czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Doda bez makijażu 2010-01-30 17:15
 Oceń wpis
   
_-¯ Ostrzegam lojalnie wszystkich zagorzałych fanów piosenkarki - nie jest to przyjemny widok. Jeżeli zdecydujecie się tu zajrzeć obawiam się że wyrzucicie wszystkie jej plakaty i płyty.


Tutaj można zaś nieco poczytać o przeszłości Dody. I któż by się spodziewał, że ta blondynka to wyłupiastooki facet, i to w dodatku zielony?
 
 Oceń wpis
   
_-¯ Wielomysła spotkałem z samego rana, gdy skrobałem szyby w aucie, on zaś akurat wyprowadzał na spacer swoje wszechświaty (równoległego Fafika i prostopadłego Brysia). Gdy mnie zauważył pomachał mi ręką i, nie czekając aż Bryś z Fafikiem załatwią się pod krzaczkiem, raźnym krokiem ruszył w moim kierunku. Wyglądał na bardzo podekscytowanego.
- Witaj, Charyzjusz! Co tam, odszraniasz auto?
- Ano... - zgodziłem się, pracowicie machając skrobaczką.
- Podróż samochodem? - zdziwił się - Przecież zwykle podróżujesz tunelami SSH.
- Ano tak. Ale wiesz - zima zaskoczyła adminów. Dziś rano, jak tylko ruszyłem pakietem z portu, zakopałem się w takich zaspach, że szkoda gadać. Zresztą, może to i dobrze, bo okazało się że większość łącz jest w opłakanym stanie. Kolega podobno do stanów leciał i w światłowodzie transatlantyckim przywalił czołowo w dużego torrenta, który nie dostosował prędkości do panujących warunków i wyleciał na zakręcie w prawo na przeciwległy pas. Pogrzeb w czwartek.
- W czym? - zainteresował się Wielomysł.
- Co w czym? - nie zrozumiałem.
- W czym mam pogrzebać w czwartek?
- Pogrzeb w znaczeniu pochówek. Podobno nie było co zbierać, bo to był duży film w HD. Dwanaście giga poooszłooo po biedaku. Wezwani na oględziny spece od ruchu sieciowego początkowo nawet nie wiedzieli gdzie biednego M1k431a wprasowało. A jak już się dowiedzieli, to zebrali go pieczołowicie do woreczka i zanieśli do najbliższego instytutu matematyki i informatyki. Podobno w wyniku zderzenia jego dane osiągnęły niesamowity stopień kompresji (co prawda stratnej), ale kolesie którzy go oglądali już zapowiadają przełom w dziedzinie kodowania obrazu. Przynajmniej biedak nie zginął na marne. A to mi przypomina pewną anegdotkę, nie wiem czy ci mówiłem... Wiesz, że algorytm kodeka H.264 został wymyślony kiedy jeden roztargniony profesor usiadł na pudełku z tortem? Posłuchaj...
- Mówiłeś, mówiłeś... Żal mi twojego kolegi, świeć Panie nad jego duszą, ale posłuchaj. Ja również uczyniłem pewne odkrycie... - uśmiechnął się zagadkowo.
,,Oho'' - pomyślałem, co przyszło mi z łatwością, gdyż jestem mistrzem w myśleniu dwuliterowych wyrazów. Proszę się nie kłócić - w ,,oho'' są jedynie dwie litery: ,,h'' oraz ,,o'', z tym że ta druga użyta dwa razy. Tak więc pomyślałem ,,oho'', dwa razy skrobnąłem szybkę po czym pomyślałem ,,oho'' jeszcze raz, tak dla wprawy. Wielomysł zastygł w pozycji oczekiwania. Pomiędzy jednym a drugim ,,oho'' domyśliłem się o co mu chodzi, więc - żeby nie trzymać go dłużej z zagadkowym uśmiechem na twarzy - zadałem wreszcie pytanie na które czekał.
- A cóż to za odkrycie?
Fizyk uśmiechnął się, po czym oznajmił swobodnym tonem:
- Odkryłem przyczynę globalnego ocieplenia!
Sens tego stwierdzenia nie dotarł do mnie od razu, gdyż akurat byłem zajęty delikatnym wykopywaniem Fafika który znalazł dużą przyjemność w obsikiwaniu wszystkich kół mojego auta. Odganiając Fafika jednocześnie zauważyłem że Bryś kucnął koło mojej furtki i zastygł z wyrazem intensywnego wysiłku na mordce. ,,Zaraz zrobi mi na podjeździe czarną dziurę!'' przemknęło mi przez głowę, ale w tym momencie ostatni z neuronów, nieco stężały od mrozu, zadziałał i sens słów Wielomysła został przetworzony przez mój mózg.
- Że słucham? - spytałem inteligentnie, gdyż pozostałe 99% mojego umysłu przydzielone zostało procesowi pt. ,,Ale o co chodzi?''.
Wielomysł zrobił teatralną pauzę, po czym oznajmił.
- Odkryłem przyczynę globalnego ocieplenia. Początkowo wydało mi się to nieprawdopodobne, ale wykonałem niezbędne obliczenia i wszystko się potwierdziło co do joty. Za globalne ocieplenie odpowiedzialny jest śnieg!
Parsknąłem głupawym rechotem, lecz zaraz przestałem się śmiać. Wielomysł przecież nie był szalony! Spojrzałem na niego poważnie.
- Nie robisz sobie ze mnie żartów, prawda?
- No co ty... - obruszył się.
Stałem przez chwilę i myślałem, po czym uniosłem dłoń. Niewielki płatek wylądował na czarnej rękawicy. Pokazałem go Wielomysłowi.
- Masz na myśli to?
- Bez wątpienia. Jeśli chcesz, wszystko ci zaraz wytłumaczę. Tylko może wejdziemy do domu, bo tu zimno...
No tak, pomimo globalnego ocieplenia zima przydarzyła się jak za starych dobrych czasów, gdy byłem jeszcze małym chakierkiem, zaś śnieg w styczniu nie był głównym tematem wiadomości w mediach. Uchyliłem furtkę do domu. Kątem oka zauważyłem że Bryś jednak dopiął swego i teraz, nieporadnie wyrzucając tylne łapy, próbował zagrzebać czarną dziurę śniegiem.
- Proszę, wejdź - zaprosiłem gościa do środka. Za Wielomysłem wskoczył Fafik, a zaraz potem Bryś. Zamykając, zauważyłem że czarna dziura wchłania właśnie dużą hałdę śniegu razem z samochodem sąsiada. ,,Może to jest jakiś sposób na odśnieżanie?'' - pomyślałem i zamknąłem drzwi.
Choć ciekawość paliła mnie jak nigdy najpierw zaparzyłem nam obu dobrej chakierskiej cherbaty a dopiero potem przystąpiłem do zadawania pytań.
- O co chodzi z tym śniegiem?
W odpowiedzi Wielomysł wyjął z kieszeni sfatygowaną, złożoną na czworo kartkę, pokrytą gęsto obliczeniami. Rozpostarł ją i położył na blacie przede mną.
- O to - wyjaśnił.
Rzuciłem okiem. Wzory wydawały się proste, żadnych poszóstnych całek, transformat z przestrzeni ,,n'' do ,,m'' czy niewiadomoilustopniowychciągów. Proste dzielenie, mnożenie, potęgowanie. Zdziwiłem się tylko, że tyle tego, jednak okazało się że po prostu obliczenia były powtórzone kilka razy. Wielomysł dostrzegł moje rozterki.
- To dla pewności, policzyłem kilkoma sposobami. Na energię kinetyczną i potencjalną, zarówno z zerem w środku Ziemi jak i w nieskończoności. Wynik jest cały czas ten sam.
Powoli zaczynałem rozumieć, jednak nie byłem w stanie tego przyjąć do wiadomości.
- Ale... a dwutlenek węgla?
- Widziałeś kiedyś dwutlenek węgla? - odpowiedział pytaniem.
- No nie, ale przecież...
- Dwutlenek węgla jest wykluczony. Popatrz tutaj - wyjął drugą kartkę, również zapisaną wzorami. Położył obok pierwszej.
- Dwutlenek węgla nie może mieć takiego wydatku energetycznego. Poza tym dwutlenek węgla nie jest opadem atmosferycznym. Powstaje przy ziemi i trzyma się ziemi. A śnieg - to co innego!
- Czyli śnieg?
- Śnieg!
- Ale to niemożliwe!
- Nie ma rzeczy niemożliwych, Charyzjusz. Kiedyś mój kolega, Kwantycjusz Niedyskretny, na przysposobieniu wojskowym usłyszał że niemożliwe to jest okopać się w wodzie. Zaprosił potem pana majora na demonstrację i się w wodzie okopał na jego oczach.
- Jak?
- Ano tak, że najpierw wodę zamroził i wykuł okop w lodzie. Inny stan skupienia, ale substancja ta sama...
- To może lód też odpowiada za globalne ocieplenie? - spytałem kpiąco, jednak tylko dlatego że mój umysł nie chciał przyjąć oczywistej prawdy kiełkującej już gdzieś w lewej części płata czołowego.
- Charyzjusz, nie żartuj. Ja już wiem, że to rozumiesz. Lód - nie. Śnieg - tak.
- Bo... bo pada?
- Bo pada. Każdy płatek stworzony w chmurze z pary wodnej zmierza ku ziemi. Jego energia potencjalna na górze jest zdecydowanie większa niż energia przy gruncie. Spadając zamienia on tę energię na energię cieplną - trąc o atmosferę, oraz na energię kinetyczną, która jednak również zamieniana jest na ciepło w wyniku zderzenia z powierzchnią ziemi. W przypadku pojedynczego płatka efekt ocieplenia atmosfery jest minimalny, pomnóż to jednak, Charyzjuszu, przez setki, tysiące, setki tysięcy milionów płatków które spadają na ziemię każdej zimy. Jak myślisz, dlaczego po każdej zimie następuje wiosna?
- Bo opady śniegu powodują ocieplenie klimatu? - spytałem głucho.
Wielomysł skinął głową.

_-¯ W milczeniu dopiliśmy cherbatę, po czym Wielomysł zebrał się do wyjścia.
- Ogłosisz to? - spytałem go gdy stał już w drzwiach.
Spojrzał na mnie smutno.
- Nie. Ludzkość nie jest na to przygotowana. Rządy wielu państw mogą się załamać gdy zniknie rynek handlu CO2. Może kiedyś...
Patrzyłem przez uchylone drzwi jak wychodzi. Przy furtce zatrzymał się, sprzątnął czarną dziurę po Brysiu do papierowej torby i pomaszerował w stronę swojego domu. Śnieg, jak gdyby nigdy nic, padał wciąż potęgując globalne ocieplenie...
 
Jak uratowałem Święta 2010-01-01 22:11
 Oceń wpis
   
_-¯ Śnieg prószył melancholijnie, ale wcale się tym nie przejmował. Wczesny, zimowy zmrok powoli wsączał się przez okna i podkradał w stronę choinki, która odpychała go co i raz rozbłyskami kolorowych światełek. Gałęzie świerków, pokryte grubymi czapami białego puchu...
- Jaki śnieg? - spytała Misia, zaglądając mi przez ramię - Gdzie ty tu widzisz śnieg? Plus osiem jest, wszystko co spadło już się roztopiło.
- No ale pada - wskazałem ręką za okno.
- Pada. Ale to deszcz pada, nie śnieg.
- Deszcz, śnieg, co za różnica. To i to woda, tylko w innym stanie skupienia.
- Właśnie na tym ta różnica polega. Zresztą, zamiast teraz siedzieć przy komputerze i klepać te swoje głupoty - pomógłbyś mi nakrywać do stołu. Za godzinę przyjdą rodzice.
Niechętnie, ale posłusznie zwlokłem się z krzesła i podreptałem za Misią do pokoju gdzie stał wigilijny stół i zacząłem rozstawiać talerze, rozmyślając o ciężkim losie chakiera któremu nawet w święta nie dane jest posiedzieć przy komputerze. Stawiałem właśnie szósty talerz, gdy coś za moimi plecami zachrobotało i zaszurało. Odwróciłem się akurat w momencie w którym z kominka, będącego źródłem tych hałasów, buchnął okazały kłąb sadzy i majestatycznie osiadł na śnieżnobiałym (do tego momentu) obrusie.
- Misia! - krzyknąłem - Trzeba zmienić obrus. Zapaskudził się sadzą z kominka - poinformowałem.
- Przecież my nie mamy kominka! - usłyszałem w odpowiedzi.
Spojrzałem na kominek i chwilkę się zastanowiłem, po czym doszedłem do wniosku, że rzeczywiście, Misia miała rację. Kominka nie mieliśmy. Mieliśmy mieć, oczywiście, ale plany te były odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość. Swego czasu wybraliśmy nawet przewód kominowy przy którym go zainstalujemy, ale to nie był ten przewód. Pogapiłem się zatem na kominek jeszcze chwilę po czym postanowiłem go zignorować i wróciłem do rozstawiania zastawy. Sadzę też postanowiłem zignorować, choć na talerzach wyraźnie widziałem jaśniejsze smugi w miejscach w których starłem ją palcami. I jak tu ufać zmysłom?

_-¯ W tym momencie ktoś postukał mnie w ramię.

_-¯ Byłem odwrócony twarzą w kierunku wejścia do pokoju, wiedziałem też że w pomieszczeniu - poza mną - nikogo nie ma. Nie widziałem również, by ktoś wchodził, tak więc nie mogło być tutaj nikogo kto mógłby mnie stukać w ramię. Mając na uwadze fatamorgany z kominkiem i sadzą doszedłem do wniosku że jest to kolejny omam. Kontynuowałem zatem pracę, choć stan mojego zdrowia zaczął mnie niepokoić. Nigdy wcześniej nie miewałem takich zaburzeń. Pukanie ponowiło się.
- Charyzjusz! - odezwał się omam za moimi plecami.
- Proszę mnie nie niepokoić - odpowiedziałem nie odwracając się i starając się nadać mojemu głosowi możliwie spokojny ton - Wiem że tutaj nikogo nie ma.
- No przecież ja jestem! - omam nie dawał za wygraną.
- Jest pan tylko wytworem mojej wyobraźni. Tak samo jak kominek i sadza. A teraz uprzejmie proszę by pan sobie poszedł.
- Charyzjusz! Odwróć się! To ja, Święty Mikołaj!
Zamknąłem oczy i zrobiłem kilka głębokich wdechów. Co prawda babcia ostrzegała mnie przed skutkami długiego siedzenia przed komputerem, ale słowem nie wspominała o możliwości złapania choroby psychicznej, a jedynie o zespole cieśni nadgarstka, pogorszeniu się wzroku i hemoroidach. Postanowiłem się nie odwracać i nie dyskutować więcej z wytworem mojej wyobraźni. Spróbowałem skupić się na rozstawianiu talerzy, lecz w tym momencie omam tytułujący się Świętym Mikołajem chwycił mnie za ramiona i brutalnie obrócił w swoim kierunku. Zanim zdążyłem zamknąć oczy zobaczyłem białą brodę i czerwony strój.
- Charyzjusz, otwórz oczy. Ja naprawdę jestem Świętym Mikołajem. Musimy porozmawiać.
- Nieprawda. Jestem chory, albo po prostu przemęczony. Ponawiam prośbę by przestał się pan mi zwidywać i nie wciągał w żadną dyskusję. Jestem zajęty i doprawdy nie wiem jakie traumatyczne zdarzenie musiałem przeżyć w dzieciństwie że teraz wyobraziłem sobie akurat pana. Poza tym Świętego Mikołaja nie ma.
- Doprawdy? - obruszył się omam - Jestem Świętym Mikołajem i znam wszystkie twoje dobre i złe uczynki. Pamiętasz, jak mając cztery lata zbiłeś wazon, a potem zwaliłeś winę na program pocztowy, że niby zawadził go dużym załącznikiem?
To była oczywiście prawda, jednak postanowiłem myśleć zdroworozsądkowo.
- Jest pan wytworem, mojego umysłu, zatem z definicji ma pan dostęp do wszystkich informacji w nim składowanych. Nie przekona mnie pan odkrywając znane mi fakty z mojego życia, bo to tak jakbym rozmawiał sam ze sobą.
- Niby racja... No to posłuchaj... Charysia, dwa tygodnie temu, w piątek, włamała się do systemu komputerowego przedszkola i zmieniła jadłospis. Usunęła ze środowego obiadu zielony groszek, którego nie lubi. Dostęp do terminala uzyskała posługując się lalką Barbie. Tysiącdwudziestoczterobitowy klucz RSA złamała wykorzystując książeczkę o małym słoniku, który szukał mamy. Czy cały czas będziesz miał zamknięte oczy?
- Charysiu! - zawołałem córkę. Po chwili usłyszałem tupot małych kroczków.
- Tatusiu! Święty Mikołaj!
Postanowiłem szybko przemyśleć sytuację. A co, jeżeli to nie Charysia, a jedynie kolejny wymysł mojego mózgu? Co, jeżeli wymyśliłem sobie właśnie Charysię wchodzącą do pokoju? Oczywiście taki fantom potwierdzi wersję drugiego. Z drugiej strony - uświadomiłem sobie - komuś muszę uwierzyć, inaczej za kilka sekund stanę się solipsystą. Postanowiłem, że Charysi uwierzę.
- Wykasowałaś zielony groszek ze środowego obiadu? - spytałem prosto z mostu i zerknąłem na córkę. Mała spojrzała na mnie, potem na Świętego Mikołaja, po czym się rozpłakała.
- Nie dostanę prezentuuuuuuuu? - załkała.
- Oczywiście, że dostaniesz, Charysiu - powiedział Święty Mikołaj - byłaś bardzo grzeczną dziewczynką.
Łkanie ustało.
- To jak było z tym groszkiem? - spytałem ponownie.
- Nie lubię groszku...
Nie zadowoliłem się tym wykrętem.
- Skasowałaś?
Nastąpiła dłuższa pauza, po które przyszło niechętne wyznanie.
- Skasowałam, ale tylko przy okazji. Chciałam empirycznie określić stopień przydatności czytanek o słonikach szukających mam w procesie łamania szyfrów asymetryczny. Zresztą inne dzieci też nie lubią groszku...
Cóż, sam nie lubiłem groszku. Ostrożnie spojrzałem na Świętego Mikołaja.
- Teraz mi wierzysz? - spytał.
- Kominek to twoja robota? - skontrowałem pytaniem.
- Ach! Kominek! A jak twoim zdaniem miałem się tu dostać?
- Drzwiami?
- Święty Mikołaj wchodzi przez komin! Wszyscy o tym wiedzą. Ale twój komin wiedzie do gazowego pieca CO, tak więc musiałem najpierw stworzyć ten.
- I on zostanie? - spytałem z nadzieją.
- Nie. Inaczej producenci kominków bardzo brzydko by się o mnie wyrażali. Jak tylko wyjdę - zniknie.
- Sadza też?
- Też.
Wyjaśnienia te lekko mnie uspokoiły.
- Czy już teraz dostanę prezent? - wtrąciła się do rozmowy Charysia, cały czas z uwagę obsługując Mikołaja.
- Nie, maleńka. Prezenty znajdziesz pod choinką gdy zaświeci pierwsza gwiazdka. A teraz idź pomóż mamie... - powiedział święty, a półgłosem dodał ni to do siebie, ni to do mnie - Znajdziesz prezenty, o ile tatuś mi pomoże...
Charysia wyszła, ja zaś ułożyłem oczy w znak zapytania, formując tzw. ,,pytające spojrzenie''.
- Chodzi o to, że zapomniałem hasła do komputera - wyjaśnił bez zwłoki Mikołaj wyciągając z worka laptopa.
- A co to ma wspólnego z prezentami?
- Listy prezentów mam w komputerze. Nie ma list - nie ma prezentów - nie ma gwiazdki - nie ma szczęśliwych dzieci.
Spojrzał na zegarek.
- Mamy czterdzieści pięć minut do gwiazdki.
Również spojrzałem na zegarek.
- A kiedy zdążysz te wszystkie zabawki wyprodukować?
- O to się nie martw. Jako Święty który musi odwiedzić w jednej chwili kilka milionów domów mam duże doświadczenie w pracy współbieżnej oraz w obchodzeniu się z czasem.
- To dlaczego mamy tylko czterdzieści pięć minut?
- Bo TY nie masz takiego doświadczenia. Przepraszam, że popędzam, ale... czy mógłbyś już zacząć?
Włączyłem komputer który zaczął się bootować.
- Linux? - skrzywiłem się.
- Linux. Windowsa mają w piekle, więc - sam rozumiesz że musieliśmy wybrać coś takiego by było w opozycji.
- W piekle mają Windows? - zdziwiłem się, jednocześnie wyciągając widelcem ze swapa hasło do zaszyfrowanych partycji.
- Tak, i wiesz co? - święty uśmiechnął się - w zeszłym miesiącu pewien chakier podrzucili im trojana. Komputer samego Lucyfera rozsyłał spam z generyczną Viagrą.
Po chwili skończyłem odwracałem skrót MD5 hasła. Zapisałem je na karteczce i podałem Świętemu Mikołajowi.
- Oczywiście! - wykrzyknął - Jak mogłem zapomnieć o tym drugim ,,r''! Dzięki, Charyzjuszu, dziękuję ci. Uratowałeś te święta!
- Cóż... trzeba, to pomagam - stwierdziłem skromnie.
- Jeszcze raz dziękuję. No to ja już lecę - I zniknął.

_-¯ Skończyłem rozstawiać talerze i uśmiechnąłem się do swoich myśli. W sumie nie musiałem odzyskiwać hasła do komputera Świętego Mikołaja. Trzy dni wcześniej włamałem się do pewnego linuksowego laptopa na login ,,santa'' i ściągnąłem z niego masę interesujących danych wśród których był wielgachny plik o nazwie lista_prezentów.txt...
 
Trochę teorii 2009-12-18 20:58
 Oceń wpis
   
_-¯ Po dość długiej przerwie witam ponownie. Proszę mi wybaczyć milczenie, ale sami Państwo rozumieją: zima, śnieg, narty, święta, sylwester... czyli najlepsza pora by zasiąść przed komputerem i zająć się kawałkiem solidnego chakierowania. Tak też zrobiłem, a rzecz cała wciągnęła mnie na tyle mocno że dopiero teraz znalazłem chwilę by napisać parę słów o tym, co się ze mną działo. A było to tak...

_-¯ M1m00h zawitał do mnie zaraz po śniadaniu, czyli coś koło godziny dwudziestej trzeciej. Akurat wybierałem się do banku - miałem już zestawione połączenia, zestaw uwierzytelnień i siedem tymczasowych wirtualnych kont z gotówką z dwunastosekundowym czasem połowicznego rozpadu, więc lekko się spieszyłem. M1m00h zgodził się zaczekać, więc raz-dwa podjąłem pieniądze i już za chwilę mogłem zająć się jego problemem.
- No więc muszę określić liczbę klas abstrakcji przechodniego domknięcia relacji R... Na jutro - wyjaśnił.
Wzruszyłem ramionami.
- No to ja ci chyba w tym nie przeszkadzam, co?
- Nie przeszkadzasz, prawda, ale mógłbyś mi trochę pomóc.
- Niby jak?
- Chociażby tłumacząc co to jest do jasnej-ciasnej ta liczba klas abstrakcji przechodniego domknięcia relacji R.
- Jak to? - udałem zdziwienie - To ty nie wiesz?
- Nooo... - wydało mi się, że trochę się zawstydził - nie wiem...

_-¯ Cóż. Prawdę powiedziawszy, nie byłem ani trochę zaskoczony. Współczesny tzw. ,,certyfikowany specjalista'' od komputerów potrafi wiele rzeczy, ale w przytłaczającej wielkości są to umiejętności zbliżone do obsługi sterowanego ręcznie urządzenia agregującego odpady, czyli szczoty i szufelki. Są więc certyfikowani inżynierowie od wyklikiwania drzew w lasach domen, dyplomowani specjaliści od powielania standardowych reguł firewallowych w oprogramowniu firmy X zainstalowanego na sprzęcie firmy Y, cyfrowi profesjonaliści od uruchamiania instalatora oprogramowania biurowego oraz enterprise-grade-level-high-availability-trained-executives od machania myszką w pakietach handlowych. Ba! Są nawet uznani chakierzy, szczycący się dziesiątkami udanych włamów i setkami odwiedzonych systemów. I co z tego? Wystarczy zapytać którego, czym różni się algorytm Boyera-Moore'a od algorytmu Berry'ego-Ravindrana, a spotkamy się z lekko niepewnym uśmiechem i wzruszeniem ramion. I z super-duper informatyka specjalisty robi się ktoś, kto tylko tym różni się od przeciętnego humanisty, że nie wie również czy Czechow był rzeczywiście Czechem, czy jednak Słowakiem. Oczywiście nie omieszkałem się tymi spostrzeżeniami z M1m00hem podzielić, gdyż w życiu Prawdziwego Polaka mało jest momentów bardziej przyjemnych od tego, w którym możemy wykazać komuś że jest nic nie wart.
- Zacznijmy od tego - zacząłem mentorskim tonem - czy wiesz, co to relacja?
- Nooo... wiem. To jak pociąg jedzie skądś dokądś. Siedzi się na dworcu i pani z megafonu mówi, że pociąg relacji Warszawa-Kraków przyjedzie z opóźnieniem trzystu pięćdziesięciu dwóch minut.
- Prawie dobrze. A znasz jakieś inne relacje?
- Noooo... R4z0rw1r3 mówił, że jest ostatnio w mocno przyjacielskich relacjach ze St0rml4dy. Takich, wiesz, z mruganiem - szturchnął mnie łokciem.
- Z mruganiem?
- No, że oni, hihi, wiesz... tego.
- Kogo?
- Oj, Charyzjusz... No - pingują się.
- Aaaa... znaczy, że ona pozwala mu łączyć się na jej socket?
- Aha.
- I R4z0rw1r3 ci to powiedział?
- Aha.
- Łgał. Akurat znam politykę firewalla St0rml4dy i wiem że R4z0rw1r3 z jej strony nawet nie dostał ,,rejected''. Każdy jego request z miejsca jest dropowany.
- No ale mówił...
- Nieprawdę mówił. R4z0rw1r3 chciałby kręcić ze St0rml4dy, ale jedynie kręci się w kółko. Ich relacja nie jest dobrze ufundowana...
- Fakt, wspominał ostatnio, że mu kasy brakuje.
- Dobra, nieważne. Wracając do twoich relacji, powinieneś znać jeszcze relacje zwrotne, symetryczne, przeciwsymetryczne, antysymetryczne, przechodnie, słabo konfluentne, spójne...
- A jaka to jest relacja zwrotna?
- No, jak ci pożyczę stówę, to mi zwrócisz?
- Jasne! A pożyczysz?
- Nie. I to jest właśnie relacja zwrotna. Moja stówa to moja stówa, kapisz?
M1m00h niepewnie kiwnął głową.
- A jaka to jest relacja przechodnia?
- Taka sama, tyle że ty potem tę stówę pożyczysz dalej, na przykład M3ltd0wnowi.
- Dlaczego ja miałbym mu pożyczać stówę? Nie możesz ty pożyczyć?
- No i właśnie na tym to polega. Ja pożyczyłem tobie, ty jemu, a wychodzi na to jakbym to ja pożyczył jemu. Proste?
To samo co poprzednio skinięcie.
- No a tak do kupy, Charyzjusz? Te całe klasy abstrakcji...
- To też jest proste. Wyobraź sobie, że M3ltd0wn pożycza mi swojego kompa, a ty pożyczasz kompa R4z0rw1r3'owi.
- Co? Abstrahujesz od układu odniesienia!
- Bingo. Obaj wiemy że żaden z nas nie odniósłby komputera, więc mamy tutaj dwie klasy abstrakcji...
- A gdyby M3ltd0wn pożyczył tobie kompa, a ty byś pożyczył go R4z0rw1r3'owi zamiast mnie, a ja bym pożyczył od niego? To ile byłoby klas abstrakcji?
- Tylko jedna, bo mając komputer M3ltd0wna nie pożyczałbym swojego, tylko jego komputer mówiąc że to mój. Zatem...
- Zatem mielibyśmy do czynienia z nieodnoszeniem tylko jednego komputera?
- Otóż to, czyli...
- Czyli byłaby jedna klasa abstrakcji?
- Właśnie.
- A czy moglibyśmy zastąpić, teoretycznie, komputer - stówą?
- Teoretycznie - owszem.
- Pożyczysz stówę?
- Nie.
- A ile to będzie klas abstrakcji?
- Cztery.
- Cztery?
- Cztery. Pierwsza, bo nie pożyczam sobie. Nie pożyczam, bo mam. Nie pożyczam również tobie. Nie pożyczam, bo ty nie masz (a zatem mi nie oddasz). Nie pożyczam również ani M3ltd0wnowi, ani R4z0rw1r3'owi, bo oni również nie mają. Nie pożyczam zatem stówy cztery razy, nie występuje relacja pożyczania stówy, a zatem mamy cztery klasy abstrakcji. Złapałeś już?
M1m00hem nie odpowiedział, tylko patrzył przed siebie i bezgłośnie poruszał ustami. Poczekałem chwilę, a nie doczekawszy się reakcji wróciłem do poprawiania mojej implementacji algorytmu Knutha-Morrisa-Pratta. Obiecałem im, że wprowadzę pewne modyfikacje jeszcze przed nowym rokiem, tak by na ostatniej tegorocznej konferencji mogli zademonstrować ,,swoje'' dzieło. Każdy z nich płacił osobno, więc w sumie nie narzekałem. M1m00h posiedział jeszcze kwadrans, po czym pożegnał się i wyszedł.

_-¯ ,,Chakier złapany na gorącym uczynku'', ,,Cyberwłamywacz w potrzasku'', ,,Anna Mucha nie ma ucha!'' - powitały mnie nagłówki w RSSie następnego dnia. Ponieważ o braku muchy w uchu wiedziałem już wcześniej z prasy kolorowej - z ciekawością zerknąłem do pierwszych dwóch artykułów.
,,... w nocy z wczoraj na dzisiaj cyberpatrol policji ujął na gorącym uczynku chakiera podczas próby przełamywania najnowszego systemu zabezpieczeń Ćfe-Banku. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, włamywacz nieświadomie uruchomił cichy alarm błędnie odgadując liczbę klas abstrakcji przechodniego domknięcia relacji R. Zaskoczony - tłumaczył policjantom, że jedynie chciał się dowiedzieć od kogo w końcu będzie mógł pożyczyć stówę...
 
O kotach słów kilka 2009-12-04 23:56
 Oceń wpis
   

_-¯ Dyskusja pod poprzednim wpisem skłoniła mnie bliższego przyjrzenia się stworzeniom, które w naszym wymiarze noszą nazwę kotów. Chociaż może określenie ,,stworzenia'' nie jest tu do końca na miejscu, gdyż jak wszyscy wiemy stworzenia to istoty które ktoś stworzył, zaś pochodzenia kotów nie możemy do końca być pewni...

_-¯ Jedna z teorii na ten temat głosi, że kotów w ogóle nie ma, i że powstaną dopiero z wielkiego nie-wybuchu przy końcu wszechświata. Tak jak w teorii Big-Bangu cała materia wszechświata miałaby pochodzić z pierwotnej eksplozji niczego, tak w teorii nie-wybuchu wszystkie współczesne koty są dryfującą wstecz w czasie projekcją gigantycznej implozji braku kotów w naszym wymiarze. Nie-koty, którymi wypełniona jest przestrzeń wokół nas oddziałują na siebie słabymi siłami braku kotów, co prowadzi do przyciągania się ich z siłą podobną do grawitacji. I tak, jak Ziemia oddala się od Słońca z prędkością 2cm/rok, tak w okolicach naszego układu słonecznego gęstość braku kotów wzrasta równoważnie. Gdy nasz wszechświat rozpruje się wreszcie jak zjedzony przez mole sweter, gdy pękną już ostatnie nitki grawitacji, w tym samym momencie gęstość braku kotów przekroczy masę krytyczną prowadzącą do reakcji łańcuchowej i wspomnianej implozji. W przedstawionej teorii takie zagęszczenie braku kotów przenicuje nasz wszechświat na ,,lewą stronę'' i wszystko zacznie się od początku, z tym że po drugiej stronie przestrzeni, przy czym punktem symetrii będzie właśnie punkt w którym brak kotów osiągnie maksimum. Zatem - Big Bang, będący początkiem naszego wszechświata byłby jednocześnie końcem innego.
- Ale - zapyta ktoś - gdzież w końcu są koty?
Otóż koty zostają we wszechświecie który się właśnie rozpadł/zakląsł (zależnie od punktu widzenia). Gdybyż zaludniły (zakociły) wszechświat który właśnie powstał, nie byłby on zdolny do reinkarnacji na skutek bezkociej implozji. Zatem wg. teorii koty zamieszkują wszechświat paralelny do naszego, zaś to co odbieramy jako kot jest w istocie kota brakiem.

_-¯ Rozmyślając głębiej nad wspomnianym zagadnieniem doszedłem do zaskakujących wniosków, którymi się tu z Państwem podzielę:

_-¯ Koty, wg. przyjętych w różnych kulturach mitów czy wierzeń mają więcej niż jedno życie (u nas przyjęło się uważać, że owych żywotów jest dziewięć). Oznaczałoby to ni mniej ni więcej fakt, że wielokrotnie zdarzały się przypadki w których kot X, pozornie uśmiercony, pojawiał się w późniejszym okresie czasu w formie całkowicie wykluczającej wcześniejsze zejście. Teoria braku kotów w prosty sposób wyjaśnia to zjawisko brakiem kota właśnie. Materialne stworzenie można uśmiercić, niemożliwe jest to jednak w przypadku braku takiego stworzenia. Wielokroć wracałem nocą przez leśną głuszę, kiedy droga wypełniona była jedynie światłem reflektorów i brakiem pijanych rowerzystów (no, może prawie). Z tego co wiem ani jeden nieistniejący pijany rowerzysta nie ucierpiał spotkania z moim samochodem, choć - matematycznie rzecz biorąc - ,,skasowałem'' ich nieskończenie wielu.
- Czemu - zapyta ktoś - zatem nie ma wierzenia, że pijani rowerzyści mają dziewięć żyć?
Ano temu - odpowiadam - że nie ma równoległego do naszego wszechświata zamieszkałego przez pijanych rowerzystów! Zostało to matematycznie udowodnione przez prof. Bruderszafta w jego pracy pt. ,,O niemożności transformowania bicykli w przestrzeni n-wymiarowej''. Nie ma roweru - nie ma rowerzysty - nie ma wszechświata. Koniec, kropka.

_-¯ Następną rzeczą jest fakt, że koty są mocno nieciągłe w przestrzeni występowania kotów. Oczywiście - czasami wydają się być, szczególnie wtedy gdy są najedzone. Ale znajdźcie mi ciągłego kota w marcu, nawet najedzonego! Klasyczna mechanika nie potrafi wytłumaczyć faktu nieciągłości kotów. Teoria braku kotów - owszem, poprzez wprowadzenie dodatkowego zestawu wymiarów, lub - bardziej poprawnie - poprzez właściwą projekcję kotów, prowadzącą do powstania braku ich w naszej czasoprzestrzeni. Mniej więcej polega to na tym samym co przewidywany fenomen dziur robaczych (wormholes) naszego wszechświata. Brak kota po prostu nie musi przemieszczać się na naszym podwórku, wystarczy że przemieści się u siebie i dokona projekcji w nowym miejscu. Ot, i zagadka wyjaśniona, czemu mruczka którego zamknęliście na noc w toalecie nagle znajdujecie wylegującego się wygodnie na poduszce w waszej sypialni.

_-¯ Koty są nieliniowe. Kot który zje miskę chrupek jest zadowolony, ale kot który zje dwie miski chrupek nie jest dwa razy bardziej zadowolony. Co więcej - rzadko który kot zje trzy miski chrupek bez pewnych przykrych konsekwencji. Oprócz kotów nieliniowością wykazują się węże, lecz wynika to w prostej (sic!) linii (sic!) z ich budowy anatomicznej. Skąd zatem ta nieliniowość? Teoria braku kotów po raz kolejny sprawdza się tu doskonale, gdyż zakłada ona pewną funkcję alfa transformującą miskę chrupek z przestrzeni nie-kociej (naszej) do przestrzeni kociej (tej drugiej) do postaci braku miski chrupek. W skrócie (i gigantycznym uproszczeniu) wygląda to mniej-więcej tak, że kolejne miski chrupek ,,u nas'' są brakami kolejnych misek w przestrzeni kotów rzeczywistych, a każdy chyba zrozumie że ciężko być szczęśliwym jeżeli sprzed nosa znikają nam kolejne porcje posiłku.

_-¯ Koty są dyskretne. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że wie ile kiciusiów znajduje się w jego domostwie. Czy to będzie zero, czy jeden, czy dwanaście. Niemożliwe jest posiadanie dwóch i pół kota, prawda? Choć - może źle to ująłem. Koty są dyskretne, ale wprost przeciwnie, to znaczy że nie każdy właściciel kota posiada kota, ale że każdy kot posiada właściciela. Poza tym - czy ktoś kiedyś widział kota mielącego jęzorem na lewo i prawo? Nie. Buzia w ciup, język za zębami, istne sfinksy, doprawdy.

_-¯ Na koniec zostawiłem tzw. ,,kota Schrödingera'', choć zapewne po tej właściwej stronie materii byłoby to zagadnienie ,,schrödingera Kota''. Kot kwantowy, nie-żywy i nie-martwy aż do momentu ustalenia stanu poprzez proces obserwacji jest koronnym dowodem na niezwykłość kotów. Czy Schrödinger wybrał do swojego eksperymentu psa? Nie. Kanarka? Również nie. Złotą rybkę? Nie! - Dlaczego - zapyta ktoś - nie wybrał złotej rybki?
Otóż dlatego, że - jak udowodnił nieoceniony profesor Bruderszaft - złote rybki nie potrafią być kwantowe! Złota rybka, gdyby zdarzyło by się przejść jej w stan nieistnienia - zaraz podjęłaby interakcję z otaczającym ją światem, już to w postaci zapachu śniętej ryby, już to pływając do góry brzuchem. A czy martwy kot śmierdziałby rybą lub pływał do góry brzuchem? Nie! Oto odpowiedź. To samo dotyczy psów, kanarków i innych stworzeń, choć w ich wypadku dowód jest cokolwiek dłuższy i bardziej skomplikowany.

_-¯ I to chyba byłoby tyle. Przepraszam, ale mój brak kota domaga się, bym go nakarmił i wydrapał za uchem. Dobranoc.
 
 Oceń wpis
   

_-¯ Kilka godzin temu postanowiłem zamieścić na pewnym popularnym serwisie komentarz. W moim mniemaniu konkluzja ,,masz trzy szuflady, czyli masz cztery szuflady'' wydawała się dostatecznie absurdalna by była zrozumiała. Pomyliłem się.

_-¯ Tak, dwa zdania to trzy zdania, czyli cztery.

 
 Oceń wpis
   
_-¯ Właśnie wróciłem z imprezy. Ponieważ byłem tzw. ,,kierowcą'', a w związku z tym musiałem ograniczyć się do nie więcej niż czterech piw - przy życiu utrzymywała mnie cola i muzyka. Teraz już chyba takiej nigdzie nie grają...

_-¯ Ja kieszenie pełne czereśni... Hej Hej...
 
 Oceń wpis
   
_-¯ Mając na uwadze podtrzymanie statystyk oglądalności (poczytalności?) mojego bloga postanowiłem podłączyć się do zbiorowej histerii wokół ważkiego tematu tzw. świńskiej grypy, fachowo zwanej również A/H1N1. Jak donoszą media, Ukraina obecnie jest już państwem prawie wymarłym. W przeciwatomowych bunkrach z własnymi systemami podtrzymywania życia1 wegetuje tam jeszcze garstka najwyższych urzędników państwowych, ale żywności i powietrza starczyć im może jeszcze tylko na kilka miesięcy. A potem... brrr... nawet myśleć się o tym boję. Aktualnie na ulicach Lwowa rozgrywają się sceny będące czymś pomiędzy ,,Resident Evil'' i ,,Jestem legendą''. Większość stacji telewizyjnych z przyjemnością przeprowadziłaby stamtąd relacje na żywo, niestety ich reporterzy bądź zostali zeżarci przez pozostałych członków ekipy, bądź też sami ich zeżarli.

_-¯ Znajdują się jednak pseudonaukowe mądrale, które zamiast biec do niedorzecznika praw obywatelskich po szczepionkę zaczynają się drapać po swych kostropatych, brudnych łbach i coś tam gryzmolić w zasmolonych kajetach, udając obliczenia matematyczne. I tak np. jeden z nich w notatce pt. Świńska grypa w ujęciu empirycznym udowadnia, że z podanych danych (53 ofiary śmiertelne przy 185000 zarażonych) wynika, że śmiertelność świńskiej grypy jest trzy razy mniejsza niż grypy klasycznej. Takich to najpierw na stos, a potem do prokuratury.

_-¯ Tymczasem ku uciesze polskich mediów również u nas choroba zebrała już pierwsze śmiertelne żniwo. Bazując na opracowaniu statystyka zgonów w Polsce można się dowiedzieć, że na ,,zwykłą'' grypę zmarły w Polsce w 2005 roku 52 osoby. Jeżeli świńska grypa chce ten wynik wyrównać, musi się trochę pospieszyć! Ja, oraz (mam nadzieję) inni dziennikarze2 będziemy trzymać kciuki! Co prawda nawet marzyć nie możemy o wyrównaniu wyniku np. takiej astmy (696 zgonów) czy gruźlicy (777), ale np. taki dur plamisty (34 ofiary śmiertelne) czy przerost prostaty (39 ofiar) wirus A/H1N1 powinien pokonać co najmniej o jedno okrążenie.

1 - w życiu nie widziałem systemu podtrzymywania życia bunkra, ale to może właśnie dlatego wszystkie bunkry które do tej pory widziałem nie żyły
2 - niestety sam nie jestem dziennikarzem :(
 
2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 |


Najnowsze komentarze
 
2017-08-15 10:15
trust funds do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy nie potrzebujesz pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres jullietfinancialaid@yahoo.com,[...]
 
2017-08-14 16:27
Jerry Carl do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć, jestem pan Jerry Carl wierzyciel prywatnych pożyczek, a ja jestem tutaj, aby spełnić[...]
 
2017-08-11 16:19
jpodreglewski do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Przyjmę zlecenia informatyczne. Oferuję: #Dostęp do maili/portali/kont (hasła,loginy);[...]
 
2017-08-07 16:53
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 16:52
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 04:29
Rebecca Wendy do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jak uzyskałem pożądaną kwotę pożyczki z wiarygodnej firmy pożyczkowej[...]
 
2017-08-04 20:54
Sebastian012 do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witam, Nazywam się Sebastian. Chcę zeznawać dobrego pożyczającego pożyczkodawcę, który okazał[...]
 
2017-07-31 09:21
JULIET22 do wpisu:
Niedługo odziedziczę $20.5 miliona
Czy potrzebujesz prawdziwej pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl