwości zatarcia śladów. Po drugie - cała historia działalności użytkownika będzie w sposób stały i nieusuwalny zapisana na jego komputerze, tak więc nie będzie potrzeby monitorowania jego aktywności w sieciach teleinformatycznych. Po trzecie - produkcja nośników będzie nadzorowana przez odpowiednią instytucję Komisji Europejskiej, zaś każdy użytkownik będzie otrzymywał przydział na odpowiednią liczbę nośników WORM, odpowiadającą jego potrzebom. Wymiana zużytych pamięci będzie możliwa zaś jedynie w momencie przekazania do utylizacji starych modułów, co automatycznie rozwiązuje problem recyklingu i informatycznej dewastacji środowiska.
Statystyki oparte na symulacji rozwoju nowej technologii wskazują, że po wejściu w życie dyrektywy liczba cyberprzestępst zmniejszy się o 47% w przeciągu pierwszych trzech lat i spadnie do 2.7% obecnej wartości po kolejnych dziesięciu.
- Nie możemy wykluczyć, że środowiska kryminalne wykorzystają obecnie dostępne na rynku typy nośników, dlatego już teraz bacznie monitorujemy zakupy dokonywane na tym rynku - informuje komisarz d/s walki z przestępczością cyfrową, Meglena Awunka.
Eksperci współpracujący z Komisją Europejską w ramach projektu zwracają również uwagę że wprowadzane rozwiązania zwiększą prywatność użytkowników komputerów.
- Do tej pory dane o ruchu sieciowym były składowane gdzieś w nieznanym użytkownikowi miejscu, na serwerach jego operatora teleinformatycznego. Teraz te dane będą składowane w jego własnym komputerze, tak więc jedynie od niego będzie zależało ich bezpieczeństwo. Takie rozwiązanie wydaje się być bardziej fair. Rozproszenie systemu nadzoru uodparnia też system również na wypadek ataku.

KE szacuje, że Dyrektywa przyniesie oszczędności rzędu 3 mld. euro rocznie.
źródło
SSAT/ChCh/
 
3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |


Najnowsze komentarze
 
2017-08-15 10:15
trust funds do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy nie potrzebujesz pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres jullietfinancialaid@yahoo.com,[...]
 
2017-08-14 16:27
Jerry Carl do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć, jestem pan Jerry Carl wierzyciel prywatnych pożyczek, a ja jestem tutaj, aby spełnić[...]
 
2017-08-11 16:19
jpodreglewski do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Przyjmę zlecenia informatyczne. Oferuję: #Dostęp do maili/portali/kont (hasła,loginy);[...]
 
2017-08-07 16:53
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 16:52
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 04:29
Rebecca Wendy do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jak uzyskałem pożądaną kwotę pożyczki z wiarygodnej firmy pożyczkowej[...]
 
2017-08-04 20:54
Sebastian012 do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witam, Nazywam się Sebastian. Chcę zeznawać dobrego pożyczającego pożyczkodawcę, który okazał[...]
 
2017-07-31 09:21
JULIET22 do wpisu:
Niedługo odziedziczę $20.5 miliona
Czy potrzebujesz prawdziwej pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl