czyli czego się możecie ode mnie nauczyć
Serwer, part IX 2009-08-22 23:55
 Oceń wpis
   
_-¯ Głowa bolała mnie tak, jak gdybym po tygodniowej podróży po pustyni, bez kropli wody przy duszy, ugasił wreszcie pragnienie pół litrą taniej whisky. Język wysechł mi na wiór, pod powiekami latały szare plamy, a gdzieś niedaleko jakiś psychopata starał się wygrywać serenady na młocie udarowym. Zacisnąłem mocniej i tak zamknięte powieki, pragnąc z powrotem zapaść się w błogosławione otępienie, ale tylko spotęgowałem kłębiący się pod czaszką ból. Powoli, bojąc się nagłego ataku światła, zdecydowałem się odemknąć jedno oko.
Widok, który zobaczyłem był co najmniej zastanawiający. Zwisałem głową w dół z czegoś stanowiącego zbiór zardzewiałych ogniw łańcuchów i strzępów odzieży. Dookoła walały się resztki istot które zapewne tę odzież nosiły. Z trudem przekręciłem głowę, jednocześnie zwalczając wywołany tym atak torsji. Zobaczyłem szeroką ławę ze skomplikowanym mechanizmem. Przy desce stał troll, szybkimi ruchami nakręcając kołowrót. Jego ruchy precyzyjnie zgrywały się w mojej głowie z odgłosami wydawanymi przez przebywającego w pobliżu operatora młota. Po krótkiej chwili doszedłem do wniosku, że psychopata i troll to ta sama osoba. W życiu nie zdawałem sobie sprawy, że ktoś rozciągany kołowrotem może aż tak hałasować! Zaniepokojona zgiełkiem treść żołądka kategorycznie zażądała wyjścia na świeże powietrze, więc pozwoliłem jej na to. Prawie nie zabrudziłem sobie czoła...

_-¯ Troll po krótkiej chwili przestał rozciągać Mroczne Pierogi, który w tym momencie wyglądał już jak Mroczne Kluski. Rzuciwszy wieloryba (a właściwie odwróconego pionowego wieloryba - ,,reversed vertical whale'') poczułem się nieco lepiej, tak więc mogłem powoli zacząć analizować sytuację. Fakty, fakty, zbieraj fakty - powtarzałem sobie, rozglądając się Ukradkiem. Ukradek był mojego konceptu robotem, którego na takie właśnie okazje zabierałem ze sobą na niebezpieczne chakierskie wyprawy. Skonstruowałem go ze skrawków papieru pozostałego w dziurkaczu po dziurawionych dokumentach i paru wsuwek do włosów, które zaiwaniłem Misi. Ukradek przypominał trochę pająka-kosarza, który jak wiadomo nie jest ani pająkiem, ani kosarzem. Przemieszczał się bezszelestnie na swoich długich nogach, zwykle pozostawał niezauważony i dostarczał tony użytecznych informacji. Czyli robił mniej więcej to samo co osławiony Carnivore, z tym że nie kosztował milionów dolarów a jedynie parę groszy, oraz - w przeciwieństwie do znanego odpowiednika - działał.
Znajdowałem się w jaskini Trolla. Wisiałem do góry nogami, lub do dołu głową - znacie pewnie ten dwugłos w spojrzeniu optymistycznym i pesymistycznym na szklankę z wodą - czy jest w połowie pusta, czy pełna. Bardzo ciekawy byłem, czy pesymista mówiłby o wiszeniu do góry nogami, a optymista o wiszeniu w dół głową - czy odwrotnie? - ale aktualnie miałem ciekawsze rzeczy do roboty. Mroczne Kluski chwilowo tracił przytomność na trollowej ławie. Jaskinia najwyraźniej miała kilka pomieszczeń, z których zidentyfikowałem śmierdzialnię, kojfnię, ścierwionek i ścinalnię. Widziałem jednego z Trolli, ale nie wiedziałem gdzie się podziewa drugi. Zastanowiłem się, czy nadal udawać omdlenie, czy też przystąpić do działania od razu?

_-¯ ,,Niczego nie żałujemy tak bardzo, jak rzeczy których nie zrobiliśmy'' - przypomniała mi się stara maksyma. Popełzłem dyskretnie rękami do kieszeni, gdzie dobrze ukryty był MacGyver MultiTool. Odgiąłem końcówkę, zgiąłem się i dyskretnie pogmerałem w zamku przy stopach...

_-¯ ŁuBuDu! - odgłos spadającego ciała podniósłby na nogi umarłego. I całe szczęście, bo uderzenie potylicą o kamienie było obezwładniające. Na szczęście łoskot całej reszty mego upadającego ciała mnie otrzeźwił. Chyżo skoczyłem na równe nogi i dałem susa za najbliższy stalagmit. Chwilę po tym Ukradek przesłał mi obraz rozglądającego się Trolla. Stwór zauważył kołyszące się łańcuchy i poczłapał w tę stronę. W moją stronę! Czułem, jak z każdą chwilą zbliża się do mnie kilkutonowe kamienne cielsko. W moich nozdrzach (Aha! Ja mam nozdrza! A Wy?) zawiercił ciężki odór żwiru i kamienia. Czułem, że Troll jest tuż za mną...

_-¯ Nie chciałem skończyć jak szczur, zagazowany w norze. Wstałem.
- Hej! Trollu! Tu jestem!
Kamienna bryła odwróciła się. Zauważyłem pięść zwijającą się do ciosu. Do ciosu, po którym pewnie nikt nie prowadziłby już dalej wpisów Charyzjusza Chakiera. Byłem szybszy.
- Co powiesz na grę w zagadki? Ty i ja. Ja i ty. My dwaj. Oba my. Kto wygra - wygrywa. Kto przegra - przegrywa. Kto przegrywa - odchodzi z serwera. Chyba się nie boisz?
Zagrywka była prosta, ale miałem nadzieję że nie trafię na mistrza ciętej riposty, który ze słowami ,,mam to w dupie'' rozsmaruje mnie po ścianie.

_-¯ Na moje szczęście - nie trafiłem

_-¯ Troll popatrzył na mnie podejrzliwie, ale opuścił łapska
- Ty wyrzuć broń, ty - wychrypiał, wskazując moje ręce.
Posłusznie wypuściłem z palców MacGyver MultiTool. Choć wiedziałem że jednym ruchem mogłem go przerobić na antytrollowy taran - postanowiłem grać fair.
- Kto zaczynać? - zapytał Troll.
- Ja.
- Nie. Ty mnie wyzwać, ja zaczynać!
- No to co się głupio pytasz? - wzruszyłem ramionami.
- Czy to zagadka?
- Nie. Ty zaczynasz. Dawaj zagadkę.
- Ja zastanowić...
Kupa kamienia poskrobała się po głowie, krzesząc tym iskry. Pewnie zarówno palce jak i głowa były wykonane z krzemienia. Po chwili w oczach oponenta (trudne słowo) zauważyłem błysk.
- Kto być najlepszy chakier na świat?
Udałem, że się zastanawiam...
- Ile mam prób?
- Jedna!
- No cóż... to pewnie Horacjusz...
- Źle! Ty przegrać!
- Ej, nie dałeś mi dokończyć! Chciałem powiedzieć, że pewnie Horacjusz Hwast nie jest najlepszym chakierem na świecie. A jest nim... Hmmm... Znaczy: Chmmmm... Charyzjusz Chakier?
Troll wyglądał na rozczarowanego.
- Skąd ty wiedzieć?
- Ej, kolego! To druga zagadka. Zostaw ją sobie na następną turę. A teraz - moja kolej. Moje pytanie zaś brzmi: jaka jest różnica między krukiem i piórnikiem?
Rozsiadłem się wygodnie na kawałku skały który mniej-więcej przypominał zydel. Na to pytanie nikt, nigdy (nigdy!) nie odpowiedział poprawnie.
- Masz trzydzieści sekund - dodałem, nonszalancko spoglądając na zegarek.
- Kruk jest czarny, a w piórniku nosisz ołówki - doszło do mnie po chwili. Zdębiałem.

_-¯ Troll wyszczerzył do mnie swój diamentowy uśmiech.
- Teraz mój pociąg!
- Teraz moja kolej - poprawiłem
- Właśnie!
- Zapytasz mnie skąd wiem o tym chakierze, wcześniej? - spytałem z nadzieją.
- Nie. Ja zapytać ciebie o zegarek kapelusznik!

_-¯ Pociemniało mi w oczach. To było jedyne pytanie, na które nie znałem odpowiedzi...
 
Serwer, part VIII 2009-08-16 01:07
 Oceń wpis
   
_-¯ Głowa bolała mnie tak, jak gdybym po tygodniowej podróży po pustyni, bez kropli wody przy duszy, ugasił wreszcie pragnienie pół litrą1 taniej whisky. Język wysechł mi na wiór, pod powiekami latały szare plamy, a gdzieś niedaleko jakiś psychopata starał się wygrywać serenady na młocie udarowym. Zacisnąłem mocniej i tak zamknięte powieki, pragnąc z powrotem zapaść się w błogosławione otępienie, ale tylko spotęgowałem kłębiący się pod czaszką ból. Powoli, bojąc się nagłego ataku światła, zdecydowałem się odemknąć jedno oko.
Widok, który zobaczyłem był co najmniej zastanawiający. Leżałem, a właściwie zwisałem głową w dół z czegoś co każdy przeciętny samiec nazwałby bez wahania łóżkiem, natomiast każda przeciętna samica nazwałaby ,,omójbożeależtubałagan!''. Dookoła walały się resztki rozmaitych opakowań po wszelkiej maści napojach, głównie zaliczanych do grupy prawnie dozwolonych środków oszałamiających. Z trudem przekręciłem głowę, jednocześnie zwalczając wywołany tym atak torsji2. Zobaczyłem deskę do prasowania. Przy desce stała kobieta, szybkimi ruchami przemieszczając wte i wewte ceramiczną stopę żelazka. Jej ruchy precyzyjnie zgrywały się w mojej głowie z odgłosami wydawanymi przez przebywającego w pobliżu operatora młota. Po krótkiej chwili doszedłem do wniosku, że psychopata i prasująca kobieta to ta sama osoba. W życiu nie zdawałem sobie sprawy, że sunące po skarpecie żelazko może aż tak hałasować!
Spróbowałem się podnieść, co już przy trzeciej próbie przyniosło zadowalające rezultaty. Ciągle nieostrym wzrokiem poszukałem w polu widzenia jakiejś bezprocentowej substancji, by ulżyć swojemu wyschniętemu gardłu. Potem, odważnie, zdecydowałem się wstać. Jeszcze raz spojrzałem w bok i z ulgą odnotowałem że osobą za deską była Misia. Zatem - byłem w domu. To zdjęło z mojego przeciążonego układu nerwowego pokaźny zestaw trosk, z których ,,gdzie ja do cholery jestem?'' oraz ,,kim jest ta kobieta obok?'' były tymi najbardziej nieprzyjemnymi do odkrywania. Znając i pamiętając teren poczłapałem do apteczki, i starając się zbytnio nie szeleścić opakowaniem wydłubałem sobie na dłoń o wiele za dużą dawkę leku przeciwbólowego. Niechętnych protestów wątroby nawet nie usłyszałem. Zostały zagłuszone przez głośnie ,,dawajdawajdawaj!!!'' pęczniejących gałek ocznych i łupiących skroni. Wróciłem do sypialni, gdzie Misia wciąż uwijała się z żelazkiem. Starałem się iść maksymalnie sprężystym i pewnym krokiem, ale niestety mój błędnik nie podzielał tego zamiaru i z mocą uderzył mnie ścianą w ramię. Misia spojrzała tylko i z dezaprobatą pokręciła głową. Uśmiechnąłem się przepraszająco.

_-¯ I w tym momencie dotarł do mych uszu głuchy jęk, zmieszany z wyciem rozpaczy i rykiem wściekłości. Wspomnienia wróciły momentalnie. Most. Troll przede mną, i drugi troll atakujący z flanki. Ogłuszające uderzenie maczugi. Mroczne Pierogi krzyczący coś niezrozumiale. I potem... No właśnie, co potem?

_-¯ Ryk powtórzył się, dobiegając zza ściany. Pomimo bólu który wciąż żelaznymi obcęgami ściskał mi skronie wyrwałem Misi żelazko i skoczyłem za próg, gotów chociaż tą prymitywną bronią zaatakować napastnika. Drzwi przede mną uchyliły się. Podniosłem do ciosu żelazko. Jeżeli ten parszywy Troll nie był snem, to byłem gotów rozwalić mu jego paskudny łeb tu i teraz!

_-¯ Zza drzwi wysunęła się ręka. Chwiejnie złapała się klamki i wyciągnęła za sobą resztę ciała. To był Mroczne Pierogi! Opuściłem żelazko. Mroczne Pierogi podniósł na mnie mętny wzrok, uśmiechnął się słabo i wyszeptał:
- Cześć, Charyzjusz...
Niestety, ten wysiłek kosztował go zbyt wiele. Po chwili pozieleniał, zbladł, znów pozieleniał i z niespotykaną jak na człowieka w jego stanie chyżością znów skrył się za drzwiami. Po sekundzie dobiegły stamtąd potępieńcze, pełne bólu wycia, zakończone odgłosem spuszczanej wody.

_-¯ To był tylko sen!

_-¯ Odetchnąłem z ulgą. Ból w czaszce wyraźnie zelżał. Znów pomaszerowałem do kuchni, gdzie wmusiłem w siebie kawałek suchego chleba i plaster szynki. Nastawiłem wodę. Po namyśle wyjąłem ze szklanki saszetkę herbaty i zastąpiłem ją prawdziwą, chakierską cherbatą na specjalne okazje. Co prawda sen o przygodzie z trollem nie był specjalną okazją, ale psychicznie przygoda wykończyła mnie tak, że musiałem się wzmocnić cherbatą właśnie.

_-¯ Zamierzałem właśnie upić pierwszy łyk, gdy do kuchni zajrzał Mroczne Pierogi. On również wyglądał już lepiej. Uśmiechnął się i wyciągnął zza pleców dwa przedmioty.
- To co? Jeden powiesimy u ciebie, jeden u mnie?
Spojrzałem i zakrztusiłem się. Mroczne Pierogi trzymał przed sobą oprawne w szlachetne drewno dwa łby trolli.
- Chłopie, jak cię trafili na moście, to już myślałem że koniec z nami. Ale daliśmy radę!

_-¯ Wspomnienia powróciły. Odstawiłem cherbatę i pobiegłem się wyrzygać3

1 - pół litra:
kto, co? - pół litra
kogo, czego? - pół litry
komu, czemu? - pół litrze
kogo, co? - pół litra
z kim, z czym? - z pół litrą
o kim, o czym? - o pół litrze
wołacz - ja stawiam!

2 - no ciekaw jestem ilu z p.t. czytelników wie co to są torsje, i czym się różnią od... od nie-torsji?

3 - no i to jest właśnie odpowiedź na pytanie zadane wyżej.
 
Serwer, part VII 2009-08-10 00:22
 Oceń wpis
   
_-¯ Droga zajęła nam trzy dni. Mroczne Pierogi dziwił się niepomiernie, dlaczego odległość która w realnym świecie jest jedynie kilkoma centymetrami pozłacanej ścieżki - tutaj, we wnętrzu serwera rozciąga się na wiele kilometrów.
- To jest mniej więcej tak jak z krukiem i piórnikiem - tłumaczyłem ściszonym głosem, gdyż właśnie, pełznąc ostrożnie przy krawędzi gościńca, zbliżaliśmy się do celu.
- Czyli?
- Kruk jest czarny, a w piórniku nosisz ołówki - wyjaśniłem.
- Aha - potaknął, uznawszy te wyjaśnienia za wystarczające. Ja zaś kolejny raz zdziwiłem się, że jeszcze nie spotkałem nikogo kto od razu pojąłby analogię z krukiem i piórnikiem. Zawsze musiałem objaśniać to dodatkowo.
Tymczasem dotarliśmy do krawędzi pierwszego Mostu. Dałem znak ręką i zatrzymaliśmy się w pełnym uwagi oczekiwaniu. Czekaliśmy, starając się wypatrzeć Trolla, jednak bez rezultatu. Nie potrafiłem dostrzec niczego, oprócz falowania gorącego powietrza nad rozgrzanymi, kamiennymi płytami. W dole cichuteńko pluskał i szumiał potok (pewnie renderujący), a może strumień (danych). Oprócz tego - nic. Sekundy wlokły się ślamazarnie, zbijały w kupki i przekształcały w minuty. Minuty, idąc tym samym śladem, zbierały się w godziny. Godziny...
- Charyzjusz... - szepnął mi nad uchem Mroczne Pierogi - ...a może tam nie ma żadnego Trolla, co?
- Jest - odszepnąłem - tylko jest drań bardzo dobry. Normalnego Trolla już dawno byśmy wypatrzyli, a ten najwyraźniej umie się przyczaić. Ale ja mam i na takich sposób.
- Charyzjusz... A czy przypadkiem Trolle w dzień nie zamieniają się w kamień?
- Zamieniają się. I co z tego?
- Wiesz. Teraz jest dzień.
- No i?
- No to skoro jest dzień, to może on się zamienił w kamień i czekamy na niego na próżno?
Pokręciłem przecząco głową.
- Trolle, owszem, w dzień zamieniają się w kamień. Ale to cwane bestie, już dawno odkryły że w nocy bardzo ciężko spotkać na gościńcu kupca bądź inną ofiarę którą można obrabować (Trolle złe), lub od której można pobrać opłatę za przejazd mostem (Trolle dobre). Po co zatem budować most, skoro w dzień jest się kupką głazów, a tymczasem wszyscy śmigają po przeprawie za friko? Dlatego Trolle obeszły problem.
- Jak?
- Migrują.
- ?!
- Ciiiii! - skarciłem - nie dziw się tak głośno.
- Ale co to znaczy, że migrują? I jak to ma im pomóc przestać się zamieniać w kamień w dzień?
- Chłopie, jakeś ty się uchował ze swoimi serwerami bez tak elementarnej wiedzy o Trollach? No, ale nieważne. Chodzi o to, że Trolle zamieniają się w kamień w dzień, owszem, ale nie dlatego - jak błędnie się uważa - że w dzień jest jasno. One zamieniają się w kamień, bo taki jest ich cykl biologiczny. To coś w rodzaju naszego odpowiednika snu, tyle że my możemy sobie w razie czego dłużej pospać, później zasnąć lub wcześniej wstać - one nie. Ich rytm dobowy ustala się w kilku pierwszych dniach po urodzeniu, a ponieważ pierwotnie te stworzenia pędziły nocny tryb życia, zatem ich ,,sen'' przypada na dzień. Dlatego też w dzień zamieniają się w kamień. Choć i to oczywiście tak do końca nie jest prawda, bo one *są* przecież kamieniami. Po prostu - kiedy śpią - przestają się kompletnie ruszać. Ot, i cała tajemnica.
- No dobra, ale co z tą migracją?
- To proste. Troll, dajmy na to australijski, zamienia się w kamień wg. czasu australijskiego. Gdy zamieszka w serwerze europejskim, to będzie zmieniał się w kamień *nadal* według czasu australijskiego. Ale gdy w Australii jest dzień, to u nas jest noc. Proste. Skuteczne. Funkcjonalne.
Mroczne Pierogi nie odpowiedział, ale wiedziałem że zrozumiał. Ja tymczasem rzeczywiście miałem dość czekania. Powoli, ostrożnie sięgnąłem w bok i chwyciwszy spory, leżący obok otoczak, łagodnym łukiem posłałem go przed siebie. Upadł prawie na środku Mostu, odbił się kilka razy, przeturlał i znieruchomiał.
Coś, co do tej pory uważałem za nadgryziony zębem czasu dodatkowy filar poruszyło się. W poszczerbionej skale pojawiły się pęknięcia, które nadały sylwetce trollokształtną formę. Blok kamienia ożył, wyprostował (o ile można tak powiedzieć o bloku kamienia), i po chwili mostem kroczył ponadwymiarowy Troll, ciągnący za sobą kamienną maczugę.
- O brzydkiwyraz! - wyrwało się Mrocznym Pierogom.
- Ciiii! - szepnąłem, ale było już za późno. Uwaga Trolla, do tej pory skoncentrowana na wylądowanym1 na moście kamieniu błyskawicznie skoncentrowała się na dwóch postaciach przycupniętych przy krawędzi. Pech chciał, że tymi dwoma postaciami byliśmy my.

W sumie to nie było sensu dłużej się ukrywać.

Podniosłem się i wydobywszy płynnym ruchem z plecaka DDoS dużej mocy raźnym krokiem ruszyłem w stronę potwora.
- Charyzjusz! Uważaj! - zajęczał za mną Mroczne Pierogi.
- Nie bój nic, nie pierwszy to mój ubity Troll, i pewnie nie ostatni. Znam ich słabe punkty, znam strategię. Załatwimy to szybko i czysto, prawda, panie Trollu?
Wyszczerzyłem do niego zęby w nieszczerym uśmiechu. To była moja standardowa taktyka, gdyż takie nagromadzenie szeleszczących głosek w jednym zdaniu zwykle powodowało u Trolli pewne opóźnienia w przetwarzaniu, co pozwalało przeprowadzić skuteczny atak. Mój kumpel, któremu dodatkowo brakowało lewej górnej jedynki, zasłużył sobie na miano pogromcy Trolli gdyż wyszczerzał nieszczery szczerbaty uśmiech. To dawało mu zwykle 30 sekund, co było aż nadto. Mój atak pozwalał uzyskać dziesięciosekundową zwłokę, ale i to powinno wystarczyć. Złożyłem się i wycelowałem.
- Charyzjusz! Troll! - wydarł się znów Mroczne Pierogi, trochę mnie tym razem irytując. Nie przerywałem jednak celowania. Czerwone światełka na DDoSie zamigały i zmieniły barwę na zieloną. Uśmiechnąłem się paskudnie.
- Troooooooooolllll! - Mroczne Pierogi wrzeszczał wciąż za moimi plecami.
- Martwy Troll - szepnąłem lekko ściągając język spustowy.
- Drugi Troll! - jakby mnie słysząc sprecyzował mój towarzysz, a sens jego słów dotarł do mnie równocześnie z kamienną maczugą.
- Drugi Troll? Mówiłem, że to cwane bestie... - zdążyłem jeszcze pomyśleć i straciłem przytomność.

1 - coś co wylądowało jest wylądowane.
 
Serwer, part VI 2009-08-04 23:24
 Oceń wpis
   
_-¯ Wstałem, a raczej obudziłem się przed świtem. Zresztą - ,,obudziłem się'' też było powiedziane na wyrost, bo większą część nocy nie zmrużyłem oka. Do późna z dołu dochodziły mnie odgłosy pijatyki, jakieś śpiewy, pokrzykiwania, a potem bójki pełne wrzasków i ciekawych, niepospolitych wulgaryzmów. Jeżeli kiedyś miałem wątpliwości co oznacza termin ,,karczemna awantura'' to właśnie tej nocy przestałem je mieć. Gdy towarzystwo na dole wreszcie uspokoiło się, już to zmorzone alkoholem, już to celnie wymierzonym ciosem w szczękę lub sztyletem w plecy - dali o sobie znać moi sąsiedzi przez ścianę. Najprawdopodobniej karczma była nie tylko lokalnym centrum usługowo-rozrywkowym, ale również towarzyskim. Najpierw dobiegało mnie jedynie cichutkie adagio poskrzypującego łóżka, które wkrótce zmieniło się w żwawe allegretto wzbogacone postukiwaniem ramy o ścianę, by po chwili przejść, poprzez allegro, vivo vivace i presto w zdyszane, pełne zduszonych sapnięć presto vivacisimo, ukoronowane serią ekstatycznych okrzyków (,,O tak!'', ,,Cudownie!'', ,,Kocham cię!'' i tak dalej. Zresztą - sami wiecie). Gdy para zza ściany wreszcie finiszowała - pogratulowałem im w duchu udanej znajomości, życzyłem dobrej nocy, i - obróciwszy się na drugi bok - spróbowałem zasnąć, jednocześnie zastanawiając się dlaczego zasypianie nazywa się wpadaniem w objęcie Morfeusza. Ja np. dużo bardziej pragnąłbym wpaść w objęcia Trinity, a nie wielgachnego murzyna. I gdy już, prawie, ogarniał mnie sen...
...obok rozległo się głośnie, miarowe chrupanie. Najwyraźniej urzędujące w deskach korniki właśnie postanowiły mieć swoją porę karmienia. Chrup... chrup... chrup... dobiegało z różnych stron. Oglądałem sobie kiedyś kornika i za Chiny Ludowe nie mogłem dociec czym to stworzenie może wydawać tak donośne dźwięki. Doszedłem do wniosku, że gdyby udało się korniki udomowić i wytresować, a następnie nauczyć wydawać odgłosy w pasmie ultradźwiękowym - byłaby to najlepsza i najtańsza forma komunikacji bezprzewodowej. Zamiast nieporęcznych, wymagających zasilania i rozległej infrastruktury telefonów komórkowych - każdy nosiłby sobie przy pasku sosnowy klocuszek z kornikiem w środku. Kornik, po odpowiednim poinstruowaniu, przekształcałby mowę na ciąg ultradźwiękowych chrupów, doskonale słyszalnych przez inne korniki w promieniu wielu mil. Rolę stacji bazowych mogłyby pełnić wysokie świerki lub rozłożyste dęby, na których zamieszkiwałyby korniki-przekaźniki. Bezkosztowo, niezawodnie i ekologicznie.
Leżąc jednak na wypełnionych trzaskami deskach łóżka nie myślałem wcale o zaawansowanym wykorzystywaniu korników w telekomunikacji. Myślałem w dużym pojemniku wypełnionym środkiem owadobójczym. Myślałem o sobie, który w masce przeciwchemicznej z szaleńczym chichotem wtłaczam w każdą szparę kłęby śmiercionośnego aerozolu. Myślałem o stopniowo zamierającym chrupaniu, które zamienia się powoli w agonalne, coraz cichsze rzężenie. Myślałem o tym, jak właściwie pisze się wyraz ,,rzężenie'' i kto taką pisownię wymyślił. Myślałem o tym, dlaczego - choć korniki, najwyraźniej najedzone, kładą się już spać - to zza ściany znowu zaczyna dobiegać rytmiczne poskrzypywanie! Aaaaa!

_-¯ Nie wiem o której zasnąłem, ale nie spałem długo. Wkrótce zaczęło świtać, a sporo przed świtem w karczmie zaczął się ruch. Kupcy szykowali się do drogi, by z samego rana zdążyć do miasta na targ. Grabarz, poskrzypując taczkami, wywoził z głównej izby tych którzy poprzedniego wieczoru nie mieli szczęścia się dobrze bawić. Staż grodzka pakowała resztę, którą nie zainteresował się grabarz (do karetki zdążającej do izby wytrzeźwień). Przestawiano ławy, przesuwano stoły, w kuchni szykowano poranny posiłek. Wiedząc, że nie dane mi będzie już zasnąć - wstałem, ubrałem się, umyłem palcem zęby i zszedłem na dół. Tam, nad miską wodnistej kaszy poczekałem na towarzysza.
Mroczne Pierogi zjawił się pół godziny później. Po podkrążonych oczach i ziemistej cerze poznałem, że również nie spał dobrze tej nocy. Ze współczuciem poklepałem go po plecach.
- I jak, wyspałeś się?
Spojrzał na mnie wymownie.
- Stary, nie zmrużyłem oka...
- Hałaśliwi sąsiedzi i korniki, co?
Tym razem zrobił zdziwioną minę.
- No co ty? Nie... nie o to chodzi. Wiesz, w nocy bawiłem się jak nigdy. Poznałem się z jedną z córek karczmarza, wpadła do mnie i... no wiesz... - zrobił minę typu ,,rozumiemy się?''.
- A mój sąsiad - podjął po chwili - całą noc był cicho jak trusia.
Spojrzał na mnie.
- Chwila, przecież za ścianą chyba ty spałeś, co? Mieliśmy pokoje obok siebie. Mam nadzieję, że nie byliśmy za głośno?
- Nieeee, prawie nic nie słyszałem - skłamałem - Mam tylko nadzieję, żeś się dobrze zabezpieczył. Rozumiesz... w tym serwerze *każdy* (zaakcentowałem mocno to słowo) może być *zarażony* (znów akcent) jakimś złośliwym *wirusem*.
- No i?
- Jak to ,,no i''? Mogłeś coś złapać!
- No co ty, przecież nie robiliśmy nic takiego!
- Już ja wiem, jakie nic takiego. Co najmniej dwa razy nic takiego.
- Nie dwa, tylko dwanaście.
- CO?!
- Dwanaście. Zrobiliśmy dwanaście rund w Dance Dance Revolution. Ta dziewczyna świetnie tańczy. Podłoga była trochę nierówna, więc matę do tańczenia rozłożyliśmy na łóżku. Stary! Jak było fajnie. Dodatkowo łóżko się trochę kiwało i skrzypiało, więc podsunęliśmy je do ściany, ale jak już się wpadło w rytm to to tylko pomagało w tańcu. Ja zrobiłem trzy rekordy, ona sześć. Przeszliśmy ,,99 Red Balloons'' w trybie Expert! Czaisz? Normalnie, wrzeszczeliśmy ze szczęścia jak dzieci!
Przybrałem obojętny wyraz twarzy, ale w gruncie rzeczy zrobiło to na mnie wrażenie. ,,99 Red Balloons'' sprawiało trudności nawet w trybie Basic, co niekiedy opłacane było otwartymi złamaniami. A co dopiero w trybie Expert! Nie zamierzałem jednak dawać po sobie poznać tego co o tym myślałem.
- No to fajnie. Jak jeszcze trochę poćwiczysz, to będziesz tak dobry jak ja. A teraz - zbierajmy się.

_-¯ Gdy wyszliśmy na zewnątrz słońce już całkiem przyjemnie grzało. Skierowaliśmy się ku celowi naszej podróży - na Mosty!
- Panie! - dobiegło mnie zduszone, starcze wołanie. Obejrzałem się. Przy progu karczmy siedział proszalny dziad, wyciągając ku mnie swą żebraczą miskę.
- Poratujcie datkiem, panie, biednego człowieka, a odwdzięczę wam się dobrą radą.
Rzuciłem staremu miedziaka, choć wcale nie byłem ciekaw co mi powie. Odwróciłem się na pięcie i miałem zamiar odejść, gdy dziad złapał mnie za rękaw.
- Nie idźcie tamtędy, panie! A jeżeli już musicie iść, to uważajcie. Uważajcie, bo...
Trochę mnie to ułapienie zdenerwowało. Czy ten żebrak nie wiedział nic o strefach w kontaktach międzyludzkich? Wyrwałem się i ruszyłem przed siebie.
- Uważajcie, bo... - usłyszałem znów podniesiony głos.
- Wiem, wiem! - odkrzyknąłem poirytowany - bo na Mostach złe siedziiiiiiiiii!!! - w tym momencie pośliznąłem się i - wywinąwszy efektownego orła - pacnąłem plecami w parujący, krowi placek.
- Uważajcie, bo z rana chłopy tamój bydełko pędzili, to i w gówno łacno wniść można. - dokończył swoją przestrogę dziadyga.
- Dziękuję wam, dobry człowieku - powiedziałem, gramoląc się z powrotem na nogi. Spiorunowałem spojrzeniem Mroczne Pierogi, który tymczasem tarzał się ze śmiechu, wyprężyłem się godnie, dumnie uniosłem głowę i - dyskretnie zerkając pod nogi - wreszcie ruszyłem dalej. Na Mosty.
 
Serwer, part V 2009-07-28 22:49
 Oceń wpis
   
_-¯ Wnętrze było ciemne, tłoczne i zadymione. Kilka osób powitało nas niechętnymi spojrzeniami, po czym wróciło do przerwanych ,,posiłków'', które stały przed nimi w drewnianych bądź cynowych kuflach. Odnaleźliśmy w miarę pusty stół, odciągnęliśmy w kąt spoczywające na blacie zwłoki i z westchnieniem ulgi wreszcie daliśmy odpocząć zmęczonym nogom. Po chwili pojawił się też karczmarz, który wyglądał jak większość karczmarzy. Niski, z nalaną twarzą i kilkudniowym zarostem, przyczłapał do naszego stolika w jednej ręce trzymając dwa drewniane kufle, a w drugiej brudną szmatę którą zamiótł blat. Przyjrzałem się krytycznie wynikom tej operacji i doszedłem do wniosku że większość brudu na stole pochodzi pewnie właśnie z tej szmaty. Tymczasem karczmarz postawił na stole kufle i wychrypiał:
- Dwie kawy i dwie wuzetki. I co jeszcze?
- Dlaczego dwie kawy i dwie wuzetki? - wyrwał się Mroczne Pierogi.
- Że co? - gospodarz najwyraźniej nie zrozumiał. Zanim mój przyjaciel wyartykułował kolejną idiotyczną uwagę, uprzedziłem go. Oczywiście jedynie w artykułowaniu, a nie w artykułowaniu idiotycznych uwag.
- Przenocować byśmy chcieli.
Otaksował nas wzrokiem. Najwyraźniej jednak nie pasowaliśmy mu do kategorii lokalu.
- Nie ma miejsc.
Pogmerałem w kieszeni i potoczyłem po blacie niewielki, błyszczący pieniążek. Nim dotarł do krawędzi zniknął pod brudną szmatą.
- Ale może coś się znajdzie...
- Bez pluskiew, jeśli łaska - podkreśliłem.
Zrobił strapioną minę. Znów sięgnąłem do kieszeni i znów metalowy krążek dyskretnie zmienił właściciela.
- Bez pluskiew - skinął głową.
- To wszystko - odprawiłem go. Gdy zniknął, sięgnąłem po drewniany kufel i z lubością pociągnąłem solidny łyk. Odstawiłem naczynie, wydłubałem spomiędzy zębów źdźbła słomy które pływały w napoju i rozparłem się wygodnie na ławie.
- I jak? Jak ci się podoba takie chakierowanie serwerów? - zagaiłem.
Mroczne Pierogi z pewną rezerwą oglądał zawartość swojego kufla. Oprócz kilku słomianych łodyg najwyraźniej wypatrzył tam coś żywego, co raźnie próbowało dopłynąć do brzegu naczynia. Bez ceregieli sięgnąłem do jego piwa, wyłowiłem stworzenie palcami i delikatnie postawiłem na blacie stołu. Przyjrzałem mu się z zainteresowaniem.
- Młody conficker - rozpoznałem. Mroczne Pierogi zrobił minę jakbym właśnie wydobył mu z brzucha ,,obcego''.
- Jeszcze nie przepoczwarzony. Niegroźny. Możesz pić spokojnie - uspokoiłem, ale bez spodziewanych rezultatów.
- To masz, pij moje - zamieniłem kufle - Nie bój się. Od robaków internetowych jeszcze nikt nie umarł.
Sam z lubością pociągnąłem kolejny łyk. Najwyraźniej naczynie które dostał Mroczne Pierogi musiało być od jakiegoś czasu nieużywane i jakiś dorosły conficker musiał złożyć w nim jaja, bo po chwili wyplułem na stół kolejna młodą larwę. Tym razem martwą, choć głupawy wyraz rozanielenia na twarzy świadczył o tym że śmierć poprzez utopienie w piwie nie jest taka zła. Przypomniała mi się historia o pracowniku browaru, który zginął w ten sam sposób. Podobno, zanim skonał, spędził w kadzi ponad trzy godziny. I do tego siedmiokrotnie wychodził się wysikać.
Ponieważ Mroczne Pierogi nie był zbyt rozmowny, obróciłem się tak by widzieć większość klienteli. Sporą część stanowili chłopi, drzemiący przy swoich butelkach. Rozejrzałem się gdzie może być dziedzic nalewający wódkę, ale nie dostrzegłem nikogo takiego. Dostrzegłem za to kilka trojanów, firewall z dystynkcjami garnizonu podgrodzia (po służbie), paru pospolitych rzezimieszków, dwóch Żydów omawiających jakiś ,,geszeft'', a przy sąsiednim stoliku do kompletu masonów i cyklistów. Nagle sobie o czymś przypomniałem.
- Hola, karczmarzu! - strzeliłem palcami. Po chwili z zaplecza przyczłapał gospodarz, mrucząc coś pod nosem o niewychowanych Hiszpanach.
- Czym mogę służyć?
- Dlaczego ta karczma ,,Rzym'' się nazywa? - zadałem nurtujące mnie pytanie.
- E?
- Tak jest napisane na szyldzie przy wejściu - wyjaśniłem.
- E? - powtórzył, ale po chwili obrócił się i wyszedł. Wrócił, targając kawał złamanej deski i klnąc pod nosem.
- Nie ,,Rzym'' tylko ,,Olbrzym''. Ta karczma ,,Olbrzym'' się nazywa, jeno korniki drewno przegryzły i musi od wiatru się przełamało.
- ,,Olbrzym''? - zdziwiłem się - A czemu ,,Olbrzym''?
Poskrobał się po głowie.
- Gdzieś tam w coś takiego grałem i po prostu mi się spodobało.
- Nie na Mostach aby? Bo jutro się tam wybieram... - poinformowałem mimochodem.
Rzucił mi spłoszone spojrzenie.
- Nie chodźcie, panie, na Mosty. Tam złe siedzi. A skoro umyślicie jednak pójść i w drodze powrotnej nocować, to zapłaćcie z góry - podetkał mi pod nos tłustą łapę w geście ,,czekam na gotówkę''. Delikatnie (co wynikało raczej z obrzydzenia niż z uprzejmości) odsunąłem ją od siebie.
- Nie turbujcie się tym, dobry człowieku - zapewniłem, przesadnie akcentując słowo ,,dobry'' - na pewno wrócimy. A teraz - prowadź do izby. Zdrożonym wielce.
- Na pewno to Kopernik nie żyje - burknął, a głośniej, wskazując schody na górę, powiedział - Zapraszam, zapraszam na pokoje.
Poprowadził nas, sam idąc przodem. Gdy wchodziłem do swojego pokoju coś zachrzęściło mi pod butem. Podniosłem stopę. Na desce, dygocąc w agonii nogą, leżał rozgnieciony keykatcher. Byłem zbyt zmęczony, by robić awantury, więc tylko skonstatowałem:
- Miało nie być pluskiew...
...i położyłem się spać.
 
Serwer, part IV 2009-07-24 21:14
 Oceń wpis
   
_-¯ Kroczyliśmy raźno, od czasu do czasu wymijając wlokące się fury z sianem i stada bydła. Ja pogwizdywałem cichutko, a Mroczne Pierogi co chwila wydawał okrzyki zdumienia. No, może nie całkiem zdumienia.
- Charyzjusz, cholera, nie można iść jakąś inną drogą? Już trzeci raz wdepnąłem w placek!
- Patrz pod nogi... - błysnąłem poradą, jednocześnie lekko przeskakując kolejną ,,minę''.
- Dobra - zgodził się niechętnie - Ała! - wrzasnął, gdy krowi ogon smagnął go po twarzy.
- ...i przed siebie też - dokończyłem przechodząc obok kolejnego stada krów. Poklepałem przyjaźnie mijaną mućkę po grzbiecie... Tak... Technologie są coraz nowocześniejsze. Pamięci masowe coraz bardziej pojemne. Procesory coraz szybsze. Tranzystory coraz mniejsze. I tylko tu - w prawdziwym wnętrzu maszyn obliczeniowych - nic się nie zmieniło. Cały czas trzeba było uważać, by nie wdepnąć w gówno.
Uwaga: Autor nie przepada za używaniem wulgaryzmów. Niestety, czasami trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Kto choć raz był we wnętrzu serwera, ten wie.

_-¯ Przystanąłem i poczekałem aż Mroczne Pierogi wytrze buty. Wyglądał mi na cokolwiek poirytowanego.
- Charyzjusz! Co to właściwie jest?
- Co? - zainteresowałem się.
- No... - zatoczył ręką dokoła - ...to.
- To? Droga. Fury z sianem. Krowy. Wozy drabiniaste wyładowane danymi. Czyli - mówiąc w skrócie - nowoczesna szyna danych współczesnego komputera.
- Co!? Przecież to jest jakieś pi*^%$one średniowiecze!
No tak. Znalezienie się w serwerze po raz pierwszy dla większości było szokiem. Ludzie spodziewali się błękitnobiałych, sterylnych świateł. Rozmazanych smug danych pędzących z oszałamiającą prędkością. A przede wszystkim smukłych, gładkolicych kobiet w lateksowych wdziankach, z dobrze wyeksponowanym biustem. Pokolenia Matrixa, psia mać...
Uwaga: Autor celowo pisze Matrixa, śmiejąc się w twarz zbrojnym oddziałom ortodoksów którzy w tym momencie z okrzykiem Pisze się Matriksa! troczą do boków broń sieczną i ruszają go ukrzyżować.

- A czego się spodziewałeś, Mroczne? - spytałem retorycznie - Błękitnobiałych, sterylnych świateł? Rozmazanych smug danych pędzących z oszałamiającą prędkością?
- Eeee... - lekko się zaczerwienił - ...raczej wiesz, tego, no... Jakichś fajnych kobitek. Takich w lateksowych wdziankach. Takich, hehe, rozumiesz, z dobrze wyeksponowanym...
- Rozumiem - przerwałem mu - Wyprowadzę cię więc z błędu. Nie znajdziesz tu niczego, co wygląda na kosmicznie nowoczesną technologię. Nowoczesna technologia została tam - machnąłem ręką w kierunku, skąd zdążaliśmy - a tu... Tu jest to, co widać - zakończyłem.
- Eeee...
- Chodź, dobrze by było dotrzeć do jakiejś wioski przed zmrokiem.

_-¯ Dalej podążaliśmy w milczeniu, ciągle przez ten sam monotonny krajobraz. To znaczy - dla niewprawnego obserwatora krajobraz wyglądałby na wciąż ten sam. Moje chakierskie oko dostrzegało jednak subtelne zmiany, na jakie wyczuliłem się podczas wielu lat praktyki w świecie komputerów: lekko ciemniejszą zieleń liści; ostrzejsze krawędzie traw; nieco dłuższe i grubsze kolce rosnących tu i ówdzie ostów; cichszy śpiew ptaków. Tak... równie dobrze ktoś mógłby postawić przy drodze wielką tablicę z napisem ,,Uwaga! Zbliżasz się do niebezpieczeństwa!''.
- Charyzjusz? - milczący od jakiegoś czasu Mroczne Pierogi wreszcie zdecydował się odezwać - Czy my przypadkiem nie zbliżamy się do niebezpieczeństwa?
- Bystry jesteś - pochwaliłem - Do tej pory nie spotkałem nikogo kto przy pierwszej bytności w serwerze bezbłędnie rozpoznawałby środowisko. Po czym poznałeś? Po kolorze liści, głosach przyrody?
- Nie. Tam jest napisane.
Wskazał ręką. Przed nami, w niewielkiej odległości przy drodze stała wielka tablica z napisem ,,Uwaga! Zbliżasz się do niebezpieczeństwa!''. No tak... Rozejrzałem się. Mijający nas przechodnie zachowywali się, jakby nigdy nic. Fury stukały kołami na kamieniach, furmani drzemali, bydło przeżuwało i znaczyło trakt końcowym produktem przemiany materii.
- Przepraszam! - zatrzymałem najbliższego wieśniaka, który mijał mnie prowadząc na postronku kozę - Co to za znak?
- To? Tu, panocku, wielgie niebezpieczeństwo beło. Wielgie. Ino już nie ma.
- Niebezpieczeństwo? A jakie?
Wzruszył ramionami, przeżegnał się, odcharknął, splunął przez lewe ramię na zły urok i dopiero wtedy odpowiedział.
- Urząd Skarbowy...
Spojrzał na mnie, spodziewając się piorunującej reakcji. Reakcja, istotnie, była, ale chyba nie taka jakiej oczekiwał. Zrezygnowany, dokończył.
- ...ale jak złe na Mosty weszło, tedy urzędniki wszystkie, hyc!, do Centralnego uciekły. Nawet kawusia na biurkach nie wystygła, a już ich nie beło. Takie szybkie. Tfu... - splunął jeszcze raz.
Pokiwałem głową.
- A wiecie może, na którym Moście złe siedzi?
- Na obu, panocku, na obu.
Na obu? W życiu nie spotkałem trolla który pilnowałby i rabował jednocześnie na dwóch mostach. Nie powiedziałem jednak nic, tylko podziękowałem za informacje, pożegnałem się i poszliśmy dalej.

_-¯ Zmierzchało się już, gdy doszliśmy do rozstaju dróg. Zgodnie z wszelkimi schematami stała tu chyląca się ze starości karczma, witająca gości skrzypieniem koślawych okiennic. Rzuciłem okiem na szyld nad drzwiami.
- Rzym - odcyfrował Mroczne Pierogi i wyraźnie się ucieszył - Hej, Charyzjusz! Popatrz, ta knajpa nazywa się zupełnie jak ta... eee... stolica Austrii!
Westchnąłem i przekląłem w duchu poziom edukacji współczesnej młodzieży.
- Grecji, idioto... - mruknąłem pod nosem i obaj weszliśmy do środka.
 
Serwer, part III 2009-07-22 20:34
 Oceń wpis
   
_-¯ Upchnąłem do plecaka ostatni element wyposażenia i odhaczyłem go na liście. Mroczne Pierogi też kończył pakować swój ekwipunek.
- Gotów?
- Uhm - mruknął.
- Wszystko wziąłeś?
- Tak.
Przebiegłem kartkę wzrokiem.
- Konwerter TTL?
- Jest.
- Przerzutnik bistabilny?
- Jest.
- Polaryzator polarny pola?
- Jest.
- MacGyver MultiTool?
- Eeeee... Nie ma.
Popatrzyłem na jego rzeczy i wskazałem na spinacz do papieru.
- Jest.
- To to?
- Tak. Uważaj z tym. To niebezpieczna zabawka. Widziałem jak facet wysadził tym w powietrze czołg. Lepiej to umocuj tak, żeby nie dyndało.
Mroczne Pierogi wykonał polecenie. Sprawdziliśmy jeszcze zapięcia, prowiant, poziom naładowania akumulatorów w latarkach i byliśmy gotowi. Podszedłem do serwera i uspokajająco poklepałem go po pysku. Cały czas leżał w rogu kojca i nerwowo bił ogonem. Najwyraźniej wyczuwał, że coś się święci.
- No, maleńki. Nie bój się. To dla twojego dobra.
Mroczne Pierogi też wydawał się zdenerwowany. Wiedziałem, że o coś chce mnie zapytać.
- Charyzjusz? A jak my właściwie się dostaniemy do środka? - wydusił z siebie wreszcie.
- Tędy - pokazałem. Mogłem się spodziewać takiej reakcji.
- CO!? - na twarzy mojego towarzysza przerażenie walczyło o lepsze z obrzydzeniem.
- Chcesz powiedzieć, że... Że my... Że będziemy musieli wejść mu w du...
- To się nazywa backdoor. Użyjemy backdoora. Tak to się nazywa - uciąłem.
- Ale przecież to jest...
- Zamknij się, bo twoje zdenerwowanie przeniesie się na serwer. No, już. Ty pierwszy.
Widzedziałem, że będzie głupio oponował, dlatego niepostrzeżenie przesunąłem się na dogodniejszą pozycję. Teraz wystarczyło tylko umiejętnie pchnąć.
- Ja? Dlaczego jaaaaaaaaa!!! - błyskawicznie wykonane Uki-goshi przyniosło efekt i Mroczne Pierogi efektownie poszybował w stronę konwertera. Skoczyłem zaraz za nim. Kątem oka zauważyłem jeszcze, że serwer zrobił wielkie oczy i...
...byliśmy w środku.

_-¯ Chwilę po wylądowaniu Mroczne Pierogi doszedł do siebie. Wiedziałem, że zaraz się zacznie. Istotnie, po sekundzie zaczęło się.
- Jak mogłeś mi to zrobić! - zajęczał - Sam bym poszedł!
- Guzik tam, byś poszedł. Gdybyś miał pójść, to byś poszedł, a skoro nie poszedłeś, to znaczy że nie miałeś zamiaru iść - zmiażdżyłem go krótkim logicznym wywodem, wplótłszy weń elegancko kilka form czasownika nieprzechodniego iść. To go przekonało.
- To co teraz?
- Teraz musimy znaleźć trolla, rzecz jasna. Dobra, najpierw musimy dojść do magistrali...
Poprawiliśmy sobie plecaki ze sprzętem na ramionach i ruszyliśmy w drogę.

_-¯ Do traktu dotarliśmy po kilku godzinach. W obie strony ciągnęły nim liczne grupki danych, pieszo bądź na wozach. Od czasu do czasu środkiem przemykał cykl zegara bądź pędził umyślny z przerwaniem.
- W którą teraz stronę? - zainteresował się Mroczne Pierogi.
- Popytamy, zobaczymy - odparłem. Przez chwilę przyglądałem się malowniczej ciżbie, po czym wypatrzyłem jakiś lepiej wyglądający wóz. Na oko - stu dwudziesto ośmio bitowy. Na koźle siedział nalany woźnica. Wyciągnąłem krok i po chwili kroczyłem już obok niego.
- Witajcie - zagadnąłem. Obrzucił mnie niechętnym spojrzeniem - widocznie przerwałem mu jakieś intensywne rozważania.
- Witajcie - odparł.
- Pracy szukam - zagaiłem, bo nie oczekiwałem że powie coś więcej.
- U mnie pracy nie ma. Sezon obliczeniowy się kończy, do dom zjeżdżam. W grodzie popytajcie.
- W Centralnym?
- Aj, od razu w Centralnym - żachnął się - A bo to w Portach pracy mało? Albo w Dyskach? Albo w Macierzach?
Przyjrzał mi się uważniej.
- Młodyś. Pewnieś świata ciekaw. Ale wierzaj mi - w Centralnym niczego ciekawego nie znajdziesz. Tam takich jak ty na pęczki, ciężko. Jak silnyś, lepiej tobie na Porty iść. Robota znojna, ale i płacą nieźle, tak że ze spokojem na cache ze skwarkami zarobisz. Drugiego poziomu.
Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Liczyłem, że doda coś więcej, ale znów zamilkł. Postanowiłem jednak jeszcze trochę pociągnąć go za język.
- A na Mostach zarobić się da, wiecie może?
Nim skończyłem pytać, wiedziałem że trafiłem celnie. Skulił się i zebrał w sobie, po czym znów obrzucił mnie wzrokiem. Tym razem ni to przestraszonym, ni zdziwionym.
- Gdzieś ty się chował synku, że nic nie wiesz?
- Eeeee... ze smolarzami pół roku żem w borze siedział, swapaśmy karczowali - zełgałem gładko - wyście są, poza kompanami, pierwszym, do którego gębę mogę otworzyć.
- Tedy nic nie wiesz. To ci powiem. Na Mosty nie chodź, synku, niech cię Bóg broni. Złe tam siedzi. Nikt Mostami już nie chadza.
Urwał, poskrobał się po łepetynie, obejrzał ciekawie wyskrobaną zawartość, po czym kontynuował.
- Ci, co z Mostów powrócić zdołali powiadają że stwory wielgachne jakoweś tam się zalęgły. Olbrzymy z kamienia wyciosane. Karawany łupią, dane biorą, a kupców gubią. Nie chodź na Mosty - zakończył.
- Dziękuję za ostrzeżenie. Niech Bóg prowadzi - pożegnałem się, obróciłem na pięcie i ruszyłem w przeciwnym kierunku.
- Dokąd idziemy? - zapytał Mroczne Pierogi, który do tej pory w milczeniu podążał kilka kroków za mną.
Właściwie nie musiał pytać, bo kierunek jasno wynikał ze wszystkich naszych wcześniejszych poczynań. Jednak odpowiedziałem.
- Na Mosty.
 
Serwer, part II 2009-07-19 01:09
 Oceń wpis
   
_-¯ Mroczne Pierogi wydął wargi.
- Trolla? Chcesz powiedzieć że jakiś dzieciak zaspamował mi serwer głupotami?
Pokręciłem głową.
- Nie. Ja nie mówię o takim trollu. Troll forumowy pseudotrollus bardus forumae nie jest tak trollem, nie jest nawet z nim spokrewniony. Po prostu tak się go nazywa, bo jest prościej. Tak jak z kalorią i kilokalorią. Nikt nie mówi kilokaloria, tylko kaloria. Tak samo nikt na pseudotrolla nie mówi pseudotroll, tylko troll.
- Zaraz. Jak to na kilokalorię się mówi kaloria? Bo skoro kaloria oznacza kilokalorię, to po podstawieniu będziemy mieli kilokilokalorię, a potem kilokilikilokalorię i tak bez końca.
- No tak, ale nie należy robić tego rekurencyjnie, tylko jednorazowo.
- Rekurencyjnie? To znaczy jak? Mógłbyś wytłumaczyć?
- Jasne. Ale żeby zrozumieć rekurencję trzeba najpierw zrozumieć rekurencję.
- Ok, zrozumiałem. To jak to jest z tym trollem?
- Jak mówiłem - masz trolla. Prawdziwego trolla komputerowego, trollus abacus . Nie jakiegoś idiotę który wypisuje głupawe teksty. Troll który się zalągł w twoim serwerze jest wielki, paskudny, i zapewne siedzi teraz w swojej pieczarze zażerając się cyklami procesora skradzionymi z centralnej magistrali. W komputerach często lęgną się trolle, na szczęście w większości są neutralne lub prawie neutralne. Ot od czasu do czasu pobiorą opłatę za korzystanie z north- bądź southbrigda chipsetu, ale za to bity parzystości skontrolują czy porządek na szynie PCI zaprowadzą. Niestety, zdarzają się - rzadko bo rzadko, ale jednak - trolle złe, które zamiast uczciwie zarabiać i pomagać innym zbójowaniem się trudnią. I to jest ciężka sprawa, bo troll to nie wirus. Wirus jest mały, wystarczy na niego odpowiednie wspomaganie systemu immunologicznego. Tymczasem przy trollu naturalna ochrona komputera jest żałosna żałośnie, jak coś... jak coś... - szukałem odpowiedniego słowa.
- Jak coś bardzo żałosnego? - podpowiedział Mroczne Pierogi.
- O, właśnie. Dokładnie tak. Sam widzisz - dopóki nie pozbędziemy się paskudy twój serwer będzie się tak zachowywał. Dane na szynie będą ogołacane z co bardziej wartościowych bitów, wszystko będzie działać wolniej, a jak tak dalej pójdzie to niektóre programy w ogóle przestaną działać.
- Dlaczego?
- Po prostu przestaną wysyłać swoje dane, bojąc się o ich integralność.
- Chwila, Charyzjusz! Wiesz, chyba kiedyś miałem na moim komputerze domowym taką sytuację... Zainstalowałem Widnows, i na początku chodził doskonale, ale potem jakby tak zwołowaciał, zwolnił, zaczął dłużej się bootować, programy się jakoś tak niechętnie uruchamiały... Nie potrafiłem na to poradzić, zrobiłem więc reinstall i wszystko zaczęło znowu śmigać, a potem znów się zepsuło! W końcu kupiłem lepszy komputer, a stary dałem serwerom do zabawy.
Pokiwałem głową.
- Zatem wszystko jasne. Zachowanie komputera modelowo pasuje do przypadku trolla. Nowy, świeży system nie wiedział jeszcze nic o zagrożeniach na szynie. Programy uruchamiały się i komunikowały ze światem, pierwsze przypadku utraty danych biorąc za normalne. Kiedy jednak stało się jasne że liczba przekłamanych informacji znacznie przekracza dopuszczalną normę, a zestaw przesłanych bajtów po raz kolejny wrócił bez wszystkich jedynek zagrabionych przez trolla - nabrały podejrzeń i stały się niechętne do podejmowania ryzyka. Uruchamiały się wolniej i pracowały wolniej, bo nie wszystkie bajty chciały iść na magistralę. Dało się wysłać tylko te najodważniejsze. Kiedy jednak i tych zabrakło twój system przestał po prostu działać. Reinstalując wszystko zasiliłeś go w nowe dane i programy nieświadome zagrożeń. I wszystko kręciłoby się tak dalej w ustalonym rytmie, ale przestałeś go używać. Szlak napadany przez trolla opustoszał. Pewnie zdechłby z głodu, ale komputerem zaczęły bawić się serwery - znalazł nowy obiekt swojego zbójeckiego procederu. Porzucił stare hardware i po prostu przeniósł się do niego - pokazałem palcem osowiały serwer.
- Da się coś zrobić?
- Gdyby się nie dało, oszczędziłbym ci wywodów. Musimy po prostu ubić trolla i po sprawie.
- Ubić? Jak? Dasz mu jakieś lekarstwo?
- Ech. Mówiłem ci przecież. Troll to nie wirus. Musimy po prostu wejść do serwera, odnaleźć trolla i zakatrupić. Jak Boewulf Grendela.
- Kim była Grendela Boewulf?
- Duńską playmate z sierpnia 1997.
- Miała trolla w komputerze? W chipsecie?
- Nie. W myszce.
Mroczne Pierogi przybrał wyraz twarzy jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. Po chwili poczerwieniał.
- W... myszce? Znaczy, hehe, na angielski to będzie... w kotku?
- W komputerowej myszce, zboczeńcze!
- Aha. I ona załatwiła trolla? A jak?
- Wyrzuciła myszkę.
Mroczne Pierogi poskrobał się po głowie.
- No tak, ale ja serwera nie mogę wyrzucić. Szkoda go trochę. Słuchaj, a jak dam mu myszkę, to troll w nią wskoczy?
- Nie. Zadomowił się już w środku. Pewnie siedzi teraz na mostku południowym. Musimy po prostu tam wejść i go załatwić. Idziesz ze mną?
- Eeee...
- No co? Boisz się? Nie pękaj, najwyżej umrzesz. Who wants to live forever?
- Eeee... a ile trwa jedno ever?
- Dwa miliardy lat.
- Czyli four ever to będzie...
Dokonałem pobieżnych obliczeń w pamięci, ale niestety na 32 bitach ostatni bit wyskoczył mi poza zakres.
- To będzie zdecydowanie bardzo dużo. - wybrnąłem z sytuacji.
- No dobra. To idę.
- Spoko. To daj jeszcze kawałek kartki, list napiszę do Misi.
- List? Nie możesz wysłać e-maila?
- Póki co testament wysłany e-mailem nie jest wiążący.
- Te... - Mroczne Pierogi zaczerpnął tchu - Testament?
- Na wszelki wypadek, gdyby jednak troll okazał się lepszy od nas. Ale nie bój nic. Niepowodzenia się co prawda zdarzają, ale gra jest warta świeczki.
- Aha. A na czym polegają niepowodzenia?
- Na byciu wyplutym z wnętrza naprawianego komputera.
- Tylko tyle? No to spoko. Po co testament?
- Bo wypluwanie odbywa się na raty. Najpierw leci twoja głowa, cała reszt potem. W jednym lub więcej kawałkach.
Mroczne Pierogi zbladł, a może tylko mi się tak zdawało.
- Ekhm... a często zdarzają się takie wyplucia?
- Bo ja wiem... - tym razem ja poskrobałem się po łepetynie - tak raz na dziesięć razy. To znaczy raz na dziesięć razy to się nie zdarzają. Czyli prawdopodobieństwo sukcesu jest jak jeden do dziesięciu.
Ponieważ kumpel zbladł tak bardzo, że obawiałem się iż jego rejestry bieli na twarzy za chwilę się przekręcą, położyłem mu uspokajającym gestem dłoń na ramieniu.
- Ej! Nie pękaj! Przecież jestem Charyzjusz Chakier! Ze mną szanse powodzenia całej operacji są nieporównywalnie większe!
Uspokajający gest zadziałał.
- Co najmniej jak jeden do ośmiu - dodałem pod nosem.
 
5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |


Najnowsze komentarze
 
2017-08-15 10:15
trust funds do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Czy nie potrzebujesz pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres jullietfinancialaid@yahoo.com,[...]
 
2017-08-14 16:27
Jerry Carl do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Cześć, jestem pan Jerry Carl wierzyciel prywatnych pożyczek, a ja jestem tutaj, aby spełnić[...]
 
2017-08-11 16:19
jpodreglewski do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Przyjmę zlecenia informatyczne. Oferuję: #Dostęp do maili/portali/kont (hasła,loginy);[...]
 
2017-08-07 16:53
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 16:52
joyce roger do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jestem tak szczęśliwy i wdzięczny za co on w moim życiu ma, jestem Joyce Roger Przez USA po[...]
 
2017-08-07 04:29
Rebecca Wendy do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Jak uzyskałem pożądaną kwotę pożyczki z wiarygodnej firmy pożyczkowej[...]
 
2017-08-04 20:54
Sebastian012 do wpisu:
Jak się włamać na konto pocztowe
Witam, Nazywam się Sebastian. Chcę zeznawać dobrego pożyczającego pożyczkodawcę, który okazał[...]
 
2017-07-31 09:21
JULIET22 do wpisu:
Niedługo odziedziczę $20.5 miliona
Czy potrzebujesz prawdziwej pożyczki? Jeśli tak, napisz do nas na adres[...]
 



 
Chakier, Charyzjusz. Q2hhcnl6anVzeiBDaGFraWVyCg== chakier[at]vp.pl