czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Zimowa nostalgia 2010-11-30 21:34
 Oceń wpis
   
_-¯ Właśnie wracam z długiej wyprawy w świat mego dzieciństwa. Tak tak, droga młodzieży - tak kiedyś prezentowały się tzw. ,,mikrokomputery''. Cudo takie posiadało mikroprocesor pędzący z zawrotną prędkością 3.5MHz i całe 48KB RAMu. Przypatrzcie się jeszcze raz tym parametrom. Śmieszne? Zatem wejdźcie na www.zxspectrum.net i spróbujcie ,,z marszu'' pokonać komputer w ,,The Chess Player''. Pokierujcie krokami Bilbo Bagginsa w grze ,,The Hobbit'', podziwiając jednocześnie fantastyczne obrazy generowane w real-time. Pozachwycajcie się trójwymiarową grafiką w ,,3D Tanx''. Ponurkujcie w ,,Scuba dive''. Rozwalcie Obcego w ,,Alien 8''. Pochuligańcie w ,,Skool daze'' oraz w ,,Back to Skool''. Pozaganiajcie kosmiczne owce w ,,One Man And His Droid''. Przetrzepcie skórę wrogiemu agentowi w ,,Spy vs. Spy''. Porozkoszujcie się realizmem symulacji śmigłowca ,,Tomahawk''. Uratujcie wybrankę swego serca w ,,Zorro''. Zetnijcie przeciwnikowi łeb w ,,Barbarianie''. Zdobądźcie kosmiczną bazę w ,,Laser Squad''. Doceńcie kunsztowną muzykę w ,,Battle 1917''. Wspomóżcie Jamesa Bonda w ,,Licence To Kill''... Ufff...


_-¯ Zaś jeżeli przejdziecie już wszystkie gry - napiszcie swoją własną. Strona udostępnia Wam całe bogactwo Sinclair Basica. W sam raz by rozpocząć swoją przygodę z programowaniem. W sam raz, by nauczyć się jak zostać prawdziwym chakierem.
 
Podkładka 2010-11-14 14:39
 Oceń wpis
   

_-¯ Wszystko zaczęło się od nieumiejętnie postawionego kubka z kawą. Na śmierć zapomniałem, że ścieżką wiodącą przez moje krzesło, klawiaturę, podkładkę pod mysz, tajne przejście za monitorem i pasaż między biurkiem a parapetem chadza moja kotka Sechmet. Lubi od czasu do czasu usadowić się na parapecie i - w pozie sfinksa - z pobłażliwą obojętnością obserwować przez szybę nic nieznaczący, zaganiany świat ludzi. Pech chciał, że właśnie koło podkładki pod myszkę postawiłem swoją kawę i na chwilę odszedłem od komputera. Gdy wróciłem - kubek był przewrócony, zaś moja kawa, majestatycznie parując, rozlewała się coraz szerszą kałużą po blacie biurka. Z jednej strony, napotkawszy przeszkodę w postaci braku dalszej części blatu, rozpoczęła desant na podłogę. Z drugiej strony zaatakowała podkładkę i z pasją próbowała się przez nią przesączyć na drugą stronę. Na parapecie zaś siedziała Sechmet. Odwróciła na chwilę głowę od okna i rzuciła mi jedno, krótkie spojrzenie. Zrozumiałem przekaz: ,,zrób to jeszcze raz, a będziesz miał znacznie więcej sprzątania''. Cóż, errare humanum est, ale to się więcej nie powtórzy - obiecałem jej w myślach.

_-¯ Podłogę i blat biurka wytarłem raz dwa. Blat dodatkowo przetarłem jakimś środkiem do mebli i wypolerowałem do sucha. Zrobiłem tak, gdy Sechmet wracając ze swojej samotni na parapecie wkroczyła na biurko, zrobiła krok i... cofnęła łapkę. Usiadła i spojrzała na mnie. No tak. Niedokładnie, jeszcze wilgotno. Musiałem poprawić. Miałem tylko nadzieję, że nie skarci mnie ponownie.

_-¯ Został problem z podkładką. Nasączona kawą z cukrem raczej nie nadawała się do użytku. Próbowałem ratować sytuację wkładając ją do zmywarki, jednak tylko pogorszyłem sytuację. Delikatne materiałowe pokrycie częściowo odkleiło się i teraz zwisało smętnym strzępem. Cóż - chcąc, nie chcąc - musiałem kupić sobie nową.

_-¯ Na zakupy wybrałem się razem z Misią do tzw. Centrum Handlowego. Zawarliśmy układ - ja nie będę marudził w sklepie z butami, ona za to nie będzie mnie odciągać od półek z elektroniką i gadżetami. Wreszcie, po jakichś dwóch tygodniach (choć Misia twierdziła że minęły dopiero dwie minuty) udało mi się ją wyciągnąć z przymierzalni i raźnym krokiem pomaszerowaliśmy w kierunku sklepu ,,Nie (tylko) dla chakierów'', tam zaś bezbłędnie skierowałem się ku regałom z podkładkami na myszy. No i tutaj zaczął się kolejny problem:
- Którą wybrać? - spytałem Misi, gdyż jako kobieta dysponowała tzw. ,,kobiecą intuicją'', czyli nieznanym i niedostępnym mężczyznom modułem nieliniowego przetwarzania, potrafiącego się zadowolić niekompletnymi danymi wejściowymi lub brakiem jakichkolwiek danych w ogóle. Podkładek były tysiące, o wiele za dużo jak na prosty męski rozumek. Dawno nie kupowałem podkładek... Gdy robiłem to po raz ostatni właśnie upadł komunizm, a ja mogłem wybrać pomiędzy zieloną (choć Misia twierdziła, że była to turkusowa) a szarą (choć Misia twierdziła, że była to beżowa). Wybrałem zieloną. Ale teraz...

_-¯ Odrzuciłem propozycje nabycia podkładki przedstawiającej pluskające delfiny, galopujące konie, baraszkujące kocięta i pole słoneczników. Zagłębiałem się coraz mocniej w regały a mój mózg powoli przestawał funkcjonować. I w tej beznadziejnej, wydawałoby się, sytuacji nagle moim oczom ukazał się coś, co umożliwiło podjęcie wyboru w ułamku sekundy. Piękna, profilowana podkładka z żelowymi poduszeczkami pod nadgarstek, skutecznie eliminująca ryzyko wystąpienia zespołu cieśni nadgarstka! Marzenie każdego chakiera...
- Wezmę tę - zakomunikowałem.
Misia rzuciła okiem na mój wybór.
- Absolutnie się nie zgadzam!
- Dlaczego? Kochanie, to połączenie nowoczesności i ergonomii, popatrz tylko...
- Właśnie widzę. Nie będziesz kupował podkładki w kształcie babki z wystającymi cyckami.
- Ależ kochanie, ten model wydaje mi się idealnie dopasowany.
- To weź ten - Misia sięgnęła gdzieś i podała mi identyczną (na pozór) podkładkę, wyrażającą błękitne niebo z obłoczkami. Skrzywiłem się.
- No nie wiem - wyraziłem delikatny protest - ta tutaj wydaje mi się jakaś taka... gorsza.
- Jest dokładnie taka sama, tylko nadruk inny.
- Może w czymś pomóc? - jak spod ziemi wyrósł koło nas jakiś sprzedawca. Na szczęście - mężczyzna.
- Wie pan, gdyby miał pan do wyboru tę podkładkę z chmurkami i tamtą w kształcie... hmmm... modelki, to którą by...
- Tę drugą - odpowiedź padła nim skończyłem zadawać pytanie. Misia prychnęła.
- Przecież są identyczne - skontrowała.
- Szanowna pani, one są identyczne jedynie na pozór. Jaką państwo posiadają myszkę?
- Czarną - odpowiedziała.
- Optyczną - sprecyzowałem.
- No właśnie. Ta podkładka... z chmurkami... raczej nie nadaje się do myszek optycznych. Pani rozumie, faktura wzoru i... eeee... gradient kolorów... znaczy...
- Skarbie, chodzi o to że niebieski ze względu na swą niebieskość odbija głównie krótszy zakres fal świetlnych niż emitowane przez diodę czerwony, który z kolei ma niedaleko do różu jak... na tej... drugiej podkładce. Widzisz więc, że obiektywnie rzecz biorąc niebieskie tło... no... nie jest dobre.
- Poza tym pani zwróci uwagę, że tamta druga podkładka produkowana jest w 80% procentach z materiałów ekologicznych.
- Czyli sama widzisz. Musimy dbać o środowisko. Zresztą, kto tu kupuje? Ja czy ty? - podsumowałem, dyskretnie wsuwając podkładkę do koszyka.

_-¯ Podkładka sprawuje się wyśmienicie. Nawet Sachmet ją lubi, choć początkowo omijała ją lekkim skokiem. Tylko ja wciąż nie mogę się przyzwyczaić do widoku przepływających pod myszką obłoczków.

 
Śpiąca Królewna 2010-11-02 21:48
 Oceń wpis
   
_-¯ Spać - oznajmiłem, siadając wieczorem na krawędzi łóżka Charysi.
- Za chwilę, jeszcze nie skończyłam czytać - spróbowała odpędzić mnie mała.
- Skończyłaś - stwierdziłem, delikatnie acz stanowczo wyłuskując z rąk córki opasły tom ,,Algorytmów aproksymacyjnych''. Z dezaprobatą odłożyłem go na najniższą półkę nocnej szafki.
- Ale tato!
- Bez dyskusji. Jak chcesz, to opowiem ci bajkę o Śpiącej Królewnie.
- Nie chcę.
- Ależ chcesz. W telewizorze mówili, że to pomoże ci się rozwijać i wzmacnia rodzinne więzi. Więc posłuchaj: dawno, dawno temu...
- To znaczy kiedy?
- No... to znaczy dawno.
- Przed chwilą powiedziałeś, że ,,dawno, dawno''
- No bo ,,dawno, dawno''.
- Ile to jest dawno?
- To znaczy dawno! Chcesz słuchać, czy nie!?
- Nie.
- No to słuchaj. Dawno, dawno temu...
- Tato? A to ,,dawno'' to się sumuje czy mnoży? Bo gdyby się mnożyło, to byłaby to całkiem ciekawa koncepcja przestrzeni pięciowymiarowej, z dwoma niezależnymi osiami czasu...
Przeciągnąłem sobie ręką po twarzy i niezrażony ciągnąłem dalej.
- Jedno dawno temu, w *normalnej* (zaakcentowałem to słowo dobitnie) czasoprzestrzeni żyli sobie król i królowa, którym urodziła się śliczna córeczka. Bardzo się z tego faktu ucieszyli i wyprawili huczne chrzciny.
- Skoro urządzili chrzciny to wydaje mi się, że można by precyzyjniej określić ramy czasowe, prawda?
- Gdyż?
- Gdyż to musiało się dziać po narodzeniu Chrystusa. I zapewne nie w okresie wczesnego chrześcijaństwa, tylko później, skoro była to oficjalna religia w królestwie. Na pewno później niż za panowania Dioklecjana... Za Konstantyna?
- Nie wiem. Słuchaj. Wyprawili chrzciny. Zaproszono wielu znakomitych gości, a wśród nich - sześć dobrych wróżek.
- Chrześcijaństwo nie uznaje wróżb, więc to było ze strony rodziców co najmniej nierozsądne...
- Charysiu!
- Dobrze, już dobrze. Nie odzywam się. Tylko dlaczego ta bajka jest taka niespójna?
- Bo to bajka. Utwór dla dzieci. Nie musi być logiczny w każdym calu.
- Maksym Gorki mówił, że dla dzieci trzeba pisać tak jak dla dorosłych, tylko lepiej, wiesz?
- Wiem. Słuchaj. Każdy z gości przyniósł wspaniałe dary. Również wróżki. Pierwsza z nich podarowała jej urodę, druga - piękny głos, trzecia - wdzięk, czwarta - dobre serce, piąta - talent muzyczny... Zanim swój dar złożyła szósta, drzwi pałacu otworzyły się i wraz z lodowatymi podmuchami wiatru w komnacie pojawiła się Czarna Wróżka Złości. Była zła, że nie zaproszono ją na uroczystość.
- Nie zaproszono?
- Nie.
- To chyba król uczył się dyplomacji od naszego rządu...
- Nie przerywaj. Czarna Wróżka była wściekła. Szybko podeszła do kołyski maleństwa i rzekła:
- Ochrony też pogratulować...
- Powiedziałem: nie przerywaj. Rzekła: Ja też mam dar dla tego dziecka! Gdy skończy szesnaście lat, ukłuje się w palec wrzecionem i umrze! Ha ha ha ha! Po tej strasznej zapowiedzi zniknęła w kłębach gryzącego, czarnego dymu. Zapadła pełna grozy cisza, gdy wtem odezwała się szósta wróżka, która jeszcze nie złożyła swojego daru. Powiedziała: Nie mam dość mocy, by w całości odwrócić zły czar, jednak nie smućcie się. Królewna nie umrze, tylko zaśnie, a wraz z nią zaśnie całe królestwo, i będzie tak spać sto lat
- Czemu nie sto dwadzieścia osiem? Albo sto dwanaście?
- Sto dwanaście?
- To by ładnie korespondowało z tymi szesnastoma latami. W sumie - sto dwadzieścia osiem.
- W bajce jest mowa o stu latach!
- No fajnie. Na początku ,,dawno, dawno'' i nagle ni stąd ni zowąd taka precyzja.
- No dobrze. Wszyscy będą spać sto dwanaście...
- Może też być dwieście czterdzieści. I dziesiętnie będzie okrągło, i w sumie dwieście pięćdziesiąt sześć. Szesnaście do kwadratu. Do bajki pasuje jak ulał.
- ... będą spać dwieście czterdzieści lat, aż zjawi się piękny książę który odwróci zły czar pocałunkiem...
- Szkoda...
- Czemu szkoda?
- Sądziłam, że szósta wróżka da jej inteligencję.
- Ale wtedy nie można by odwrócić złego czaru!
- Można by, można. Wiem nawet jak.
- Cóż, król też wpadł na ten pomysł. Kazał spalić wszystkie wrzeciona.
- To nie jest dobry pomysł, założę się, że w tej bajce znalazło się jeszcze jedno wrzeciono którym królewna się ukłuła. Mam rację?
Westchnąłem ciężko i przytaknałem.
- Tak, zła wróżka zmieniła się w dniu szesnastych urodzin królewny w starą prządkę, zwabiła królewnę do zapomnianej komnaty w zapomnianej wieży i pokazała jej wrzeciono, zaś gdy ta zaciekawiona dotknęła go - ukłuła się w palec i umarła. Znaczy - zasnęła.
- Mówiłam, że głupi pomysł.
- No to słucham, jaki jest twój, panno mądralińska? - spytałem.
- To proste. Żeby ukłuć się wrzecionem w palec potrzeba dwóch rzeczy. Jednym jest wrzeciono. Jak widać na przykładzie - wszystkich wrzecion nie udało się znaleźć i wyeliminować. Trzeba było zatem pozbyć się czego innego.
- Czego?
- Palców królewny. Nie ma palców - nie ma ukłucia w palec. Proste, logiczne.
- Chciałabyś żeby królewnie ucięto palce?
- Wtedy szósta wróżka mogłaby dać jej inteligencję, a wtedy - kto wie - może rozwinęłaby chirurgię transplantacyjną na poziom który umożliwiłby przeszczep palców na powrót? Albo genetykę. Wtedy mogłaby wyhodować sobie nowe palce.
- Ale... ale nie można było tego zrobić!
- Dlaczego?
- Bo wtedy nie byłoby bajki o Śpiącej Królewnie, smarkulo! I nie mógłby przybyć piękny książę, by ją obudzić pocałunkiem! A w bajkach musi być królewna i piękny książę!
- No, tato, gratuluję logiki. Nie likwidujmy zarazków cholery, bo już wynaleźliśmy na nią lekarstwo...
- Cicho! Ja opowiadam tę bajkę i nie będzie ucinania królewnie palców! Zrozumiano?!
- Co się tam dzieje? Czemu tak krzyczycie? - zza drzwi sypialni ciekawie wyjrzała głowa Misi.
- Nic, nic. Kończę bajkę i bronię Śpiącej Królewny przed twoją córką, która chce jej amputować dłonie - rzuciłem sarkastycznie.
- I stopy tato, i stopy. Tam też są palce - sprecyzowała Charysia.
Zamknąłem oczy i szybko policzyłem do szesnastu milionów. Zrobiłem kilka głębokich wdechów.
- Królewna zasnęła. Spała sto lat. Cisza! STO CHOLERNYCH LAT! Przybył piękny książę, pokonał przeszkody, pocałował ją i wszyscy żyli długo i szczęśliwie! Dobranoc!
- Ale...
- Powiedziałem DOBRANOC! Spać!
Pstryknąłem nocną lampką i szybkim krokiem wyszedłem z sypialni. Niech no ja tylko znajdę tego drania, który w telewizji twierdził że opowiadanie dzieciom bajek cementuje rodzinne więzi...
 
Bicykl Hamiltona 2010-10-22 19:10
 Oceń wpis
   
_-¯ W dzisiejszym wpisie chciałbym przybliżyć P.T. Czytelnikom mało znaną klasę algorytmów, określanych jako ,,algorytmy a-moralne''. Ojcem tej dziedziny jest zapewne doskonale znana Państwu postać profesora Erwina Donalda Charapa, który szczegółowo opisał ją w swoim dziele ,,The Art of A-moral Computer Programming''. Miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w tworzeniu wspomnianej pozycji, a teraz - korzystając z nadarzającej się okazji - chciałbym rozpocząć cykl artykułów poświęconych właśnie a-moralistyce (jak w skrócie określa się algorytmikę a-moralną).

_-¯ Na wstępie kilka słów wyjaśnienia, czym właściwie są algorytmy a-moralne? Główną właściwością tej grupy algorytmów jest ich całkowita nieprzydatność do rozwiązywania danego problemu, czy nawet wręcz szkodliwość. Algorytmy a-moralne nie tylko nie prowadzą do rozwiązania zadania, ale wręcz to rozwiązanie utrudniają. Najprostszym przykładem takiego algorytmu jest ,,a-moral algorithm for optical character recognition'', z sukcesem wykorzystywany w systemach captcha.

captcha_banner

Umieszczony powyżej obrazek to przykład, jak zastosowany algorytm wpływa na postać danych wejściowych (oryginalny tekst znajduje się w nawiasach kwadratowych). Jak widać efektem działania jest nie tylko nie wyprodukowanie poprawnie rozpoznanego tekstu, ale jeszcze zmodyfikowanie danych wejściowych tak, by były możliwie nieużywalne dla innych systemów OCR. Jeden z najbardziej znanych algorytmów tego typu, znany pod nazwą CPW (od nazwisk twórców: Charap-Pratt-Whitney) nie tylko przekształca źródło danych, lecz dodatkowo wysyła obraźliwe e-maile lub stara się tak odcyfrować tekst by ułożyć obraźliwy wierszyk. Dla przykładu z powyższego obrazka zamiast spodziewanego słowa ,,captcha'' wyjściem był następujący tekst:

Na górze róże
Na dole fiołki
Charyzjusz Chakier
Jest głupi jak but i śmierdzi mu z butów!!!111jedenjedenjeden

Złożoność obliczeniowa algorytmu CPW wynosi O(n*log(k*n)), gdzie k jest liczbą słów generowanego wierszyka, zaś n stałą większą 1.5 raza od t, gdzie t jest czasem który użytkownik jest w stanie czekać na wyniki działania programu. Jak widać algorytm jest wysoce wydajny i prowadzi do irytacji zarówno samego użytkownika, jak i jego otoczenia. Jako ciekawostkę dodam fakt, że CPW często używa powtórzeń wyrazów w tej samej, lub w sąsiadujących frazach, w celu spotęgowania wrażenia - zatem zwrot ,,głupi jak but i śmierdzi mu z butów'' wcale nie jest przypadkowy, choć zapewne mniej wydajne algorytmy użyłyby ,,głupi jak but i śmierdzą mu stopy'', co jednak nie jest aż tak niedobre jak w przypadku CPW.

_-¯ Dzisiaj jednak chciałem omówić inny algorytm a-moralny, dotyczący znajdowania bicyklu Hamiltona w grafie. Na wejściu pojawia się spójny graf, zaś algorytm ma znaleźć w nim taki bicykl, na którym Hamilton byłby w stanie objechać wszystkie wierzchołki, odwiedzając każdy dokładnie jeden raz. Rozwinięciem problemu bicyklu Hamiltona jest bicykl komiwojażera, gdy dany jest skierowany graf ważony, zaś komiwojażer ma osiągnąć na swoim bicyklu czas nie gorszy od każdego innego osiągniętego przez Hamiltona na dowolnym znalezionym przez siebie bicyklu. Oczywiście nie należy również dopuścić do tego, by Hamilton wziął bicykl komiwojażera. Oto jak należałoby się do tego zabrać z punktu widzenia a-moralistyki:
1. Napisać algorytm który w pierwszym kroku kradnie pierwszy napotkany bicykl.
2. Używając tego bicyklu ucieka przed Hamiltonem, zachowując na n-tej krawędzi grafu prędkość co najmniej vn, które to vn jest minimalną prędkością potrzebną do przybycia do k-tego wierzchołka zanim Hamilton
osiągnie wierzchołek k-1. W k-tym wierzchołku algorytm porzuca bicykl spuściwszy z jego opon powietrze i kradnie następny.
3. Punkt drugi powtarzany jest tak długo, aż ze wszystkich opon wszystkich bicykli w grafie zostanie spuszczone powietrze.
Przykładem zastosowania w/w algorytmu było wprowadzenie go do komputerów teamu McLarena podczas treningu przed Grand Prix Japonii.
_-¯ Jak wspomniałem, rozwinięciem problemu poszukiwania bicyklu Hamiltona jest problem komiwojażera. Normalne rozwiązanie polega na wyznaczeniu bicyklu na którym komiwojażer w najkrótszym czasie przejedzie przez wszystkie miasta/wierzchołki grafu. Kiedy do problemu zastosowałem ,,a-moral algorithm for traveling salesman problem'' mój komputerowy komiwojażer najpierw zapomniał wziąć ze sobą towaru, potem udał się nie do tych miast które miał odwiedzić, na końcu zaś został napadnięty w pociągu przez szalikowców, pobity i okradziony. Nie tylko więc nie odwiedził żadnego z wyznaczonych punktów, ale również stracił cały dorobek życia (wirtualnego, ale jednak).

_-¯ Na szczęście istnieje prosta metoda posługiwania się algorytmami a-moralnymi tak, by służyły zamiast szkodzić. Wystarczy po prostu używać ich do rzeczy wręcz przeciwnych niż te, których dotyczą, np. ,,a-moral algorithm for picture distorting'' znakomicie nadaje się do rozpoznawania tekstów i obrazów. Ale o tym napiszę w kolejnym wpisie...

PS: Czytelników serdecznie zapraszam do zapoznania się z opowiadaniem Zgrzytanie, pierwszym fan-ficowym utworem o mnie :D
 
Długa droga... 2010-10-09 23:07
 Oceń wpis
   
_-¯ To będzie krótki wpis. Głównie chciałbym przeprosić za mą mizerną aktywność w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy, ale zaprzątał mnie SPOJ. Koniec-końców - udało mi się zanim minął rok dostać na szczyt rankingu (proszę szybko klikać, bo sytuacja tam jest bardzo płynna!), i gdyby nie te cholerne mrówki mógłbym spać spokojnie. A tak - jak tylko zamknę oczy, to zaczynam nosić pożywienie do kopca...
 
Raczej nie 2010-10-03 15:38
 Oceń wpis
   
_-¯ Przede mną stał porucznik ABC. Ten sam, który na moich oczach skonał po wypiciu kawy. Opanowałem się z najwyższym trudem. Co robić? Przecież wystarczyłoby tylko wyjąć kopertę z teczki... Może zdążę?
- Obawiam się, że nie - powiedział Haron, po czym wyciągnął z tylnej kieszeni spodni papierośnicę i zapalił. Oczywiście - zapalił papierosa, nie papierośnicę. Pudełko schował do kieszonki na piersi.
- Co ,,nie''? - nie zrozumiałem.
- Nie zdążysz. Poza tym - ten komputer nie jest do niczego podłączony. Przewidziałem każdy twój ruch, Charyzjuszu. Włącznie z tym, że teraz będziesz się zastanawiał czy zdążysz wklepać polecenia zanim do ciebie dobiegnę. Nie zdążysz. To właśnie miałem na myśli.
- Strasznie dużo gadasz - odgryzłem się, lecz wypadło to bardziej niż mizernie. Zaraz... W ułamku sekundy dopadłem do starego, czternastocalowego, kineskopowego, monochromatycznego, zakurzonego monitora, wyrwałem jego kabel sygnałowy i przytknąłem do skroni. Jednocześnie silnym uderzeniem odbiłem luminofor ze środkowej części ekranu. Teraz tylko odpowiednio zamodulować sygnał... Zadziałało. Przez dziurę w luminoforze wystrzeliła wiązka elektronów, trafiając Harona w pierś i wypalając w jego koszuli brzydką dziurę. Nawet się nie skrzywił.
- To też przewidziałem, chowając moją papierośnicę właśnie w tym miejscu - powiedział, przekładając lekko osmalone pudełko z powrotem do tylnej kieszeni spodni - Nie masz szans.
- Doprawdy? - spróbowałem zrobić dobrą minę do złej gry.
- Dokładnie tak. Jak widzisz - znam każdy twój ruch.
- Ja też znam każdy swój ruch, więc mamy remis - warknąłem, choć sytuacja robiła się coraz bardziej nieciekawa. Staliśmy naprzeciw siebie i mierzyliśmy się wzrokiem. Postanowiłem przerwać milczenie.
- Po co składaliście mi wizytę w domu?
Haron uśmiechnął się lekko.
- To chyba oczywiste. Chcieliśmy odzyskać kopertę - to byłaby szybka, czysta robota. Ja miałem zajmować ciebie rozmową, a dwaj moi agenci znaleźliby co trzeba. Niestety, głupio daliśmy się zaskoczyć twoim RSom.
Papuć i Bambosz! - przemknęło mi przez myśl - Och! A ja na nie nakrzyczałem... Cóż - by zwieść RSa nie wystarczy się przebrać w mundur agenta ABC i pokazać legitymację. Ja dałem się na to nabrać, one - nie.
- A po co ten numer z kawą?
- Och, standardowa procedura operacyjna. Gdybyśmy sobie po wszystkim ot - tak sobie, wyszli - na pewno miałbyś chęć potem porozmawiać z kimś z ABC na nasz temat i sprawa mogłaby się wydać. W momencie gdy upozorowaliśmy śmierć - trzymałbyś język za zębami. Nawet policja nabrała się na naszą sztuczkę z algorytmem zachłannym w kawie. A teraz - poproszę o teczkę. All your base are belong to us.
Nie miałem wyjścia. Podszedłem powoli i wręczyłem mu teczkę. Oparł ją o kolano i otworzył.
- Jest pusta!
Wzruszyłem ramionami.
- Prosiłeś o teczkę to dałem ci teczkę. Ale jak chcesz... - wyjąłem z kieszeni zmiętą chusteczkę higieniczną z planem serwerowni i wrzuciłem do środka - teraz już nie jest pusta.
- Gdzie koperta?!
- Na biurku - odpowiedziałem obojętnie.
- Proszę mi ją podać.
- A jeśli odmówię?
W jego dłoni nie wiadomo skąd pojawił się miotacz sygnałów.
- Wtedy będę musiał sobie ją wziąć sam.
Podałem mu kopertę.
- Też jest pusta!
- Mogę do niej przełożyć chusteczkę z teczki - zaproponowałem. Haron warknął, nie zrobiło to jednak na mnie żadnego wrażenia - Pan wybaczy, ale muszę zrobić swoją robotę - dodałem, podłączając na powrót kabel sygnałowy i sadowiąc się przed ekranem.
- Nie jest podłączony do sieci, już mówiłem - przypomniał.
- Żaden problem - odparłem, wyjmując z kieszeni niewielkich rozmiarów modem. Wetknąłem odpowiednie wtyczki - Już jest.
Za moimi plecami rozległ się cichy stuk, a zaraz po nim następny.
- Proszę się nie kłopotać - wyjaśniłem - wyjąłem iglicę.
- Cóż, byłem na to przygotowany. Mam drugi.
- Z drugiego też.
Ponowny stuk zamka świadczył o tym, że Haron nie uwierzył mi na słowo.
- Z trzeciego też - dodałem.
Za moimi plecami rozległ się ryk wściekłości. Cóż - z samego Harona Hytrego nie mogłem wyjąć iglicy, a wyglądało na to że zaraz rzuci się na mnie osobiście. Nie przerywałem jednak pracy do momentu gdy nie usłyszałem odgłosu uderzenia. Odwróciłem się na fotelu. Haron, miotając przekleństwa, odbijał się od niewidzialnej ściany.
- Transparentny firewall - wyjaśniłem. Mój przeciwnik skrzywił się lekko, po czym zamigotał i znikł. Pojawił się tuż przy mnie.
- Tunel HTTP - oznajmił i grzmotnął mnie na odlew. Chybił.
- 404 - zahihotałem. Niestety, drugi cios trafił w cel.
- 200 - skwitował, gdy gramoliłem się z podłogi. Odstąpił kilka kroków - zawsze noszę ze sobą zapasową iglicę, więc żegnam - powiedział wycelowując we mnie broń.
- Ściema...
- Jestem jak najbardziej poważny, niestety...
- Ja też - dodał aspirant Ściema, waląc Hytrego kolbą w kark. Strzał, oddany w tym samym momencie, musnął mnie o włos.
Wstałem i otrzepałem spodnie.
- Czemu tak późno? - spytałem, podczas gdy Ściema z Widmowskim skuwali Harona kajdankami.
- Ciężko się było wydostać z pańskiej piwnicy, panie Chakier...
- Cieszę się jednak, że się panom udało - powiedziałem oglądając z zainteresowaniem okrągłą dziurę wypaloną w monitorze. Taka sama mogłaby być i we mnie...
- Co z tym? - Widmowski kiwnął głową w stronę komputera.
- Już nic - odpowiedziałem naciskając Enter. Komputer zaszumiał dyskiem i wyłączył się. Odpiąłem modem i schowałem do kieszeni. Haron, leżąc na podłodze, pojękiwał cicho.
- Wie pan, kto go przysłał? - spytał Ściema.
- Wiem.
- Jego też przydałoby się zapakować za kratki.
- Obawiam się, że ten człowiek jest zbyt wysoko postawiony, chociaż... - zawiesiłem głos, gdyż na myśl przyszło mi pewne zabawne skojarzenie - ...zapakować... Czemu nie?
- Co ma pan na myśli?
- Niedługo się panowie dowiedzą - odparłem zagadkowo - A teraz przepraszam, ale mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia - pożegnałem się i wskoczyłem w sieć.

_-¯ Wielkie, dwuskrzydłowe drzwi odemknęły się bezszelestnie. Kobieta podeszła do okazałego biurka i pozostawiła na nim kopertę.
- Wiadomość - oznajmiła i wyszła.
Postać na fotelu sięgnęła po kopertę. Przez chwilę studiowała treść listu, po czym zmięła go w garści i ze złością cisnęła do kosza.
- Jeszcze cię dopadnę, Charyzjuszu! - wyszeptała przed siebie.
- Nie, raczej nie - szepnąłem zza oparcia i odpaliłem LZMA. Gotowy pakunek zaadresowałem i włożyłem do kuwetki z napisem ,,korespondencja wychodząca''. Miałem nadzieję, że inspektor Widmowski się ucieszy...

 
Chcę zostać miodożerem 2010-09-24 20:34
 Oceń wpis
   
_-¯ Wpis sponsorowany.

_-¯ W tym wpisie nie będzie ani słowa o Haronie Hytrym, inspektorze Widmowskim czy aspirancie Ściemie. Oczywiście jest to kłamstwo, gdyż właśnie o nich napisałem. Niemniej - dalsza część tekstu poświęcona będzie w całości recenzji książki Richarda Hammonda pod długaśnym tytułem Jak zostać arktycznym ninja i inne przygody z Evelem, Oliverem i wiceprezydentem Botswany. Zatem - do dzieła.

_-¯ Pierwszą rzeczą o której pomyślałem gdy otrzymałem estetycznie opakowany załącznik z PDFem było pytanie: kim do licha jest Richard Hammond? Zapewne czytając te słowa Blogomotive złapał się oburącz się za głowę i kilka razy z rozmachem uderzył nią w monitor. Cóż - nie każdy musi wiedzieć. Dzięki temu mogłem przystąpić do lektury ze zdrowym dystansem. Niestety - nie chciało mi się czytać, gdyż aktualnie zajmowałem się implementowaniem wydajnych algorytmów znajdowania minimalnego pokrycia wierzchołkowego w grafach. Terminy jednak nagliły, zatem napisałem sobie prosty program który za zadanie miał przeczytać książkę i wygenerować recenzję. Ja no końcu dopisałbym tylko zamaszystym pismem ,,Charyzjusz Chakier'' i voila. I wilk syty, i owca cała. Klepnąłem kilka linijek kodu, ustawiłem alarm który miał mnie poinformować o zakończeniu działania programu, po czym wróciłem do przerwanych czynności. To znaczy chciałem wrócić, lecz zanim oderwałem choć na kilka mikrometrów palec od klawisza [Enter] alarm zadzwonił. Zdziwiłem się. Już? Co prawda wymyślałem i implementowałem znakomite algorytmy AI, jednak nie sądziłem że ten zadziała aż tak szybko. Sprawdziłem zawartość katalogu - plik ,,recenzja.txt'' lśnił nowością. Zaciekawiony - wyświetliłem jego zawartość:

Recenzja książki

_-¯ Książka, którą przeczytałem była bardzo ciekawa. Właściwie była to jedna z najlepszych książek, które czytałem w życiu. Fascynujące przygody jej bohaterów na długie godziny wciągnęły mnie w lekturę. Pisarz operuje piórem z prawdziwym kunsztem, kreśląc nim barwny i interesujący świat w który zagłębiłem się z wielką przyjemnością. Polecam wszystkim tę niesamowitą pozycję, którą zapewne ,,połkniecie'' w całości za pierwszym podejściem, tak jak ja to zrobiłem.

Otworzyłem edytor i obniżyłem nieco wskaźnik słodyczy, zwiększając za to zmienną generowania objętości. Skompilowałem, uruchomiłem i ciekawie zajrzałem do środka:

Recenzja książki...

_-¯ ...choć może nazywanie tego czegoś ,,książką'' to jak nazwanie zebry rumakiem. Tak to niestety bywa, gdy tzw. ,,celebrities'' biorą się za wyciskanie dodatkowej kasy ze swej popularności i zlecają niedouczonym ghostwriterom pisanie książek o sobie. Zmuszałem się do czytania i płakałem, a szczęka bolała mnie coraz bardziej od ciągłego ziewania. Na stronie wydawnictwa które miało nieszczęście wypuścić ten (u)twór pozycja jest określana jako ,,świetna opowieść przygodowo-podróżnicza'', jednak jedyną podróżą którą odbędziecie przy jej lekturze będzie rychła wyprawa w objęcia Morfeusza. Ostrzegam wszystkich: trzymajcie się od tej ,,książki'' z daleka, chyba że potrzebujecie szybko końskiej dawki środka nasennego.

Skrzywiłem się, gdyż rezultat ciężko było uznać za zadowalający, ja zaś nie miałem ochoty na czytanie korespondencji od kancelarii adwokackiej (choć w sumie i tak dawno przekierowywałem tego typu korespondencję do Olgierda). Jeszcze raz przejrzałem program i zmodyfikowałem kilka parametrów. Tym razem recenzja nie pojawiła się od razu - program chrząkał, prychał i wzdychał, ja zaś po kilku minutach obserwowanie jego pracy wróciłem do swoich grafów. Kiedy wreszcie skończył z lekkim niepokojem obejrzałem wyniki jego pracy, jednak już po przeczytaniu kilku linijek odetchnąłem z ulgą. To było to:

Chcę zostać miodożerem.

_-¯ Dlaczego? Niewątpliwie dowiecie się tego gdy przeczytacie książkę Richarda Hammonda Jak zostać arktycznym ninja i inne przygody z Evelem, Oliverem i wiceprezydentem Botswany. Tytuł nawiązuje do trzech z czterech i pół opisanych przygód. Może to szkoda, a może bardzo dobrze - ale ani słowa nie ma w nim o historii (moim zdaniem) najlepszej. Historii, która nie wydarzyła się ani na arktycznym biegunie, ani na dnie słonego jeziora, ani w dżungli pełnej krokodyli, słoni i miodożerów. Akcja rozpoczyna się niecałe trzydzieści kilometrów od domu Hammonda i opowiada o wyczynie, którego w życiu nie spodziewałbym się po wymoczkowatym i cherlawym współprowadzącym programu Top Gear. Chapeau bas!
Ja bym skonał niecałe pięćset metrów od samochodu. W moich oczach Hammond został miodożerem.

_-¯ Pozostałe przygody nie wzbudziły we mnie aż takich emocji, choć nie powiem bym nie kibicował bohaterowi w karkołomnym wyścigu do bieguna północnego, w którym ścigał się psim zaprzęgiem z nowoczesną terenówką prowadzoną przez Clarksona. Tego właśnie dotyczy pierwsza część książki, otwierająca się rozdziałem ,,Jak zostać arktycznym ninja''. Rozdziałem, który początkowo trochę mnie zirytował. Ja rozumiem, że w ekipie Hammonda są sami cool kolesie, ale gdyby zachowywali się tak w barze w którym JA również bym przebywał to raczej byłbym mocno zniesmaczony. Również niektóre ,,cięte riposty'' (ze wskazaniem podrozdziału ,,Żółte niech pływa'') wywoływały u mnie raczej zażenowanie niż uśmiech. Ale może po prostu Anglicy tak mają?
Jako program człowiek nie interesujący się motoryzacją nie śledziłem w/w rywalizacji w programie Top Gear, zatem jej wynik był dla mnie niewiadomą aż do ostatniej strony. No dobrze - przesadziłem - prawie do ostatniej, gdyż autor sam nie wytrzymał stworzonego przez siebie napięcia i (moim zdaniem) przedwcześnie zdradził zakończenie. Panie Hammond! Nie wszyscy oglądają Top Gear!

_-¯ Kolejna relacja... Zresztą - nie będę się nadwyrężał, lecz przytoczę cytat który doskonale oddaje to czego miały dotyczyć opisywane wydarzenia. Wydaje mi się również, że większość normalnych kierowców podzieli poglądy prezentowane przez autora:

Właśnie kręciliśmy kolejny nieprzeciętnie ambitny odcinek programu Top Gear, w którym nasza trójka miała podjąć próbę pokonania – jak to dość romantycznie nazwał Jeremy – „kręgosłupa Afryki”, czyli Botswany. Chcieliśmy udowodnić mieszkańcom Surrey, że do odwożenia dzieci do szkoły oddalonej o trzy kilometry naprawdę nie potrzebują potężnej terenówki z napędem na cztery koła, o osiągach typowych dla pojazdu księżycowego i o mocy okrętu wojennego, tylko dlatego, że wynieśli się z Londynu i od czasu do czasu na drodze przed ich podmiejskim domem leży liść.

Moim zdaniem - nic dodać nic ująć. Zapewne nie zaspoileruję zbytnio gdy napiszę - tak, oczywiście, udało im się. W tej części również główny bohater spotyka wspominanego przeze mnie od czasu do czasu miodożera. Chce zostać miodożerem. Ja też chcę. W tej części - chyba najzabawniejszej z całej książki - rozbawiły mnie jeszcze dwie rzeczy. Pierwszą z nich było poszukiwanie w Afryce tygrysów, a drugą umieszczenie Ursuli Andress w Lotusie Espricie z Bonda pt. ,,Szpieg który mnie kochał''. Chociaż w tym drugim wypadku może po prostu autor puszczał do mnie oko?

_-¯ Trzecią część stanowi półtorej przygody o której wspomniałem wyżej. Pierwsze pół przeczytałem bez szczególnych emocji (może z wyjątkiem zadawania sobie pytania jak dużo trzeba było zapłacić urzędowi morskiemu by zgodził się na tego typu wyprawę). Za to pozostały fragment jest najlepszy z całej książki, więc nie napiszę o nim ani słowa więcej.

_-¯ Ostatni rozdział ,,Strzeżcie się bohaterów z dzieciństwa'' jest najbardziej stonowany - może dlatego, że opowiada o niezbyt wesołych rzeczach. Oczywiście nie wprost. No i kończy się w taki sam irytujący (dla mnie) sposób, w jaki rozpoczynał się ,,Jak zostać arktycznym ninja''. Chociaż, po głębszym przemyśleniu, dochodzę do wniosku że po dwóch, trzech piwach bawiłby mnie znakomicie.

_-¯ Teraz zaś proszę wybaczyć - idę pobiegać, gdyż chcę zostać miodożerem.
 
Do śmiechu 2010-09-17 21:22
 Oceń wpis
   
_-¯ Strumień pakietów niespiesznie podążał w kierunku głównego serwera, a ja wraz z nim. Nudę i monotonię podróży urozmaicałem sobie słuchając na CB-Radiu informacji o ruchu przede mną, za mną oraz w okolicach większych routerów. Niestety - nie działo się nic godnego zainteresowania. W zasadzie to powinienem się z tego cieszyć, ale zamiast tego odczuwałem jakiś wewnętrzny niepokój. Wszystko szło zbyt gładko... No, oczywiście jeżeli nie liczyć nagłego zejścia agentów ABC, ataku policji, przygody z destufferem czy też próby zlikwidowania mnie w porcie SMTP. Ech... gdybym dostawał grosz za każdym razem, kiedy ubrani na czarno podejrzani ludzie próbowali mnie zgładzić miotaczami sygnałów w porcie SMTP to teraz miałbym już... ze dwa grosze. Żeby chociaż jakiś przebiegły antywirus z zaawansowaną heurystyką, firewall z wyżarzającymi się regułami czy chociaż zwykły sieciowy samonaprowadzający się autodestruktor z odwrotnym algorytmem genetycznym... Tymczasem tutaj nie było nic. Pakiety sunęły monotonnie kołysząc się lekko na stykach przewodów i tylko od czasu do czasu pokonywane zakręty, powodujące lekkie przeciążenia, przypominały mi o tym że w ogóle się poruszam. Na szczęście po niedługim czasie dotarliśmy do konwertera światłowodowego. Wszystko dookoła rozciągnęło się w rozmazaną smugę i w mgnieniu oka byliśmy na miejscu.

_-¯ Ostrożnie wypełzłem rackiem 3U i delikatnie postawiłem stopę na podłodze serwerowni. Rozejrzałem się. Pomieszczenie nie różniło się od innych tego typu przybytków - jak okiem sięgnąć ciągnęły się rzędy błyskających lampkami szaf, a z każdej dobiegało niskie buczenie. Zastanawiałem się, gdzie też mógł znajdować się główny komputer. Ruszyłem w przypadkowym kierunku, ale po kilku krokach zakląłem cicho i zawróciłem. Teczka! O mały włos a byłbym o niej zapomniał! Sięgnąłem po nią, oparłem o krawędź jakiegoś switcha i odemknąłem. Sprawdziłem czy wszystko jest na miejscu. Było. Zatrzasnąłem wieko, ale tym razem postanowiłem nie kontynuować poszukiwań na ślepo. Co to za chakier, co pałęta się bez celu po serwerowni? To byłoby dobre dla jakichś bezmózgich botów lub skanerów, ale nie dla mnie. Pogmerałem chwilę w kieszeni i wydobyłem lekko sfatygowaną chusteczkę higieniczną. Rozprostowałem, po czym zaginając w odpowiednich miejscach złożyłem ją w autoryzowanego klienta SNMP. Wepchnąłem ją do jakiegoś starszego serwera przez szczelinę stacji dyskietek. Poczekałem kilka sekund, wyciągnąłem, rozłożyłem i delikatnie zaczerniłem końcem ołówka. Po chwili moim oczom ukazał się kompletny plan serwerowni, stworzony delikatnymi liniami wgnieceń wykonanych przez głowicę napędu. Moją uwagę przyciągnął komputer stojący w odosobnieniu od innych. Złożyłem plan, schowałem do kieszeni i ruszyłem w kierunku samotnej maszyny.

_-¯ We włazie magistrali CAN pojawiali się kolejni funkcjonariusze. Wychodzili z piwnicy i mrużyli odwykłe od widoku dziennego światła oczy. Komisarz prowadzący całą akcję odhaczał kolejne numery w notesie.
- To już wszyscy? - zdziwił się, gdy któryś z jego podwładnych zasunął klapę.
- Tak jest.
- Brakuje kilku... - postukał końcem pisaka w kartkę.
- Ten który dzwonił mówił, że dwóch zeżarło, panie komisarzu.
- Wiem, ale mi brakuj czterech... Wiecie, których zeżarło?
Spytany podszedł i wskazał dwie pozycje. Komisarz przy każdej postawił duży znak X. Starał się bardzo, by był to właśnie X. Nie chciał przy nich stawiać po prostu krzyżyka... Spojrzał na dwa pozostałe nazwiska.
- Widmowski, inspektor. I aspirant Ściema... Gdzie mieli być?
- Tu w piwnicy panie komisarzu.
- Może ich też zażarło?
- Nie wydaje mi się. To byli doświadczeni funkcjonariusze. A ten cały... jak mu tam... Chakier... Chyba nie miał powodu, żeby kłamać?
Komisarz wzruszył ramionami. Może miał powód, a może nie? W sumie nie miało to teraz znaczenia.

_-¯ Rząd szaf urwał się nagle jak ucięty nożem. Dalszą część pomieszczenia wypełniała zupełnie pusta posadzka. Jedynie pod przeciwległą ścianą stało samotne biurko, a na nim niewielkich rozmiarów czarny desktop ze starym, czternastocalowym, kineskopowym, monochromatycznym, zakurzonym monitorem. W sumie zdziwiłem się ile przymiotników potrafił zgromadzić ten monitor, podczas gdy większość jego współczesnych odpowiedników nie potrafiła o sobie powiedzieć nic więcej poza ,,płaski''.
Przystanąłem na krawędzi serwerowych szaf jak dzikie zwierzę czujące opór przed wyjściem z lasu. Odetchnąłem kilka razy. W sumie wystarczyło teraz tylko usiąść przy konsoli, wklepać ciąg poleceń z teczki i zwiewać. Reszta miała dokonać się sama. Zamknąłem oczy i postanowiłem wyobrazić sobie moment za pięć minut od teraz. Kiedy będę już wracał do siebie, a zadanie zostanie wykonane. Westchnąłem jeszcze raz i ruszyłem przed siebie.
Przy biurku nie było krzesła, ale jako chakier z wieloletnim doświadczeniem przywykłem do pracy na stojąco. Często roboty bywało tyle, że nie starczało czasu na ruch odsuń-krzesło-usiądź-przysuń-krzesło. Zerknąłem na monitor - jego dioda zasilania błyskała na bursztynowo. Sięgnąłem do klawiatury i nacisnąłem Shift. Komputer, wyrwany ze stanu uśpienia, zaszumiał nieco głośniej, a kineskop zatrzeszczał lekko gdy zaspana katoda znów zaczęła trzepać w niego wiązką elektronów. Otworzyłem teczkę i sięgnąłem do wnętrza po kopertę. Zanim ją jednak otworzyłem usłyszałem coś za plecami. Był to stuk podkutych butów.
Odwróciłem się powoli i spojrzałem na człowieka który stał, tak jak ja przed chwilą, na granicy serwerowych szaf. Widok jego twarzy sprawił, że na moment przestałem oddychać. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Haron Hytry, do usług -przedstawił się - Może kawy?
Roześmiał się, ale mnie w tym momencie wcale nie było do śmiechu.
 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |


Najnowsze komentarze
 
2017-12-13 09:43
Tatti do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Gdyby ktoś zalogować się na moim koncie gg w danej chwili to czy ja z innego aparatu mogła bym[...]
 
2017-11-25 19:36
cleatus do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Are you in dept? Have you been denied of loan from Bank? Or do you need a loan to pay off[...]
 
2017-11-24 14:21
fernan tina do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy myślisz o uzyskaniu pożyczki? Czy potrzebujesz pilnej pożyczki, aby założyć własną firmę?[...]
 
2017-11-24 14:10
fernan tina do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy myślisz o uzyskaniu pożyczki? Czy potrzebujesz pilnej pożyczki, aby założyć własną firmę?[...]
 
2017-11-24 00:57
trust funds do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Dzień dobry, drogi panie / pani czy potrzebujesz pożyczki na Boże Narodzenie? czy potrzebujesz[...]
 
2017-11-15 05:19
ElenaNino do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Drogi Pożyczyć Poszukiwacze!! Masz jakiekolwiek trudności finansowe? Czy chcesz założyć[...]
 
2017-11-12 23:16
Laura Silos do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witajcie, moi dobrzy ludzie z Warszawy, nazywam się silosami Laury i przyjechałem stąd w[...]
 
2017-11-07 14:16
MRS VALICIA RENE do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć Ukochani ludzie, Jestem dyrektorem generalnym MRS VALICIA RENE Loan Company i chcę wam[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl