czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
 Oceń wpis
   
_-¯ Leżę w łóżku i się nie ruszam. Prawie, bo trochę to się jednak ruszam. Np. ruszam powiekami, gałkami ocznymi i palcami po klawiaturze. No i czasami wstaję i chodzę do kuchni bądź toalety. Albo do dużego pokoju. Albo otworzyć Misi, kiedy wraca z pracy. No i pomóc odrobić lekcje Charrisonowi, albo pobawić się z Charysią. Właściwie, jak się głębiej zastanowić, to prowadzę bardziej aktywny tryb życia niż wtedy, gdy jestem zdrowy. Tak czy siak - na pisanie chwilowo brak mi czasu. Rzucam zatem zapchaj-filmik, z serii tych co to już wszyscy widzieli, ale i tak można go obejrzeć jeszcze raz. Pewnie nawet był już raz na moim blogu, ale mam gorączkę i mogę tego nie pamiętać, więc w razie czego jestem usprawiedliwiony. Miłego słuchania.

 
Higieniczna czystość 2009-10-29 23:11
 Oceń wpis
   
_-¯ Zapisałem się do kampanii reklamowej środków czystości. Za ten wpis dostanę pln 70K. Przepraszam p.t. czytelników, ale mam do spłacenia ratę za komputer. To tylko jedna reklama. Proszę klikać i kupować.

complete_viking
 
Prezes się popsuł 2009-10-25 14:29
 Oceń wpis
   
_-¯ W piątek zjawiłem się w pracy o zwykłej porze. Usiadłem przy komputerze i zająłem się czekaniem na początek weekendu, gdy nagle do mojego pokoju wparowała pani Bożenka.
- Panie Charyzjuszku, panie Charyzjuszku, proszę mi pomóc - już od progu woła - prezes się popsuł.
Zdziwiłem się nieco, gdyż do tej pory prezes działał bezawaryjnie. Pytam więc:
- A cóż się z nim stało, pani Bożenko?
- Na e-maile nie odpowiada. Siedzi tylko w gabinecie, przez telefon chyba plecie. Posłałam mu papiery, godzin temu ze cztery, a on - nic. Chyba się zawiesił.
Podrapałem się po głowie, bo sprawa wydała się poważna. Tym poważniejsza, że chyba trzeba było zresetować prezesa, ale gdzieś szukać instrukcji obsługi do takiego? Pani Bożenka tymczasem stoi przy mnie z zatroskaną miną, więc ją pocieszam.
- Proszę się nie martwić, naprawimy prezesa. Już moja w tym głowa. Będzie jak nowy.
Podziękowała mi i poszła. Usiadłem więc do wyszukiwarki i pytam:
- Jak zresetować prezesa?
Wyszukiwarka poszperała, pomruczała i mówi.
- Będzie z tym bieda, bo się chyba nie da. Wiem jak zresetować komputer, telefon, telewizor, alarm w samochodzie, tańczących na lodzie, ale prezesa - nie mam bladego pojęcia, jakiego użyć zaklęcia. Musisz sobie radzić sam.
No nic. Podziękowałem i poszedłem zebrać więcej informacji. Schodzę do sekretariatu, a tam pani Bożenka i pani Ania siedzą zmartwione i smutne. Zerkam przez drzwi do gabinetu prezesa - siedzi przy biurku i w pasjansa gra. To może nie jest tak źle?
- Czy prezes już sprawny? - pytam, choć zatroskane miny obu pań mówią same za siebie. No i mam rację, bo słyszę:
- Panie Charyzjuszu, cały czas to samo. Prezes przy komputerze siedzi, nad pasjansem się biedzi. Posłałam mu papiery, godzin temu ze cztery, a on - nic. Nie odpisał.
- Ale trochę działa - wtrącam nieśmiało.
- Co to za działanie, takie tam klikanie? Tu trzeba decyzje podejmować, na spotkania się umawiać, dokumenty podpisywać, a nie tylko w karty grywać. Popsuty na amen, mówię panu.
- A na pewno wysłała pani te dokumenty? - pytam, bo różne przypadki po ludziach chodzą.
- Oczywiście, że wysłała. O, proszę spojrzeć.
Spoglądam i rzeczywiście - poczta leży w katalogu ,,wysłana''. Jest sygnaturka i data, i podpis serwera, że pocztę odbiera. Wysłana, jak nic.
- Sprawdzę na serwerze - mówię i siadam przed komputerem. Ma najnowszy system operacyjny, cały lśniący i błyszczący. Wie więcej niż ja.
- Poproszę o połączenie z serwerem pocztowym - proszę grzecznie. System zamruczał, zamrugał i mówi.
- Akcja niedozwolona, boś nie jest programem pocztowym, tylko złym chakierem z paskudnym charakterem. Nie dostaniesz połączenia, żegnam pana. Do widzenia.
- Muszę coś pilnie sprawdzić - tłumaczę, choć się we mnie gotuje. Co za gbur! A on dalej swoje:
- Tylko programy pocztowe łączę na porty serwerowe. Zwykli użytkownicy nie mają tu czego szukać. Nie umiesz, nie znasz się, nie rozumiesz tego i lepiej spadaj kolego. Nie połączę i już.
Jak nic tylko strzelić w ten głupi pysk - myślę, a głośno mówię:
- Ależ ty nic nie rozumiesz! Ja jestem programem pocztowym, tylko że całkiem nowym. Z filtrem antywirusowym i antyspamowym, z wbudowaną inteligencją i sterowanym głosem. Jak mi nie dasz połączenia, to pani Bożenka wyrzuci cię z komputera!
- Nie umie... - odpowiada, ale widzę, że już się łamie. No to jeszcze raz:
- Nie musi. Zawoła informatyka i ten cię ze sprzętu wypstryka. Łącz, póki nie zauważyła i kawę pije.
- No dobra...
Połączyłem się. Wita mnie serwer pocztowy. Wymieniamy uprzejmości, autoryzuję się i pytam.
- Serwerze drogi, czy pani Bożenka wysyłała przez ciebie dzisiaj rano pocztę prezesowi?
- Nie mogę powiedzieć, nie jesteś autoryzowany Charyzjuszu Chakierze.
Fakt. Mógłbym się co prawda zalogować jako pani Bożenka, ale szkoda mi czasu. Wyciągam zatem emacsa i wchodzę przez sendmail. Patrzę w logi - jest informacja, że e-mail taki a taki z niezwykle ważnymi papierami został wysłany od pani Bożenki do prezesa. Jest sygnaturka i data, i podpis programu pocztowego że pocztę uważa że wysłaną. Dalej przetwarzanie, sortowanie, skanowanie i takie tam różne rzeczy które robią serwery pocztowe. I fru! Przekazano do serwera prezesa. Patrzę w logi, badam - najwyraźniej e-mail przyszedł i poleciał dalej zaraz potem. Trzeba będzie pogadać z serwerem pocztowym prezesa i tyle.
Rozłączyłem się i dalej do serwera pocztowego prezesa. Połączyłem się tym razem bez przeszkód.
- Witaj serwerze pocztowy prezesa - mówię i od razu przechodzę do konkretów - Słuchaj, jest sprawa taka a taka, zamieszanie się zrobiło bo dokumenty od pani Bożenki nie doszły do prezesa. Wiesz coś na ten temat?
- Nie mogę powiedzieć, nie jesteś autoryzowany Charyzjuszu Chakierze.
No masz... Wyciągam zatem emacsa i wchodzę przez sendmail, a tu guzik! A serwer się ze mnie śmieje.
- Ja jestem nowy serwer pocztowy! Serwer prezesa, a nie jakieś tam byle co. Mam dwa skanery i rdzenie cztery i antywirusa co wąsem rusa. Mam także antyspam - nie poradzisz sobie sam!
- Co ty tam wiesz... - prycham i przepełniam mu stos szarym mydłem. Zapienił się, zamydlił, ale wytrzymał.
- Ja jestem nowy serwer pocztowy! Serwer prezesa, odporny na wszelkie rodzaje ataków, na szare mydło też. Uciekaj, pókim jeszcze postmastera nie zawiadomił.
I śmieje się. No... tego było już za wiele. Wirtualizuję klasę polimorficzną i wchodzę w tryb hypervisora. Bez problemu odczytuję hash hasła administratora i autoryzuję się do systemu.
- Serwerze pocztowy prezesa! - mówię tubalnym głosem - masz udzielić wszelkich niezbędnych informacji Charyzjuszowi Chakierowi, bo jak nie do dostaniesz najniższy priorytet w szeregowaniu!
- Ale...
- Wykonać, bo cię wywłaszczę z czasu procesora!
- Tak jest!
Dewirtualizuję wątek i wracam do przerwanej konwersacji.
- To jak z tą pocztą prezesa?
- Nijak - odpowiada niechętnie, ale jednak odpowiada - Przyszły jakieś papiery, godzin temu ze cztery. Włożyłem do skrzynki i nic. Leżą tam.
- Jak to?
- Tak to. Leżą. Nie odebrane.
Zaglądam - rzeczywiście. Skrzynka pełna dokumentów. Prezes się nie logował. Czyli jednak się zepsuł.
Dziękuję za informację i rozłączam się. Wstaję od komputera i pukam do gabinetu prezesa.
- Tak?
Wchodzę i mówię.
- Panie prezesie, sprawa taka a taka. Pani Bożenka posłała panu papiery, godzin temu ze cztery, a pan - nic. Nie popsuł się pan?
- Nie widzę żadnych dokumentów - pokazuje mi swój program pocztowy.
Rzeczywiście. Pusto.
- Może pan spróbować odebrać pocztę jeszcze raz?
- Proszę.
Klika tu, klika tam. A w skrzynce nadal pusto.
- Co to był za komunikat co się wyświetlił - pytam, bo coś mi mignęło na ekranie.
- A nie wiem, nie czytałem. Coś się wyświetliło, nie wiem co to było. Wcale nie czytałem, lecz tylko sklikałem.
- Sklikałem?
- Kliknąłem OK.
- A mogę rzucić okiem?
- Proszę.
Próbuję odebrać pocztę, a tu komunikat: ,,Brak połączenia. Nie ma poczty. Do widzenia''. Jak to brak połączenia?
Zaglądam za komputer prezesa, a tam kabelek sieciowy wysunął się z gniazda. Dopycham go lekko palcem, aż zapala się zielona lampka linku. Odbieram pocztę... Działa!

_-¯ Jak tylko prezes się zorientował ile ma poczty, zaraz zasiadł do pracy. I wszystko ruszyło jak z kopyta. Decyzje podjęte, spotkania umówione, dokumenty podpisane. Ach, jak się wszyscy w firmie cieszyli!

_-¯ Ja też, bo przy okazji, całkiem przypadkiem, wysłał mi się z komputera pani Bożenki wniosek o przyznanie mi nagrody jubileuszowej za siedemnaście miesięcy pracy. No, ale w końcu przecież prezesa naprawiłem!
 
Miguel nie żyje. 2009-10-20 23:13
 Oceń wpis
   
_-¯ Niech ta historia będzie przestrogą dla wszystkich nieostrożnych chakier-wannabes. Chakierowanie okres romantyzmu ma już dawno za sobą - teraz to twardy rynek dla dobrze wyszkolonych i opłacanych profesjonalistów, dysponujących zaawansowanym sprzętem. Czasy, kiedy Captain Crunch włamywał się do banków wygwizdując kody na patyczkach do lizaków bezpowrotnie minęły. Miguel o tym wiedział, a mimo to nie udało mu się uniknąć błędu.

_-¯ Zlecenie jak zwykle odebrał w sklepie spożywczym - adres następnego celu był wypisany szyfrem na tabliczce z imieniem kasjerki. Tym razem brzmiało "Joanna". Miguel (udając, że wystukuje SMSa) zapisał je sobie w telefonie komórkowym, a następnie - już w domu - przystąpił do rozkodowywania. Po kilkunastu minutach udało mu się - zmieniając kolejność liter, dodając kilka oraz kilka odejmując - wreszcie przeczytał "szczelnie nie dać swarożyć dadźboga zgrzebłem". Było zatem jasne, że ofiarą ma paść niejaki Horacjusz Hwast.

_-¯ Dlaczego tym razem Miguel nie wziął ze sobą kanarka - pozostanie na zawsze jego tajemnicą. Kanarek - podstawowe wyposażenie każdego chakiera - był prostą i skuteczną metodą wykrywania większości komputerowych pułapek, począwszy od trapów na portach, poprzez grząskie obszary robocze, na nieświeżej pamięci skończywszy. Kanarek Miguela został w jego domu, w klatce. W momencie śmierci swojego właściciela grał na konsoli w World of Goo. Jak ustaliła policja - był na drugiej planszy trzeciego etapu, starając się zdobyć OCD. Pomimo szybkiej akcji specjalnej grupy operacyjnej - nie udało mu się (zabrakło mu jednej kulki).

_-¯ Nie ustalono, czy śmierć Miguela była wynikiem nieszczęśliwego wypadku, czy też było to zaplanowane z premedytacją zabójstwo. Świadkowie, przesłuchani w tej sprawie, podają sprzeczne zeznania. Z jednej strony kasjerka z plakietką "Joanna" okazała się tak naprawdę osobą o nazwisku Chelena Choża. Jak tłumaczyła się w sądzie - akurat tego dnia zapomniała swojej plakietki i pożyczyła ją od koleżanki która właśnie kończyła zmianę. Twierdziła, że nigdy wcześniej nie spotkała Horacjusza Hwasta ani Miguela. Z drugiej strony kierowniczka sklepu zeznała, że doskonale kojarzy obu panów (Horacjusz Hwast miał ponoć często przychodzić i kupować okrawki wędlin, którymi karmił swoje kody). Pomimo licznych poszlak wskazujących na udział Hwasta w całej sprawie nie udało się postawić mu zarzutów, gdyż dysponował żelaznym alibi. Co najmniej siedemnaście osób poświadczyło, że w momencie "wypadku" który spotkał Miguela siedział z nimi na kanale #chakierzy na IRCu.

_-¯ Jak zatem zginął Miguel? Śledczy ustalili, że ominął zabezpieczenia komputera Hwasta metodą "na głupiego Francuza", czyli przez Belgię. Będąc w środku zneutralizował programy śledzące komiksem Duże ilości naraz psów (AKA średnie ilości naraz psów), a następnie przystąpił do kopiowania danych. Nie miał kanarka.

_-¯ Do tej pory nie ustalono, czy mechanizm hibernowania komputera włączył się sam, czy też było to czyjeś świadome działanie. Miguel nie zauważył ostrzegawczego pustoszenia tablicy procesów - policyjny patolog twierdził, że był akurat odwrócony plecami do stosu. Gdy wreszcie dostrzegł grozę sytuacji - było już za późno. Został zahibernowany razem ze sprzętem.

_-¯ Nieprzytomnego Miguela w stanie głębokiej hipotermii znalazła nad ranem w mieszkaniu jego gosposia. Przedziwnym zbiegiem okoliczności była to pracująca na drugim etacie Chelena Choża.

_-¯ Śledztwo umorzono.
 
Gry wojenne 2009-10-15 21:29
 Oceń wpis
   
_-¯ Czekałem przyczajony za niewysokim murkiem. Kilka kroków za mną przycupnął Catspear, a za nim Simon. Słyszałem ich przyspieszone oddechy - ostatnie pięćdziesiąt metrów pokonaliy szaleńczym biegiem, prawie wypluwając płuca. Ale udało się - teraz byliśmy bezpieczni. Przynajmniej chwilowo.

_-¯ Ostrożnie wyjrzałem ponad krawędź osłony i szybko zlustrowałem otoczenie. Było pusto. I cicho. Czyli - niedobrze. Przykucnąłem znowu.
- Musimy przebiec za róg tamtego budynku - poinformowałem szeptem.
- Załatwią nas...
- Załatwią, albo i nie - próbowałem nadać słowom swobodny ton, i chyba nawet mi to wyszło - Musimy się tylko zastanowić, kto biegnie pierwszy, a kto będzie pozostałych osłaniał. Macie jakieś typy?
- To może ja pierwszy? - zasugerował Catspear.
- Dobra - zgodziłem się. Wiedziałem, że chłopak jest szybki, przy odrobinie szczęścia dopadnie osłony zanim tamci zdążą dobrze wycelować.
- Catspear, biegniesz na mój znak. Potem ty, Simon.
Wiedziałem, że jeżeli Simon ruszy w odpowiednim momencie, to dodatkowo będą musieli rozciągnąć ostrzał. Jeżeli będą bezpieczni - wtedy ruszę ja. Starałem się nie myśleć o tym, że wtedy cały dystans będę musiał pokonać w momencie gdy przeciwnik będzie miał już dość czasu by się skoncentrować i poprawić skuteczność pierwszych, niecelnych pocisków.

_-¯ Cicho i sprawnie ustawiliśmy się w odpowiedniej kolejności. Jeszcze raz szybko rzuciłem okiem ponad murkiem.
- Ruszaj - szepnąłem.
Catspear wystrzelił jak z procy. Pędził jak Usain Bolt, a może nawet szybciej, bo jamajski sprinter nie biegł ze świadomością że w każdej chwili może zarobić kulę w plecy. Jeszcze pięćdziesiąt metrów... jeszcze trzydzieści...

_-¯ Nadleciał pierwszy pocisk, mijając go o dobre kilka metrów... Policzyłem w myślach do jednego - akurat tyle było trzeba by wycelować ponownie.
- Ruszaj! - wrzasnąłem, wypychając jednocześnie Simona. Teraz już nie było sensu się kryć. Wręcz przeciwnie - mój wrzask miał za zadanie przyciągnąć uwagę i zdekoncentrować ukrytego wroga. Liczyłem na to, że mając przed sobą dwa cele przez chwilę się zawaha. A gdy będzie się wahał - ja dostanę szansę, by go dopaść.

_-¯ Znów wystawiłem głowę. Tam! Wyraźnie widziałem poruszenie gałęzi! Rzuciłem okiem na chłopaków i oceniłem odległość - powinno im się udać. Spiąłem się, gotów w ułamku sekundy ruszyć do morderczego biegu.
- Tato!

_-¯ Obejrzałem się zdezorientowany. Kto mnie wołał? Dostrzegłem sylwetkę kulącą się koło pobliskiego samochodu.
- Tato!
- Charrison!

_-¯ Spojrzałem w stronę drzew wśród których krył się niewidzialny przeciwnik. Spojrzałem na syna. Był całkowicie odsłonięty! Tamci na pewno też go zauważyli!

_-¯ Zadziałałem bez namysłu, instynktownie. Wyskoczyłem z kryjówki i siejąc kulami na oślep przed siebie ruszyłem się do straceńczego ataku. Jeżeli mi się uda ściągnąć na siebie ich ostrzał, to Charrison będzie bezpieczny. Musi mi się udać!

_-¯ Czas zwolnił. Biegłem, krzycząc coś, czego sam nie rozumiałem. Mijałem posyłane w moim kierunku pociski, uchylając się przed nimi jakbym był bohaterem Matriksa. Kątem oka zobaczyłem, że Catspear i Simon wciągają Charrisona za zbawczą osłonę budynku. A więc był bezpieczny! Odwróciłem się znów w kierunku napastników.

_-¯ Dwie kule trafiły mnie jednocześnie, w stopę i skroń. Zachwiałem się i poleciałem twarzą do przodu, a widziana zwykle w takich chwilach ciemność eksplodowała światłem.
- Tato! - zawołał Charrison.
- Charyzjusz!

_-¯ Charyzjusz?

_-¯ Misia stała w progu drzwi balkonowych. Nieco się uchyliła, gdy zabłąkana śnieżka pacnęła w ścianę tuż obok. Popatrzyła na mnie z politowaniem.
- No popatrz, jak ty wyglądasz! Miałeś wyjść z dziećmi na spacer bo spadł pierwszy śnieg, a ty już się wytytłałeś jak mały chłopiec! Charrison! Powiedz kolegom, że już pora iść do domu. Chelcia? Charysia? Gdzie one są?
Dwie niewielkie różowe buzie wyjrzała zza gałęzi.
- Chelcia - ty też powinnaś już iść do mamy. Charysia! Wychodź zza tych krzaków, prosiłam przecież żebyś się nie bawiła na skalniaku. I wszyscy do domu, marsz! Jeszcze mi tego brakowało, żebyście się pochorowali...
 
 Oceń wpis
   
_-¯ Stało się. Pomimo ostrzeżeń bardziej doświadczonych kolegów buńczucznie zapewniałem, że w moim związku na takie ekscesy nie ma miejsca. To jednak oni mieli rację. ,,Kobiecej natury nie zmienisz, nie powstrzymasz'' powtarzali patrząc tępo w dna kieliszków. ,,Nie znacie Misi'' odpowiadałem gładko, mieszając w moim szkle współczucie ze słodkim smakiem bycia poza ich problemami. Aż do teraz.

_-¯ Jak to zwykle w tego typu przypadkach bywa - nic nie zapowiadało nadchodzącego wstrząsu. Moje życie biegło ustalonym rytmem. Zapewniałem rodzinie spokojny byt, rozdzielając mój czas sprawiedliwie pomiędzy pracę (chakierowanie), hobby (chakierowanie), dodatkowe dobrze płatne fuchy (chakierowanie) i dom (koszenie trawnika i chakierowanie). Wydawało mi się, że gdyby Jan Kochanowski zdecydował się teraz stworzyć swój utwór ,,Wsi spokojna, wsi wesoła'', to opisałby właśnie moje domostwo. Ja - przy komputerze, a Misia - w obejściu. Tak... Dobrze napisałem. Wydawało mi się.

_-¯ Początkowo nie docierały do mnie pierwsze, subtelne sygnały zmiany zachowania mojej małżonki. Choć - może po prostu nie chciałem ich dostrzegać. Wstawała wcześniej i wychodziła wcześniej do pracy. Po pracy również częściej zaczęła wychodzić z domu. Sądziłem, że po prostu robi częściej zakupy, ale powiedzcie sami - czy można dwa razy tego samego dnia jeździć po zakupy? Pomimo tego nie za bardzo się tym przejmowałem. Sądziłem, że mój związek jest tak skończenie idealny, że nie ma miejsca w nim na nic... nieprzewidzianego. Niestety - komputerowe algorytmy, choćby najbardziej skomplikowane, są przy kobiecej umysłowości jak ołowiana kulka przy szachowym arcymistrzu. Bez szans.

_-¯ Rzeczywistości nie można było jednak ignorować w nieskończoność. Dopóki zniknięcia Misi były krótkie i raczej sporadyczne - byłem w stanie podświadomie oszukiwać siebie. Kiedy jednak zaczęła parę razy w tygodniu znikać na dwie godziny taszcząc ze sobą torbę wypchaną ubraniami - zacząłem coś podejrzewać. Kiedyś zlustrowałem torbę, którą na chwilę zostawiła przed drzwiami. W środku znalazłem jej ulubione klapeczki i skąpe bikini! Zwierzyłem się kolegom w pracy. Odpowiedzią było jedynie pełne zrozumienia poklepywanie po plecach.
- Witaj w klubie, Charyzjusz - powiedział ktoś, a pode mną ugięły się nogi.

_-¯ Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co coraz wyraźniej pchało mi się przed oczy. Misia najwyraźniej miała dla mnie coraz mniej czasu, wymawiając się bliżej niesprecyzowanymi ,,obowiązkami''. Kiedy w kolejny czwartek znowu zbierała się do wyjścia o osiemnastej, stanąłem w drzwiach i zagrodziłem jej drogę.
- Gdzie się wybierasz? - spytałem z wymuszoną nonszalancją.
- Przecież wiesz. Na zebranie. - odparła, przemykając się zwinnie pod moim ramieniem. Nawet jej powieka nie drgnęła!

_-¯ Tego było zbyt wiele. Wziąłem wolne i zacząłem ją śledzić. Tak - słusznie się domyślacie. Miałem szaloną nadzieję, że moje domysły są jedynie produktem mojego chakierskiego mózgu zniszczonego promieniowanie elektromagnetycznym. Niestety, tzw. rzeczywistość już przy pierwszym podejściu rąbnęła mnie pięścią między oczy. Jadąc dyskretnie za Misią zauważyłem, że zatrzymuje się przy jakimś budynku. Zauważyłem, jak podchodzi do niej jakiś młody człowiek, pakuje się na przednie siedzenie obok. Zauważyłem, jak ona patrzy na niego... po czym oboje odjeżdżają. Niestety, w tym momencie przed maską wyrósł mi jakiś pajac ubrany w żółtą kamizelką, który stanął na przejściu dla pieszych trzymając w dłoniach znak ,,STOP'' osadzony na tyczce. Zanim zszedł z zebr, tamci zniknęli za najbliższym zakrętem. Nie dogoniłem ich.

_-¯ Siedziałem z kumplami w barze i wypranym z emocji głosem starałem się relacjonować efekty swojego dochodzenia. Pozwolono mi mówić. Nikt mi nie przerywał. Patrząc dokoła widziałem jedynie potakujące głowy i pełne współczucia twarze. Mając w pamięci swój nie tak dawny stosunek do takich jak moja historii przynosiło to efekt odwrotny do zamierzonego. Czułem się jeszcze bardziej parszywie.
- Po prostu bądź mężczyzną. Wyłóż karty na stół. Przerwij to. Powiedz jej, że wiesz - to wypowiedziane tego wieczora zdanie było najlepszą poradą, którą usłyszałem.

_-¯ W stanie który znacznie wykraczał poza określenie ,,lekki rausz'' dotarłem do domu. Wchodzą, rozejrzałem się uważniej niż zwykle. Bingo! W szafce na obuwie stała dodatkowa para... Nie zmieniając butów pognałem na górę, do sypialni. Drogę zastąpiła mi Misia, ubrana jedynie w nocną koszulę.
- Gdzie on jest! - wydarłem się.
- Śpi... - odpowiedziała spokojnie i wyminąwszy mnie zgrabnym ruchem skierowała się do łazienki. Złapałem ją za ramię w drzwiach, jednocześnie dostrzegając coś jeszcze.
- Co to jest? - spytałem, wskazując palcem jej bikini wiszące na krawędzi wanny.
- Wanna
- Co to jest to co tam wisi? - sprecyzowałem, nie dając się zbić z tropu.
- Mój kostium.
- Aha! A czemu jest mokry!?
- Bo byłam na basenie.
- Z kim!?
Spojrzała na mnie. Przyłożyła mi dłoń do czoła.
- Z Charrisonem, przecież... Piłeś coś?
Odgoniłem jej rękę, którą próbowała sprawdzić mi puls.
- Wiem o wszystkim! Od jak dawna zajmujesz się tym Charrisonem, co?! - spytałem, tym razem stawiając wykrzyknik po znaku zapytania.
- Od siedmiu lat - odparła. Zrobiła to z tak zimnym opanowaniem, że aż zadrżałem.
- Ja... Czemu? Jak to? - wydukałem.
Pogładziła mnie po głowie.
- Mój głuptasie. Przecież Charrison... Ech... Za dużo komputera, wiesz?
- Tak?
- Od września Charrison przecież chodzi do szkoły. Do tego basen. Karate. Angielski. Kółko teatrelne. I zebrania rady rodziców. Znowu zapomniałeś, prawda?
- Nie... Tak... O czym? - próbowałem się bronić.
Misia jednak nie dała się zbić z tropu.
- Zapomniałeś? Dziś ty go usypiasz.

_-¯ Charrison otworzył zaspane oczy. Spojrzał na mnie i wyszeptał.
- Tato, opowiesz mi bajkę o Kruku i Piórniku?
- Jasne - odparłem.

_-¯ Wszystkie kobiety są takie same. Myślą, że informacja o posiadaniu syna przetrwa w RAMie, nawet gdy większa porcja alkoholu rozłączy zasilanie.
 
Sprawa Romana P. 2009-10-02 20:20
 Oceń wpis
   
_-¯ Znany kalifornijski producent filmowy spoczął ciężko na okazałym, skórzanym fotelu. Zakończone właśnie spotkanie nieźle dało mu w kość. Sapiąc lekko nalał sobie hojną porcję whisky do kryształowej szklaneczki i sięgnął po cygaro.
- I co o tym sądzisz? - zapytał swojego gościa. Tamten przez chwilę się wahał, jakby ważył swoją odpowiedź. Wreszcie zrobił minę jak gdyby miał powiedzieć ,,beznadzieja'' i szybko z siebie wyrzucił:
- Do dupy.
- Tak sądzisz?
- Tak. ,,Barbarella versus Predator'' nie chwyci.
Producent tylko kiwnął głową. Miał takie same odczucia. Pociągnął łyk ze szklaneczki i zakręcił lekko bursztynowym płynem.
- Wszystko już, cholera, było. Spiderman, Batman, Superman, Indiana Jones, Alien, Predator, Star Wars, Przeminęło z wiatrem, Zabójcza broń, Martwe zło, Akademia Pana Kleksa... Kino zaczyna zżerać już własny ogon.
- To może sequel Terminatora?
Gospodarz prychnął i machnął ręką.
- Daj spokój, Arnold. Spójrz tylko na siebie.
- No, nie myślałem o sobie w roli głównej, ale jakby tak zakombinować trochę z jakimś... no wiesz. ,,Terminator - młode lata''. Albo: ,,Terminator - rewolucje''?
- Nawet mi nie mów o tych rewolucjach! Co mnie podkusiło, żeby zarzynać ,,Matriksa'' kontynuacjami?
- Kasa?
- Ja wiem, że kasa! To było pytanie retoryczne... Czego się tak wiercisz?
- Też bym się napił...
Producent sięgnął po kolejną szklaneczkę. Po chwili obaj mężczyźni delektowali się smakiem wypłukanych alkoholem dębowych desek. Chwilę trwali w milczeniu.
- Podobno w Europie jest taki jeden dobry reżyser... tylko jak on się nazywał? Drewieński? Drzewiecki? Mam to na końcu języka...
- Pypeć?
- Nie, nie Pypeć. Pypeć to ten scenarzysta. Słuchaj, jak się nazywa takie coś co się tym pali?
- Gazeta?
- Nie.
- Podpałka do grilla?
- Nie.
- Brykiet?
- Nie! W kominku się tym pali. Takie pocięte drzewo.
- Polano?
- Tak! Więc ten reżyser się nazywa Polanowski. Dlaczego jego nie weźmiesz do kolejnej produkcji?
- Znam Polanowskiego. Nie przyjedzie do Stanów.
- Dlaczego?
Producent nachylił się do gościa i szepnął mu parę słów do ucha. Twarz Arnolda wydłużyła się w niemym wyrazie zaskoczenia.
- Znaczy, i on ją... tego?
- Tego.
- Perwert.
- Może nie do końca, podobno tamta wyglądała na co najmniej pięć lat starszą...
- No i co z tego? Moja żona wygląda na dwadzieścia lat starszą, i to jest dla mnie żaden powód żeby ją... A zresztą, nieważne. To mówisz, że nie przyjedzie?
- Za żadne skarby...
- Słuchaj, a gdyby tak...

_-¯ Producent skończył wyjaśniać plan oficerowi.
- I myśli pan, że władze Szwajcarii wydadzą go nam na podstawie amerykańskiego nakazu?
- To już załatwione.
- Przecież on tam mieszka dobry kawał czasu!
- To nieistotne. Trzeba go sprowadzić do Stanów. Dla dobra amerykańskiej gospodarki i przemysłu filmowego...
- Aha! Rozumiem! Gubernator skorzysta z prawa łaski i uwolni go od zarzutów?
- Nic z tych rzeczy, drogi panie. To by się dopiero raban podniósł, że są równi i równiejsi. Zresztą - poniekąd słusznie. Przewiezie go się do Kaliforni i zorganizuje uczciwy proces. I uniewinni.
- Ale po co?
- Jak to po co? Żeby przestał się bać przyjeżdżać do USA!
 
Kiepska interpunkcja 2009-09-23 21:47
 Oceń wpis
   
_-¯ Lekarz zabronił mi pisać...

_-¯ - Przyszły wyniki z laboratorium - Misia wskazała głową stos korespondencji piętrzący się na stoliku w rogu kuchni. Przez chwilę głowiłem się, o jakie laboratorium chodzi. Ach, no tak... Przecież tydzień temu wysłała mnie na jakieś badania. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że jestem zdrowy i że nic mnie nie boli. Musiałem iść i kropka.
Przeglądałem niespiesznie koperty. Rachunki, rachunki, rachunki. O... list z Kancelarii Prezydenta. Szybko zerknąłem do środka: ,,... drogi Charyzjuszu, muszę się włamać na konto pocztowe mojej żony. Od jakiegoś czasu czyści pocztę w swoim Thunderbirdzie i historię w Gaga-Dudu. Raz zauważyłem, że dostała SMSa od jakiegoś ,,Donka''. To dla mnie bardzo ważne...''. Odłożyłem list na bok, razem z rachunkami i innymi pismami ,,do załatwienia''. Następna koperta była z laboratorium medycznego. Wyciągnąłem ze środka jakiś świstek i pobieżnie przestudiowałem.
- I jak? - spytała Misia.
- Chyba wszystko dobrze...
Podałem jej kartkę, z której prawdę powiedziawszy niewiele zrozumiałem. Potrzyła na nią przez chwilę, po czym pokazała mi palcem któryś-tam rząd cyfr.
- Masz nieprawidłową interpunkcję - stwierdziła.
Spojrzałem na wskazane liczby. Rzeczywiście, wynik mojego badania sporo wykraczał poza zakres.
- Pewnie się pomylili - starałem się zbagatelizować sprawę.
- Charyzjusz!
No tak. Wiedziałem co oznaczał ten ton. Normalnie Misia mówiła do mnie Charry. Kiedy zwracała się per ,,Charyzjusz'' wiedziałem, że nie ma żartów.
- Masz się jutro umówić do lekarza!
- Oczywiście, skarbie - zgodziłem się z miejsca, bo i cóż było robić.

_-¯ - Słucham? - zagadnęła mnie pani w rejestracji.
- No więc... Chciałem się umówić do polonisty.
- Skierowanie poproszę.
Masz ci los! Jakie znowu skierowanie? Uśmiechnąłem się głupkowato.
- Nie mam - wyznałem szczerze.
- W takim razie nie mogę pana umówić do polonisty. Mogę zapisać pana do lekarza pierwszego kontaktu, on ewentualnie da skierowanie.
- Dobrze - zgodziłem się skwapliwie.
Pani stuknęła parę razy w klawisze komputera.
- Proszę przyjść za siedemnaście lat, trzeciego marca.
- SŁUCHAM?!
- Niestety, wcześniej nie mam terminów.
- Ale..
- Następny proszę!
Nie to nie. Usiadłem z powrotem na krzesełku i wyciągnąłem z kieszeni moją starą komórkę. Dzięki dodatkowej antenie z kawałka blachy z puszki od piwa udawało mi się przez nią łączyć nie tylko z sieciami GSM, ale także z Wi-fi czy też WiMax. Krótki skan ujawnił, że tak jak myślałem komputer rejestracji połączony był z serwerem gdzieś w budynku za pomocą sieci bezprzewodowej. Zdobycie hasła było kwestią kilku sekund: pani z rejestracji miała na imię Agnieszka (tak wyczytałem z plakietki na piersi), była tlenioną brunetką i nosiła srebrną bransoletką na przegubie lewej dłoni oraz niewielkie kolczyki z cyrkoniami. Taka osoba do bazy danych na pewno używała hasła ,,Madzia776''... Bingo! Po chwili wróciłem do okienka.
- Przepraszam panią, ale chyba znalazłby się jakiś wolny termin wcześniej...
- Proszę pana! Sprawdziłam w komputerze i najwcześniejszy wolny termin to...
Ze skrywaną satysfakcją obserwowałem jej zdziwioną minę.
- Och... faktycznie, musiałam przeoczyć.
- Nic się nie stało. Może komputer po prostu źle zadziałał? Wie pani, w takim miejscu nietrudno o wirusy i takie tam...
- Tak, oczywiście. Proszę przyjść jutro.
- Dziękuję. Do widzenia.

_-¯ Następnego dnia o wyznaczonej porze stawiłem się w gabinecie. Lekarz okazał się miłą panią doktor, która uważnie obejrzała wyniki testów, po czym podała mi kartkę, długopis i poleciła zapisać dyktowany tekst. To była inwokacja z ,,Pana Tadeusza''. Zacząłem pisać: ,,Litwo-ojczyzno. Moja ty jesteś. Jak zdrowie?...''
Po wszystkim podałem zapisaną kartkę lekarce. Rzuciła tylko na nią okiem po czym zanotowała coś na czerwono na marginesie.
- Wypiszę panu skierowanie do filologa. Ma pan poważną dysfunkcję na tle interpunkcji i kompulsywną kapitalizację.
- Że co? - spytałem inteligentnie.
- Proszę spojrzeć - zakreśliła na czerwono słowa ,,Dzięcielina Pała''.
- Nie rozumiem...
- Panie Charyzjuszu... Poprawny zapis tego fragmentu to: ,,Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała''. Pan zaś napisał: ,,Gdzie bursztynowy świerzop? Gryka jak śnieg biała gdzie? Panie z kim? Rom jeńcem Dzięcielina Pała!''
- No niby fakt. Pał Dzięcielin nigdy nie brał jeńców, a poza tych on chyba sam był cyganem?
Niestety, nie doczekałem się polemiki. Pani doktor zanotowała tylko coś jeszcze, po czym zajęła się wypisywaniem mi skierowania.

_-¯ Specjalista-filolog okazał się być siwiejącym panem profesorem w staromodnych okularach. Długo przeglądał przyniesione przeze mnie papiery mrucząc do siebie pod nosem rozmaite ,,Hmmm'', ,,No no no'' oraz ,,Któż by pomyślał''. W końcu spojrzał na mnie wzrokiem, z jakim entomolog oglądałby niezwykle rzadki okaz motyla.
- Panie Phreaker...
- Chakier - poprawiłem.
- Taaaak. Przepraszam. Tak więc... panie Cracker. Jest pan chakierem, tak?
- Tak.
- A oprócz chakierowania... Ma pan jakieś hobby?
- Chodzi panu o chobby? - uściśliłem.
- Dokładnie.
- Prowadzę bloga.
- Rozumiem... Ma pan z tego jakieś pieniądze?
- Nooo... Nie. Robię to dla przyjemności.
- Uhm... Tak. Niestety, panie Sneaker, nie mam dla pana dobrych wiadomości. Mogę być z panem szczery?
Wykonałem głęboki wdech.
- Proszę - wystękałem i zamarłem.
Profesor wstał i zaczął przechadzać się w tę i z powrotem, założywszy ręce do tyłu.
- Cierpi pan na ostre grafomanis vulgaris, objawiające się nieustającą żądzą pisania. Nie powstrzymuje pana ani brak talentu, ani tematów które mógłby pan opisać. Kiepska interpunkcja to jeden z pierwszych objawów tej poważnej choroby, czy - jakby pan wolał - horoby. Krótko rzecz ujmując - nie ma pan nic do powiedzenia, a chce pan zadziwić świat elokwencją.
- Czym? - nie zrozumiałem ostatniego wyrazu.
- No właśnie. Na szczęście dla pana, pańska przypadłość nie jest śmiertelna, a jedynie uciążliwa dla otoczenia.
Odetchnąłem z ulgą, a widząc że filolog chwilowo skończył przemowę zapytałem nieśmiało:
- Czy to uleczalne?
Spojrzenie, które posłał mi profesor nie pozostawiało żadnych wątpliwości.
- W takim razie co mam robić? - spytałem błagalnie.
Oparł się o blat biurka.
- Proszę nie pisać. Tylko to może pana uratować.
- Tylko to?
- Tylko to.
Usiadł, uzupełnił dokumentację i przesunął teczkę z papierami w moją stronę. Zrozumiałem, że wizyta była skończona. Zgarnąłem papiery i powlokłem się do domu. Czułem się nieswojo. Usiadłem przed monitorem, włączyłem komputer i uruchomiłem swój ulubiony edytor tekstu.
,,Lekarz zabronił mi pisać...'' - rozpocząłem.
 
3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |


Najnowsze komentarze
 
2017-08-15 10:15
trust funds do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy nie potrzebujesz pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres jullietfinancialaid@yahoo.com,[...]
 
2017-08-14 16:27
Jerry Carl do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć, jestem pan Jerry Carl wierzyciel prywatnych pożyczek, a ja jestem tutaj, aby spełnić[...]
 
2017-08-11 16:19
jpodreglewski do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Przyjmę zlecenia informatyczne. Oferuję: #Dostęp do maili/portali/kont (hasła,loginy);[...]
 
2017-08-07 16:53
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 16:52
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 04:29
Rebecca Wendy do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jak uzyskałem pożądaną kwotę pożyczki z wiarygodnej firmy pożyczkowej[...]
 
2017-08-04 20:54
Sebastian012 do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witam, Nazywam się Sebastian. Chcę zeznawać dobrego pożyczającego pożyczkodawcę, który okazał[...]
 
2017-07-31 09:21
JULIET22 do wpisu:
Niedługo odziedziczę $20.5 miliona
Czy potrzebujesz prawdziwej pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl