czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
XXI wiek 2010-03-29 21:37
 Oceń wpis
   
_-¯ Uwaga: Wpis nie jest przeznaczony dla ludzi starszych ze względu na występujące w nim niecenzuralne wyrażenia. Ludzi młodych nie ostrzegam, gdyż na co dzień operują znacznie barwniejszym językiem.

_-¯ Właśnie ku końcowi zbliża się pierwszy kwartał ostatniego roku pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia. Wymyślenie tego zdania zajęło mi dobre pół godziny, ale byłem z niego niezwykle zadowolony. Bo proszę spojrzeć: jest, że i ,,ku końcowi'', i że ,,pierwszy'' (nawet dwa razy, w rodzaju męskim i żeńskim), i że ,,trzecie'' (rodzaj nijaki!), i że ,,ostatni''. Na dokładkę ramy czasowe rozciągnięte od marnych kilkudziesięciu dni (kwartał), poprzez lata (dekada) aż do dziesiątki wieków (tysiąclecie). Majstersztyk. Nic, tylko wyuczyć się na pamięć i brylować przy wielkanocnym stole, oczywiście po drobnych modyfikacjach (że niby nie zbliża się ku końcowi, ale właśnie się skończył), zaś przy odrobinie dobrej woli i niewielkiej ilości inwencji można by takim bon motem opędzić nawet cały kwiecień. No, ale nie o tym miałem pisać.
_-¯ Od dobrych kilku lat mamy dwudziesty pierwszy wiek. W większości czytanych w dzieciństwie powieści popularnonaukowych dwudziesty pierwszy wiek miał być triumfem człowieka nad kosmiczną przestrzenią. Bazy na Księżycu, hotele na Marsie, wczasy na orbicie Wenus. To wszystko miało być w zasięgu ręki. Niewielu pisarzy odważało się lokować swoich bohaterów w bardziej odległej przyszłości, zresztą - po cóż? Człowiek z coraz większą zawziętością skrobał coraz to odleglejsze orbity okołoziemskie. Otwarty kosmos wydawał się tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki. Do ,,załatwienia'' zostawały tylko nieistotne problemy natury technicznej, typu co w tej przestrzeni jeść, gdzie chodzić na stronę, czym oddychać i skąd brać paliwo do rakiet. Tę ostatnią kwestię załatwiano w miarę sprawnie i elegancko za pomocą bliżej nieokreślonych reaktorów atomowych, które miały być źródłem prawie-że-niewyczerpanej ilości energii, a co za tym idzie również rakietowego ciągu. A za takim reaktorem zawsze przecież można było sobie schować pudełko z kanapkami i rolkę papieru.
_-¯ Niestety, gdy rozejrzymy się dookoła nigdzie nie odnajdziemy reklam biur kosmicznych podróży. Przyszłość jak zwykle i po raz kolejny zaskoczyła prawie wszystkich. Loty na Księżyc (jeżeli były) się skończyły, międzynarodowa stacja orbitalna Mir trzepnęła w Ocean Spokojny w okolicach wyspy Fidżi, Amerykanie stracili kilka kosmicznych promów wraz z załogami. Dwudziesty pierwszy wiek nastał wraz z pierwszym stycznia 2001 roku. Wyjrzałem wtedy przez okno i - uwierzcie mi - świat wyglądał cały czas tak samo, jak przedtem.
_-¯ Jednak jest coś, co odróżnia dzień dzisiejszy od dnia sprzed kilku lat. To technologia informatyczna i telekomunikacyjna. We wspomnianych wcześniej powieściach science-fiction wśród opisów zaawansowanych technologii przyszłości znajdowały się takie cudeńka, jak mobilne telefony. W powieściach niezbyt wybiegających w przyszłość (jak np. w serii z Jamesem Bondem) te fenomeny nowoczesności były wbudowane np. w panel kierowcy samochodu. W bardziej rozbuchanych fantazjach (np. Star Trek) były to personale komunikatory, które po krótkim zaświergoleniu łączyły prawie-że-natychmiast z dowolnym posiadaczem innego cudeńka tego typu. Mnie, mieszkańcowi bloku państw wiecznej szczęśliwości pod przewodnictwem związku wiadomojakich republik walczących o pokój, dobrobyt i tak dalej, każda wzmianka tego typu wydawała się bardziej fiction niż jakiekolwiek podróże na Marsa. W końcu telefon obiecano moim rodzicom doprowadzić w terminie dwakroć odleglejszym niż niedawny lot wrażych wyzyskiwaczy na srebrny glob. A teraz - proszę. Jedna komórka leży na wyciągnięcie ręki. Druga, starsza, podarowana Charrisonowi kurzy się gdzieś na jego biurku. Charysia nawet nie zaczęła się bawić swoim telefonikiem (otrzymanym po Misi). Spoczywająca w szufladzie komody technologia kilka lat temu spowodowałaby opad szczeny inżynierów elektroników na całym świecie. Teraz jest tylko kupką zabierających miejsce elektroodpadów, których moje nazbyt aktywne sumienie nie pozwala mi szmyrnąć do kosza, by spokojnie pouwalniały wszystkie ciężkie metale z dala od mojego domu, gdzieś na wysypisku.
_-¯ Inną rzeczą jest moc obliczeniowa drzemiąca w tych do-niedawna-cudeńkach, zapewne większa niż niejednego akademickiego ośrodka obliczeniowego pod koniec lat osiemdziesiątych. Gigabajty danych, zajmujące kiedyś hektary szaf z taśmami, dostępne są teraz zamknięte w niepozornej kostce. Zapewne za kilka lat, gdy będę czytał ten tekst - pęknę ze śmiechu. Gigabajty danych? Cóż można było umieścić w tak niewyobrażalnie małym skrawku pamięci? Listę telefonów do pięciu znajomych?
_-¯ Wszystkie te rozmyślania dopadły mnie, gdy w niedzielny wieczór wracałem z towarzyskiego spotkania z kumplami. Kroczyłem niespiesznie po nierównym chodniku, starając się nie stawiać stóp na pęknięciach płyt. Przy świetle latarń było to dosyć proste, jednak tych świecących była przy ulicy zdecydowana mniejszość. Większość stanowiły ginące w mroku ciemne słupy, od czasu do czasu tylko rzężące starterem sodowej żarówki.
- E, ty kurwa! - dobiegło mnie ze smugi cienia którą właśnie mijałem. Nie zareagowałem, gdyż nie określałem siebie mianem osoby wymienionej w zawołaniu. Wołający jednak postanowił koniecznie zwrócić moją uwagę, bo po chwili poczułem szarpnięcie za ramię. Odwróciłem się i przekląłem w duchu małą precyzję języka polskiego, gdyż okazało się że nie był to żaden ,,ten wołający'' ale raczej ,,ci wołający''. Po cholerę mieć jedną z najbardziej skomplikowanych na świecie gramatyk, skoro i tak potem sensu zdania trzeba się doszukiwać w jego kontekście? Nie dane mi było jednak kontynuować moich rozważań.
- Gdzie idziesz, kurwa? - usłyszałem.
- Nie pański interes - odpowiedziałem kulturalnie i otrzymałem celnie wyprowadzony cios w szczękę, a zaraz potem w ciemię. Zachwiałem się i przyklęknąłem na jedno kolano.
- Wyskakuj z komórki - usłyszałem, zaś zaraz potem, niczym znak interpunkcyjny, nadleciał but który ugodził mnie w w brzuch. Zwinąłem się w kłębek i zwaliłem na bok. Nieznajomi wprawnie i szybko obszukali mnie, pozbawiając portfela, dokumentów i telefonu. Zaśmiałem się w duchu. Głupcy! Nie dane im będzie nacieszyć się tym majstersztykiem nowoczesnej elektroniki! Z pewnych źródeł wiedziałem, że najdalej za dwa miesiące ma zostać wypuszczony nowszy model! Z tą ostatnią myślą mściwej satysfakcji straciłem przytomność.

_-¯ Ze szpitala mam wyjść jutro, z czego bardzo się cieszę. Przekonałem się bowiem, że termin ,,bezpłatna'' którym określana jest służba zdrowia oznacza mniej więcej tyle, że jej pracownikom marnie płacą, ci zaś w związku z tym mają w dupie swoje obowiązki. Aha, otrzymałem również pismo z policji, że sprawę umorzono z powodu nie wykrycia sprawców. To jednak jest pocieszające, że choć świat w szaleńczym tempie pędzi do przodu, to pewne sprawy jednak pozostają niezmienne...
 
 Oceń wpis
   
_-¯ Firma Texas Instruments jest doskonale znana większości światowej sławy chakierów (w tym, oczywiście, mnie). Stało się tak za sprawą jednego z produktów tej firmy - programowalnego, graficznego kalkulatora TI-84 Plus. Urządzenie to, na skutek fatalnego błędu (!) jego projektantów, stało się ulubioną chakierską zabawką, a tym samym - sennym koszmarem administratorów. A wszystko przez niewinnie wyglądający port USB...

_-¯ Zapewne wszyscy czytający tego bloga wiedzą, że chipy USB występują w dwóch odmianach: hosty oraz device'y (po polsku: hosty oraz diwajsy). Kości pierwszego rodzaju montowane są w komputerach, w układy drugiego typu wyposaża się wszelkiego rodzaju urządzenia do tych komputerów podłączane: pendraki, czytniki kart pamięci, kamery, aparaty cyfrowe, itd. itp. Również TI-84 Plus miał być wyposażony w układ, który umożliwiałby "widzenie" kalkulatora z poziomu komputera. Niestety (a może, z punktu widzenia mnie jako chakiera: stety) konstruktorzy poszli krok dalej. Zapragnęli by ich cyfrowe cudeńko było równorzędnym partnerem w komunikacji. Takim samym, co podłączony do niego blaszany pecet. Tak tak, inżynierowie z Texas Instruments nigdy nie mówili o podłączaniu kalkulatora do peceta, tylko peceta do kalkulatora. Ta nieco rozbuchana ambicja stała się powodem, dla którego kilka miesięcy później całą serię urządzeń w panice wycofano z rynku na polecenie Biura Federalnego Stanów Zjednoczonych. Okazało się bowiem, że tak jak podłączając pendraka czy aparat fotograficzny do komputera można z pełną swobodą przeglądać jego (pendraka lub aparatu) zawartość, tak podłączając (stosując nomenklaturę twórców z TI) peceta do kalkulatora można było (z pominięciem mechanizmów zabezpieczających na poziomie sesji użytkownika) z poziomu kalkulatora operować na pełnym zestawie danych dostępnych na komputerze. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

_-¯ Dokładnie w dwa tygodnie po wypuszczenia pierwszego egzemplarza TI-84 Plus na serwerach grupy THC pojawiła się pierwsza wersja osławionego Password Stealera. Korzystając z nieograniczonego dostępu do zasobów dowolnego komputera powolutku (kalkulator "zasilany" był procesorem Z-80) ale nieubłaganie rozszyfrowywał hasła poszczególnych użytkowników. Kilka dni później została wypuszczona kolejna wersja, w której wykorzystano sprytną sztuczkę i - posiłkując się portem USB - wykorzystywano również moc atakowanej maszyny, zlecając jej łamanie jej własnych haseł. Ostatnia wersja, oznaczona numerkiem 6.75, korzysta również z historii klawiatury, więc przy odrobinie szczęścia potrafi wydobyć hasło z logów, po prostu odtwarzając kolejne naciśnięcia klawiszy logującego się użytkownika.

_-¯ Dla wszystkich niedowiarków: jak to się robi w Chicago:

 
Feerie, cz. VI 2010-03-10 21:53
 Oceń wpis
   
_-¯ Siedzieliśmy z Wielomysłem w pubie, stopniowo zmniejszając zawartość krwi w alkoholu.
- I co dalej? - spytał, bacznie przyglądając się kropli wody spływającej po ściance swojego kufla.
- Dalej to już normalnie. Zostaliśmy odhibernowani, uciekliśmy z jaskini...
- Z jakiej znowu jaskini?
- Z jakiej? Nie wiem. Nie znam się na jaskiniach. Może to była grota? Albo jama? Taka była... hmmm... skalno-ziemna. I na podłodze było dużo liści, przywalonych niedźwiedziem.
- Aha... Czyli z normalnej - Wielomysł skinął głową i pociągnął długi łyk. Po chwili jednak zakrztusił się, prychnął, po czym - gdy skończył się atak kaszlu - spytał:
- Z jakim znowu niedźwiedziem?
- No dałbyś już spokój z tymi pytaniami. Jakbym nie z fizykiem rozmawiał, tylko z grotołazem albo zoologiem... ,,z jakiej jaskini?'', ,,z jakim niedźwiedziem?''. Na niedźwiedziach też się nie znam, ale w Polsce chyba żyje tylko jeden gatunek: niedźwiedzie brunatne. Tak więc odpowiedź na twoje pytanie brzmi: niedźwiedziem brunatnym.
- Ale co ty robiłeś w jaskini z niedźwiedziem?
- Nic z nim nie robiłem. Za to on miał pewnie konkretne plany co do mnie.
- Chciał cię pożreć?
- Gdzie tam... - żachnąłem się, co przyszło mi z niejakim trudem, gdyż dawno temu się nie żachałem i wyszedłem z wpraw - To był jeden z tych, wiesz, niedźwiedzi-ekologów.
- ??? - Wielomysł zamienił się w trzy znaki zapytania - Mógłbyś opowiedzieć po kolei?
- No dobrze - westchnąłem, dopiłem swoje piwo, zamówiłem następną kolejkę i przystąpiłem do wyjaśnień.
- Leżeliśmy zahibernowani w komputerze na ścieżce do następnego ranka. Zgodnie z moimi przypuszczeniami niedługo na szlaku pojawił się ktoś, kto mógł nas odhibernować. Pech chciał, że był to właśnie niedźwiedź-ekolog.
- Dlaczego ekolog?
- Bo najwyraźniej uwierzył w globalne ocieplenie i pałętał się zimą po górach, zamiast - jak wszystkie grzeczne misie - spać. Zabrał laptopa i zatargał do swojej jaskini. Tam go włączył. Na szczęście dla nas akurat nadszedł czas sprawdzania systemu plików, tak więc misiek - nie doczekawszy się na start systemu - uderzył w kimono. Po kilku minutach sprzęt skończył się bootować, my zaś znaleźliśmy się w jaskini z liśćmi i niedźwiedziem na podłodze.
- Zaraz zaraz, coś mi tu nie pasuje - zaprotestował Wielomysł - Coś tu nie gra... Po cholerę niedźwiedź zabierał laptopa do jaskini, i po co go włączał?
- Kto by tam zrozumiał ekologów - wzruszyłem ramionami - A wiesz, że ta cała zima to właśnie przez takie niedźwiedzie?
- Jak to?
- Tak to. Przypomnij sobie pewien fakt z jesieni zeszłego roku. Podpowiem ci, że chodziło o oświetlenie...
- Zakaz produkcji żarówek żarowych o mocy większej lub równej stu watom?
- Bingo.
- No i niby ta zima to właśnie przez te żarówki? Charyzjusz, nie bądź śmieszny...
- Pomyśl, przyjacielu. Do tej pory zimy były łagodne. Wiesz dlaczego? Bo ludzie używali stuwatówek!
- Ale...
- Żadne ale. Wszystko to dokładnie wyliczyłem - zanurzyłem palec w piwie i zacząłem kreślić na blacie moje wyliczenia - Zima. Zmrok zapada szybko, więc ludzie zapalają światła. Kilkanaście milionów gospodarstw, w każdym kilka żarówek o dużej mocy, ale małej sprawności. Większość energii, zamiast w światło, zamieniają w?
- W ciepło.
- Właśnie. Więc wyobraź sobie że przez całą zimę kilkanaście milionów gospodarstw noc w noc podgrzewa terytorium Polski mocą kilku milionów kilowatów. Każdej nocy odpychano zimę energią kilku gigadżuli. I teraz wyobraź sobie, że na mocy urzędniczego dekretu każdy musi zastąpić przepaloną setkę żarówką kilku- lub kilkunastowatową. Ilość ciepła zmniejsza się drastycznie, zimne, arktyczne fronty nie mają problemu z dotarciem aż pod Tatry i voila. Mamy zimę tysiąclecia.
- Tysiąclecia?
- A w tym tysiącleciu zdarzyła się surowsza i bardziej śnieżna zima?
- Noooo... nie - przyznał mi rację.
- Sam widzisz. A wszystko przez niedźwiedzie.
Wielomysł jednak nadal nie był do końca przekonany.
- Nie możesz wszystkiego zwalać na misie...
- Mogę, mogę... Wszyscy w internecie od dawna tak robią. Jak jakiś serwis nie działa to albo przez MiSIE albo przez brak MiSIE.
- Dobra, dobra. Ale wracając do tego co opowiadałeś - jak wydostałeś się z jaskini?
- Normalnie, wejściem.
- A nie wyjściem?
Poskrobałem się po głowie.
- Możliwe. Tak więc misiek kimał, a my z Misią i dzieciakami - w nogi. Tak żeśmy wiali, że nawet laptopa zapomniałem.
- Ale dlaczego? Może to był niegroźny miś. Wegetarianin.
- Wegetarianie nie piszą na ścianach swoich domostw ,,Kill all humans''. A tam takich napisów było pełno...
- Może to jacyś chuligani napisali... albo kibice?
- No co ty? To napisał ten zwierzak. Poznałem po charakterze pisma.
- Uhm... - Wielomysł pokiwał głową, po czym się zamyślił nad czymś głęboko - A jak trafiliście z powrotem do siebie?
- Misia przypomniała sobie że spakowała Charrisonowi trochę internetu do plecaka. Z jego pomocą ustaliliśmy swoje położenie...
- Jak?
- Stopiłem trochę śniegu do kubka od termosu. Internet, położony na wodzie, zawsze obraca się niebieskim końcem w stronę najbliższego nadajnika Wi-Fi. Zrobiliśmy ten pomiar z kilku punktów, potem prosta triangulacja...
- Ale musiałeś znać położenie nadajnika... A właściwie co najmniej dwóch, a najlepiej trzech, bo dwa nadajniki dawałyby...
- Oj, daj spokój szczegółom. Mam w portfelu zapisane położenia wszystkich nadajników w kraju, więc to nie był problem... Tak więc dostaliśmy się w zasięg nadajnika, połączyłem się z siecią...
- Przecież nie miałeś laptopa...
Spojrzałem na kolegę wymownie, tak że po chwili zorientował się, że palnął głupstwo. Od kiedy to ja, Chakier, potrzebowałem do połączenia z siecią laptopa? Dopiłem swoje piwo.
- No i tak żeśmy wrócili... - zakończyłem, podnosząc się niechętnie z barowego stołka - No, muszę lecieć, Misia się będzie niepokoić...

_-¯ Po cichu wśliznąłem się do sypialni. Miło było znów spędzić noc we własnym łóżku. Misia nie spała. Przyświecając sobie nocną lampką przeglądała jakieś foldery. Na jednym z nich dostrzegłem napis ,,Wymarzone Wakacje''.
- A może byśmy pojechali do Krynicy Morskiej? - spytała, gdy układałem się obok na poduszce.
- Oczywiście, Skarbie - odpowiedziałem machinalnie, zaś mój Intuicyjny Detektor Zagrożeń, taszcząc swoje walizki, wymknął się kuchennymi drzwiami.
 
Feerie, cz. V 2010-03-02 22:47
 Oceń wpis
   
_-¯ Pomimo całej grozy sytuacji starałem się nie wpadać w panikę. Niestety, po trzech sekundach doszedłem do wniosku że starań już dość.
- Nie ma internetu! Wszyscy zginiemy! - rozszlochałem się, ukrywając twarz w dłoniach. Dzieci oraz Misia spojrzały na mnie z lekką niechęcią. Niestety, nic nie mogłem poradzić na to, że brak sieci powodował u mnie psychozę maniakalno-depresyjną. Pamiętam jak dziś, kiedy ładnych parę(naście) lat temu, jeszcze będąc narzeczeństwem, wybraliśmy się do rodziców Misi, na wieś. Po całkiem niezłym początku (chwaleniu zdolności kulinarnych przyszłej teściowej i ,,zrobieniu'' flaszki z przyszłym teściem) zapragnąłem sprawdzić e-mail. I wtedy okazało się, że tam nie ma zasięgu!
- Nie ma internetu! Wszyscy zginiemy! - darłem się, latając bez celu po pokoju gościnnym i machając rękami. Szczęściem, potknąłem się o róg dywanu i przewróciłem, zaś upadając rąbnąłem głową o solidną dębową ławę, co z kolei spowodowało utratę przytomności. Dzięki temu uchroniłem się przed dalszą kompromitacją, oraz - po przewiezieniu do najbliższego szpitala - mogłem się wreszcie połączyć z netem.
Niestety - tutaj, w górach, nie było ani dywanu, ani ławy.
Skuliłem się, objąłem rękami kolana i wsunąwszy kciuk do ust zacząłem się miarowo kiwać. To uspokoiło mnie na tyle, że ponura wizja ratowników TOPRu odnajdujących po kilku dniach nasze zamarznięte ciała ustąpiła miejsca wizji moich nekrologów w chakierskich czasopismach. Co o mnie napiszą? Wyobraźnia podsunęła mi kilka tekstów, które jednak nie bardzo mi się spodobały. Postanowiłem zatem - póki me ciało jeszcze nie wystygło - sam napisać swoje pożegnanie. W sumie komputer powinien przetrzymać kilka dni...

_-¯ I w tym momencie mnie olśniło.

- Kochanie, musimy się zahibernować - zakomenderowałem.
Tak jak się spodziewałem, moja propozycja spotkała się z jękiem niezadowolenia. Najgłośniej narzekała Misia.
- Daj spokój, Charyzjusz. Pamiętasz, co się stało ostatnim razem, jak jechaliśmy do Grecji? Całe dwa tygodnie - zamiast na plaży i na basenie - spędziliśmy w łóżku!
- Och, kochanie, daj spokój. Przecież to był nasz miesiąc miodowy... - próbowałem się usprawiedliwić z trudem ukrywając pąs wykwitający mi na twarzy. Ech, czego myśmy wtedy nie robili!?
- Nie mówię o tym wyjeździe. Mówię o tym następnym, pięć lat później. Kiedy stwierdziłeś, że nie chce ci się tłuc dwa dni autokarem, że lepiej się zahibernować i wznowić po dotarciu na miejsce.
- A... o tym wyjeździe mówisz - przypomniałem sobie. Rzeczywiście, nie wyszło najlepiej. Dwie godziny po odhibernowaniu oboje dostaliśmy wysokiej gorączki i wylądowaliśmy w łóżku. Chorzy.
- Nie mamy wyjścia, skarbie. Nie wiem, gdzie jesteśmy, nie wiem, którędy wracać. Jest już ciemno, wszyscy turyści na pewno już zeszli ze szlaków, tak więc widoki na spotkanie kogoś kto nam pomoże, wskaże drogę, bądź zawiadomi TOPR są marne. Dodatkowo - w nocy temperatura ma sięgnąć minus kilkudziesięciu stopni.
- No to wymyśl coś. Zbuduj, nie wiem... wigwam, szałas, namiot, cokolwiek. Rozpal ognisko. Jakoś do rana wytrzymamy.
- Przykro mi, skarbie, ale jesteśmy w Tatrzańskim Parku Narodowym. Możemy się poruszać tylko po wyznaczonych szlakach, nie wolno nam nic zbierać, ścinać, rozpalać, ani dokarmiać zwierzyny.

_-¯ Wilcze wycie powtórzyło się, tym razem bliżej.

- Dodatkowo, zwierzyna nie ma zabronione dokarmiać się nami. Ale jak to zrobi, to jeszcze nam dowalą mandat za to, że ją dokarmiamy sobą... Musimy się zahibernować.
- Ale co dalej?
- Napiszę na laptopie informację o tym że bardzo uprzejmie proszę o przeniesienie sprzętu do najbliższego schroniska i uruchomienia. Ktoś będzie jutro szedł, znajdzie laptop, zabierze ze sobą, włączy i już. Będziemy bezpieczni.
- Jakoś mi się to nie uśmiecha...
- Obawiam się, że to nasze jedyne wyjście...
- No dobrze.
- Świetnie.
_-¯ Przygotowałem oprogramowanie i zawołałem dzieci.
- Charrison! Charysia! Chodźcie tutaj. Charysia, ty pierwsza.
Mała posłusznie stanęła obok portu dataskanera w wyuczonej pozycji, po czym zamigotała na błękitno i zniknęła. Po chwili to samo stało się z Charrisonem. W ich ślady poszła Misia, której zdążyłem jeszcze dać pożegnalnego całusa. Gdy upewniłem się że cała trójka bezpiecznie spoczywa w swapie sam wyjąłem mazak i na pokrywie laptopa zamieściłem kilka słów do znalazcy komputera. Nastawiłem zegarek na sześćdziesiąt sekund - po tym czasie system miał zahibernować mnie, po czym się wyłączyć. Zamknąłem komputer i położyłem widocznym miejscu na ścieżce, sam zaś usiadłem obok niego. Płatki śniegu wirowały obok mnie i łagodnie siadały na ziemi. Tylko dwa z nich trwały w powietrzu, lekko kiwając się na boki.

_-¯ Coś mi to nie grało.

_-¯ Płatki śniegu powoli przybliżały się. Do pierwszej pary po chwili dołączyła druga, potem trzecia. Wytężyłem wzrok i dostrzegłem, że każda z nich unosi się nad lekko rozwartą wilczą szczęką. Najbliższy komplet oczu i zębów zatrzymał się w odległości paru metrów. Przypatrywaliśmy się sobie kilkanaście sekund, po czym właściciel żółtych ślepi sprężył się i skoczył.

_-¯ Komputer piknął cicho i się wyłączył.

_-¯ Zobaczyłem jeszcze jak wilcze oczy zrobiły się okrągłe ze zdumienia, kiedy przelatywał kłapiąc pyskiem przez rozwiewającą się błękitną poświatę.
 
Feerie, cz. IV 2010-02-25 22:03
 Oceń wpis
   
_-¯ Powoli pięliśmy się w górę po zaśnieżonym szlaku, podziwiając surowe widoki ośnieżonych szczytów gór. No dobrze - lekko przesadziłem. Jedyne, co było widać to drzewa. Drzewa przed nami, drzewa za nami. I drzewa po bokach.
- Czyż nie jest pięknie? - szepnęła Misia.
- Oczywiście, skarbie - odparłem, choć - między nami mówiąc - jakoś nie podzielałem jej opinii. Z lasów nie lubiłem nawet tych w domenie Active Directory. Zresztą, czym jest las jak nie zbiorem drzew, i czymże jest drzewo jak nie spójnym grafem bez cykli? Więc - czym tu się zachwycać?

_-¯ Rozważania z dziedziny teorii grafów przerwała mi Charysia, wieszając się na mojej nodze.
- Tatusiu, nóżki mnie już bolą...
- Już niedaleko - pocieszyłem małą, choć w gruncie rzeczy miałem blade pojęcie o przebytym dystansie. Według moich obliczeń szliśmy jakieś dwa kwadranse, zaś droga na Czerwoną przełęcz powinna nam zająć czterdzieści pięć minut. Nie wiedziałem tylko, czy czas pokonywania szlaku uwzględniał to, że idzie się z dwójką małych dzieci, parą jabłuszek i sankami. Obawiałem się, że nie.
- Ja już dalej nie mogę - zawtórował siostrze Charrison.
- Nie jęcz! - ofuknąłem syna, ale zaraz dodałem łagodniej - Jak będziesz dzielnie szedł, to po powrocie policzymy sobie pierwiastki jakiegoś fajnego wielomianu. Dwudziestego stopnia!
- O! Ale fajnie! Ale, tato...?
- Tak?
- Na płaszczyźnie zespolonej?
Udałem, że się zastanawiam.
- No dobrze, niech ci będzie - uśmiechnąłem się - a teraz - marsz!

_-¯ Niestety, Charysi nie udało się przekupić nawet pozwoleniem przekształcania macierzy hermitowskich w ortogonalne (po wieczorynce). Chcąc-nie chcąc (a bardziej to drugie) musiałem ją wziąć na barana (czyli na siebie). Dalsza droga, czyli stąpanie po ośnieżonych i oblodzonych kamieniach z dzieckiem na barkach nabrała od tej pory nowego wymiaru. Powiem szczerze - zacząłem nawet odczuwać pewną przyjemność z tego, że każdy kolejny krok nie kończył się upadkiem. Misia tymczasem delikatnie asekurowała Charrisona ciągnącego za sobą sanki, które nie wiedzieć czemu zjeżdżały ze ścieżki i koniecznie chciały się zsunąć w dół stromego stoku. W ten sposób przebyliśmy następne pół godziny (nota bene przy pomocy czasowych oznaczeń odległości w przestrzeni bardzo łatwo wyjaśnić młodzieży czym jest czasoprzestrzeń, i to nieposługując się oklepanym żartem o kopaniu rowu od drzewa do obiadu).

_-¯ Tymczasem zaczęło się ściemniać.

_-¯ - Charry, gdzie my właściwie jesteśmy? - spytała Misia kwadrans później.
- Według moich obliczeń powinniśmy właśnie mijać Polanę Białego i Ścieżką Nad Reglami kierować się do wyjścia Doliny Białego.
- Ale przecież jeszcze nie doszliśmy do Czerwonej Przełęczy!
- No właśnie, takie tu to wszystko niedoorganizowane - westchnąłem, a automatyczny korektor machinalnie pokolorował mi słowo ,,niedoorganizowane'' na czerwono. Niezrażony tym ciągnąłem:
- Szlaki mają złe oznaczenia, w poprzek ścieżek co i rusz leżą jakieś drzewa, droga wyboista, nie odśnieżona...
- Śnieg zaczyna padać.
- I jeszcze śnieg zaczyna padać. Przecież w takich warunkach nie sposób delektować się świeżym górskim powietrzem i wypoczynkiem na łonie natury.
- Charyzjusz, wracajmy...
Prychnąłem.
- Uciekać? Kiedy zwyciężamy? - odparłem zasłyszanym skądś filmowym cytatem (przy czym nie wiadomo dlaczego podświadomość podsunęła mi przed oczy obraz eksplodującej Gwiazdy Śmierci), po czym sięgnąłem do plecaka.
- Nie martw się, skarbie. Zaraz się dowiem gdzie jesteśmy, ile nam zostało drogi oraz którędy do domu.
Zręcznym ruchem wyciągnąłem laptoka i uruchomiłem. Zanim skończył się bootować system operacyjny miałem już narychtowany modem GSM. Kliknąłem w przycisk połączenia, jednocześnie wyciągając z drugiej kieszeni odbiornik GPS.
- Mamy w końcu dwudziesty pierwszy wiek - podsumowałem błyskające wesoło zielone lampki obu urządzeń.

_-¯ Po kolejnych pięciu minutach wydało mi się, że lampki wcale nie błyskają tak wesoło jak mi się na początku wydawało. Animacja anteny poszukującej sygnału przestała być również taka zabawna jak wcześniej, kiedy po paru chwilach zamieniała się we wskaźnik nawiązanego połączenia. Sprawdziłem raz, drugi i trzeci łącze telefonu z komputerem - co było o tyle trudne że było bezprzewodowe. Na szczęście zapadł już zmrok, więc po ciemku mogłem dostrzec również tę długość fali elektromagnetycznej którą wytwarzał bluetooth. Było to dosyć trudne i wymagało zmrużenia oczu, ale miałem za sobą lata chakierskiej praktyki. Połączenie między urządzeniami działało bez zarzutu, a to oznaczało tylko jedno...

_-¯ Uświadomiłem to sobie i poczułem jak po plecach ścieka mi strużka zimnego potu.
1. Byliśmy sami
2. W nieznanym miejscu w górach
3. Po ciemku
4. Z dala od cywilizacji
oraz
5. BEZ INTERNETU!

_-¯ W oddali rozległo się ponure wilcze wycie.
 
Feerie, cz. III 2010-02-17 22:36
 Oceń wpis
   
_-¯ Do wyprawy na szlak przygotowałem się profesjonalnie, zresztą - jak do wszystkiego co robię. W niewielkim, ale pojemnym plecaku znalazło się wszystko, czego mógłbym potrzebować w górach. Był więc:
- Stary ale jary ,,analogowy'' aparat fotograficzny załadowany prawdziwym trzydziestosześcioklatkowym filmem i potrafiący robić fenomenalne zdjęcia. Niestety, pomimo długich namów aparat sam zdjęć robić nie chciał, a moje umiejętności w tym zakresie pozostawiały wiele do życzenia. Brałem go jednak ze sobą, między innymi z tego względu że niedawno zakupiłem do niego komplet nowych baterii, kosztujących tyle co średniej klasy kilkunastomegapikselowy kompakt.
- Średniej klasy kilkunastomegapikselowy kompakt, posiadający nad swym analogowym starszym bratem niewątpliwą przewagę pojemnej karty pamięci, pozwalającą ilość przekuć w jakość. O ile w przypadku poprzedniego aparatu starannie wybierałem każde ujęcie, to ten maluch po prostu przestawiałem w tryb zdjęć seryjnych i ,,cykałem'' fotki non-stop przez kilkanaście sekund w nadziei, że spośród tych napstrykanych kilkudziesięciu jedna czy dwie się do czegoś nadadzą.
- Stara kamera video z którą trochę wstyd było mi się pokazywać gdyż nie posiadała trybu HD. Na szczęście posiadała twardy dysk (hard disk drive) o czym dumnie informował producent literami HDD wytłoczonymi z boku wyświetlacza. Zakleiłem zatem ostatnie D ciemną taśmą i mogłem filmować bez zażenowania. Kamera mogła też służyć oczywiście jako aparat fotograficzny, z czego od czasu do czasu skwapliwie korzystałem.
- Laptop. Laptopa biorę ze sobą absolutnie wszędzie, gdyż nigdy nie wiadomo gdzie można znaleźć szybką, słabo zabezpieczoną sieć Wi-Fi. Poza tym można czasami wykorzystywać jego obracaną, wbudowaną kamerę do rejestrowania ciekawych rzeczy dookoła oraz jako aparat fotograficzny.
- Pięć telefonów komórkowych. Jeden mój. Jeden Misi. Jeden Charrisona. Jeden Charysi. I jeden do łączenia się z internetem przez sieć GSM w dzikich miejscach, do których nie dotarła cywilizacja oraz szerokopasmowy dostęp do sieci. Oczywiście - każdy miał wbudowany aparat.
- Komplet ładowarek. W sumie osiem. Aparat analogowy, jak już wspomniałem, wymagał pierońsko drogich bateryjek.
- Sanki (na co nalegały dzieci).
- Jabłuszka, czyli niewielkie okrągłe kawałki plastiku z uchwytem pod tyłek. To znaczy uchwyt nie był pod tyłek, tylko te kawałki plastiku. Siadało się na nich, łapało za uchwyt i ziuuuuuuu! Zjeżdżało na własnym siedzeniu ciągnąc ów kawałek plastiku za uchwyt za sobą, gdyż z nieznanych mi bliżej przyczyn wykazywały one znacznie mniejsze tarcie po stronie spodni niż po stronie śniegu.
- Około osiemdziesięciu stron kserówek Misi. To znaczy nie jej kserówek, w sensie Misi jako osoby, tylko kserówek jej wykładów. To znaczy Misia niczego jeszcze nie wykładała, ale jej wykładano. I to właśnie było na owych kserówkach, gdyż Misia obiecała przygotowywać się do egzaminu, w czym miały jej pomóc cisza i spokój naszych pięknych Tatr.
- ,,Pamiątkowa'' ciupaga z plastikowym ostrzem, w którą Charrison zaopatrzył się nie wiedzieć kiedy i z którą się od tamtej pory nie rozstawał.
- Takiejż (w słowniku nie ma takiego słowa) proweniencji szmacianego pieska na druciku na którego towarzystwo uparła się Charysia.
- I jeszcze kilka nieistotnych rzeczy.
Po skompletowaniu plecaka zajęliśmy się ubieraniem, co niestety okazało się dosyć trudne. W pierwszym wpisie o feeriach wspomniałem o złożoności algorytmicznej kobiecego umysłu i właśnie w starciu z nim poległem. Konkretnie - poległem starając się dostosować do damskiego modułu doboru kolorów. Dla mężczyzn, a w szczególności chakierów świat jest prosty: są trzy podstawowe kolory (czerwony, zielony, niebieski), a wszystkie pozostałe da się z ich pomocą opisać. Faceci z wykształceniem plastycznym lub pracujący w poligrafii potrafią sobie wyobrazić również żółty, cyjanowy i magentę. Ale weźcie mi powiedzcie co to może być karminowa fuksja wpadająca w turkusowy amarant z domieszką marengo? No oszaleć można.
- Nie zakładaj jej niebieskiej kurtki do zielonego kombinezonu! - ofuknęła mnie Misia gdy wkładałem Charysi (ubranej w szary kombinezon) szarą kurtkę. Nauczony doświadczeniem nie próbowałem oponować, tylko posłusznie sięgnąłem po kolejny komplet ubrań. Dwunasty z kolei okazał się kolorystycznie odpowiedni na aktualne warunki pogodowe.

_-¯ Gdy wreszcie byliśmy gotowi słońce stało już wysoko.

siklawica

_-¯ Do wodospadu Siklawica dotarliśmy koło piętnastej. Co prawda dzieci nie tak wyobrażały sobie wodospad, ale przynajmniej mogły go sobie obejrzeć z bliska. Pomimo usilnych namów Charrisona zdecydowałem się nie wybijać dziury w lodzie tak by mógł się przekonać że pod spodem rzeczywiście płynie woda. Pstryknąłem kilka zdjęć każdym z posiadanych przeze mnie aparatów i zawróciliśmy. W myślach już układałem sobie miłe plany spędzenia wieczoru, gdy nagle Misia stwierdziła niewinnie:
- A może byśmy poszli na Czerwoną Przełęcz?
- Cóż... - zacząłem rozpaczliwie poszukiwać wymówki, jednak nie dane mi było skończyć.
- Taaaak! - wrzasnęły dzieciaki, którym trasa spod Siklawicy szczególnie przypadła do gustu. Pokonały ją jadąc na sankach (było z górki), a Charrison czerpał szczególną radość kiedy ich pojazd zbliżał się do krawędzi szlaku i ryzykownie zbliżał się do brzegu potoku, czym wywoływał pełne przerażenia okrzyki rodzicielki.
- Przecież nie będziesz do nocy siedział w pokoju - stwierdziła Misia.
Szczerze powiedziawszy miałem ogromną ochotę posiedzieć w pokoju. Niestety, zamiast wyrazić stanowczy sprzeciw kiwnąłem tylko potulnie głową.

_-¯ Skręciliśmy na czarny szlak.
 
Feerie, cz. II 2010-02-10 21:56
 Oceń wpis
   
_-¯ Zgodnie z Pierwszym Prawem Rowerzysty, brzmiącym ,,Do celu jedzie się zawsze pod górę i pod wiatr. Z powrotem tak samo'' do Zakopanego miałem pod górę. Pod wiatr pewnie też, gdyż większość padającego śniegu przyklejała się do przedniej szyby mojego auta. Dodatkowo cały czas dogryzała mi moja nawigacja samochodowa, począwszy od samego początku trasy.
- To co, jedziemy do Sopotu? - spytała zaraz po tym gdy spakowawszy około miliona przygotowanych przez Misię ubrań zimowych dla Charrisona i Charysi zająłem miejsce za kierownicą.
- Nie. Jedziemy do Zakopanego - sprostowałem.
- Oooo..., a to czemu? Przecież miał być Sopot.
- Miał, ale zmieniłem zdanie.
- Ahaaaa... jassssne... Zmieniłeś zdanie. Taaaak - podsumowała, jednak coś w jej głosie mówiło mi, że wcale nie przyjęła tego do wiadomości.
- Pantofel - dodała po chwili. Udałem, że tego nie słyszałem. Niestety, docinki na tym się nie skończyły.
- Jedziemy jedynką czy ósemką? - spytała nawigacja, gdy dojeżdżaliśmy do kolejnego skrzyżowania dróg krajowych.
- Ósemką - odparłem.
- To jaka decyzja?
- Ósemką - powtórzyłem.
Nawigacja spojrzała na mnie, jakby mnie pierwszy raz w życiu widziała na oczy.
- A pan tu od kiedy podejmuje decyzje?
Zawrzało we mnie, jednak znalazłem w sobie dość siły by nie wyrzucić z siebie ,,ciętej riposty''. W końcu z tyłu jechały dzieci, które niekoniecznie (miałem taką nadzieję!) znały dowcip o Wujku Zenku i Klaunie Prześmiewcy. Nawigacja jednak świetnie się bawiła.
- Żart, Charyzjusz, hahahaha! - zaśmiała się złośliwie przez samo 'h', choć już wcześniej zwracałem jej uwagę, że mnie to drażni. Przez chwilę panowała cisza. Już miałem nadzieję, że reszta drogi upłynie we względnym spokoju, ale gdzie tam...
- Dalej już nie możemy jechać - poinformowało mnie po pięciu minutach złośliwe pudełko.
- A to czemu?
- Popatrz, ograniczenie do siedmiu i pół tony.
- No i co z tego? Przecież osobowym jadę...
- Ale nosiłeś walizy całe rano, to musisz mieć w bagażniku ze trzynaście ton ładunku. Hahahaha! O! Uważaj, krokodyle! Hahahaha! Eh, Charyzjusz, ubaw po pachy, co nie?
- Nie! - warknąłem i wyrwałem jej wtyczkę z gniazda zapalniczki. Nawigacja lekko westchnęła, po czym jej ekran pociemniał i zgasł. Wreszcie miałem chwilę spokoju.
- STAĆ! POLICJA! - rozległo się w tym momencie. Rzuciłem okiem we wsteczne lusterko, zerknąłem na boki...
- Hahahaha! Bateryjkę mam, Charyzjusz, bateryjkę! - nawigacja znów świeciła ekranem i zaśmiewała się do rozpuku - Ale miałeś minę, mówię ci... Boki zrywać...
Obiecałem sobie, że jak tylko wrócę do domu wymienię jej firmware...

_-¯ Co do jednego nawigacja miała jednak rację. Misia przygotowała na wyprawę tyle rzeczy, że wydawało mi się że ich masa zaczyna zaginać przestrzeń wokół auta. Zresztą, nie powinno mnie to dziwić. Już jadąc na letnie wakacje przekroczyłem ładowność mojego samochodu około trzy tysiące razy. Teraz zaś każda para kąpielówek i lekkich podkoszulków została zastąpiona przez kilka zestawów ocieplanych kombinezonów, swetrów, golfów, rękawiczek, szalików, ciężkich zimowych butów, kapturów, mufek (zawsze sądziłem że mufka to zwierzę podobne do chomika), nauszników i kalesonów. Sądziłem, że gdzieś w środku mojego kufra gęstość wełnianych skarpet zbliżyłaby się do gęstości białych karłów, gdyby tylko białe karły były zbudowane ze skarpet właśnie. Kto je tam zresztą wie? Skoro według jednej z licznych teorii Wielomysła czarne dziury były zbudowane z chusteczek higienicznych, to białe karły mogły być z wełny albo włóczki. Będę to musiał z Wielomysłem przedyskutować, jak tylko wrócę do domu...

_-¯ Trzymając się Zasady Pareto przebycie ostatnich 20% zakopianki zajęło nam 80% czasu. Wlekliśmy się w ślimaczym tempie w sznurze innych samochodów, zaś jedynej rozrywki dostarczało nam liczenie aut które znalazły się w rowie. No, prawie... Było jeszcze przecież CB Radio.
- Uwaga mobile, przed Nowym Targiem najmniejsze gospodarstwo rolne.
- Najmniejsze gospodarstwo? - nie zrozumiała Misia.
- Kogut i dwa psy - wyjaśniłem.
Gratulowałem sobie w duchu, że przed wyjazdem zaopatrzyłem się w łańcuchy na koła. Dzięki temu w miarę pewnie mogłem pokonywać kolejne wzniesienia i zakręty, na co nie wszyscy niestety mieli dość odwagi.
- Koledzy, mógłby ktoś przedłużyć gdzie te misiaki stoją? Bo nie wiem czy mam zjechać, piwko sobie wypiłem...
- To po co żeś kolego w ogóle za kierownicą siadał? - zbeształa nieostrożnego jakaś koleżanka.
- Tak ślisko, że na trzeźwo strach...

_-¯ Do celu dotarliśmy późnym wieczorem. Rozpakowałem auto, łyknąłem kubek herbaty po góralsku (cherbaty niestety gospodarz nie miał) i położyłem się do łóżka. Musiałem się wyspać, gdyż następnego dnia mieliśmy zaplanowaną ciekawą wyprawę w góry...
C.D.N.
 
Feerie 2010-02-04 21:52
 Oceń wpis
   

_-¯ Niezbadanymi ścieżkami biegną kobiece myśli. Wiedział o tym Einstein, wie o tym Hawking. Dlatego tworząc swoje Ogólne Teorie Wszystkiego wiedzieli również, że owe teorie wszystkiego opisać nie zdołają. Ci znakomici fizycy mieli świadomość, że nauka nie dorosła jeszcze do prób opisania damskiego mózgu, tak więc zajęli się prostszymi (żeby nie rzec: prostackimi) zagadnieniami typu grawitacja czy kwanty. Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że kilka dni temu, przy śniadaniu, Misia zadała mi pytanie:
- A może byśmy pojechali do Zakopanego?
- Oczywiście, Skarbie - odpowiedział machinalnie mój proces Automatycznego Unikania Konfliktów. Dalej pogryzałem grzankę i siorbiąc cherbatę przeglądałem gazetę.
- Świetnie, to może jak Charrison będzie miał ferie?
- Oczywiście, Skarbie - odparłem znów bez świadomego zawiadywania ośrodkiem mowy. Tym razem jednak zadziałał również Intuicyjny Detektor Zagrożeń. Sprytny ów automat wprogramowałem sobie kilka miesięcy temu, wykorzystując najnowsze techniki programistyczne spod znaku logiki rozmytej (coraz częściej zwanej również, nomen-omen, kobiecą intuicją). Przerwałem czytanie gazety i machinalnie przeanalizowałem kilka ostatnich zdań naszej rozmowy. Jak zapewne Państwo wiedzą (a Panowie w szczególności), każdy mężczyzna ma genetycznie wbudowaną pamięć krótką dialogową, pozwalającą mu bezbłędnie odtworzyć siedem do dziesięciu ostatnio zasłyszanych słów. Z niewiadomych przyczyn bufor jest w stanie pomieścić dodatkowych kilka zwrotów jeżeli zostały one wypowiedziane przez małżonkę. Posiłkując się zatem tą niewielką, daną nam przez naturę umiejętnością, bezbłędnie wychwyciłem zwroty które zaalarmowały Detektor Zagrożeń.
- Do Zakopanego? Na ferie? Po co?
- Charrison pouczyłby się jeździć na nartach. Charysia zresztą też by mogła. Poza tym - dawno już nie byliśmy w Zakopanem.
- W Peru w ogóle nie byliśmy, a jakoś nie chcesz tam jechać - skontrowałem.
- Skoro mowa o Peru, to właśnie przeglądałam...
- Nieważne - uciąłem, czując że ten wątek może przybrać zgoła odmienny obrót niż sobie założyłem. Postanowiłem wrócić do meritum:
- Dlaczego Zakopane?
- Przecież jest zima...
- No i co z tego? Zima jest o każdej porze roku... znaczy - zima jest każdej zimy. Dlaczego akurat chcesz jechać do Zakopanego tej zimy? Nie możemy pojechać tam na przykład na wiosnę?
- Wiosną Charrison nie będzie miał gdzie się uczyć jazdy na nartach.
- Ale po co ma gdzieśtam jechać uczyć się jeździć? Napisze się odpowiedni program, podłączy neurostymulotary i w pięć minut smyk będzie śmigał jak mistrz slalomu-giganta. Widziałaś jak to robili w ,,Matriksie''? No, to my zrobimy tak samo, tylko dobrze - bez tego całego złomu wpychanego w tył głowy. Nie wiem jacy amatorzy projektowali te urządzenia, przecież wystarczyło zastosować prosty rezonans elektromagnetyczny i...
- Charyzjusz!
Oho... zaczynało się...
- Chciałabym jechać do Zakopanego. W te ferie. Żeby dzieci mogły zobaczyć góry.
- Ale przecież fraktale... - zacząłem, ale w tym samym momencie napotkałem coś określanego mianem ,,lodowate spojrzenie''. W jednej chwili przeszła mi ochota przekonywania Misi, że matematyczne wzory w swej logice są niesłychanie piękniejsze niż surowy chaos przyrody. Postanowiłem zrezygnować z bezpośredniej obrony na rzecz zmiany kierunku natarcia.
- Może zamiast tego pojedźmy do Sopotu?
- Dlaczego do Sopotu?
- Sopot musi być piękny o tej porze roku.
- Charry, wiesz przecież że wszyscy w zimie jeżdżą do Zakopanego.
- No właśnie! - uniosłem w górę palec w geście triumfu - Wszyscy jeżdżą, a my nie! Nie będziemy jak te lemingi i pojedziemy do Sopotu! Kochanie, tylko martwe ryby płyną z prądem - przytoczyłem swoje ulubione powiedzonko.
- Zarezerwowałam już pokój.
Oooo! Tego było już za wiele. Zespół Urażonej Męskiej Dumy szarpnął za dźwignię i wpuścił do krwiobiegu potężną dawkę Słusznego Gniewu. No bo przecież, do jasnej cholery, kto nosił spodnie w tym domu!?
- Nie jedziemy do Zakopanego, pojedziemy do Sopotu! - wrzasnąłem uderzając dla lepszego efektu pięścią w stół, aż spadła klawiatura z bułkami. Misia spojrzała na mnie z lekkim lękiem. Wiedziałem już, że wygrałem.

_-¯ Właśnie dojechaliśmy na miejsce. Góry rzeczywiście są piękne o tej porze roku...
C.D.N.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |


Najnowsze komentarze
 
2017-06-21 16:10
Iwona Brzeszkiewicz do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czesc, kochanie. Czy wciaz szukasz pomocy. Nie szukaj dalej, poniewaz senator Walter chce i[...]
 
2017-06-15 14:20
kelvin smith do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Brak zabezpieczenia społecznego i brak kontroli kredytowej, 100% gwarancji. Wszystko, co musisz[...]
 
2017-06-13 06:20
Gregs Walker do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Uwaga: Jest to BOOST CAPITAL CENTRAL TRUST FINANCE LIMITED. Oferujemy wszelkiego rodzaju[...]
 
2017-06-13 06:09
Gregs Walker do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Uwaga: Jest to BOOST CAPITAL CENTRAL TRUST FINANCE LIMITED. Oferujemy wszelkiego rodzaju[...]
 
2017-06-09 16:42
George cover.. do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witamy w programie Fba loaninvestment Czasami potrzebujemy gotówki w nagłych wypadkach i[...]
 
2017-06-08 05:05
Mr David do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witam drodzy cenni klienci, Witamy pana posła Davida Johna, czy szukasz pożyczki, aby[...]
 
2017-06-05 23:40
barrett buck do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy potrzebujesz pożyczki @ 2%, jeśli tak skontaktuj się z nami na wszystkie rodzaje kredytów[...]
 
2017-06-03 00:26
Collins James do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Damat Financial Corporation, Inc.   Jesteśmy prywatnymi kredytodawcami międzynarodowymi.[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl